"Mit założycielski" wojny o Trybunał. PiS pomija kluczowe fakty [OPINIA]

Tomasz Setta
Jarosław Kaczyński, Donald TuskJarosław Kaczyński, Donald Tusk
Źródło zdjęć: © GETTY | A. Widak, M. Wlodarczyk, O. Marques, J. Porzycki, A. Iwanczuk

Najnowsza odsłona sporu o Trybunał Konstytucyjny to kolejna okazja do rozważań, kto doprowadził do tak głębokiego kryzysu ustrojowego. W ramach dyskusji o ewentualnym resecie słychać głosy, że za konflikt odpowiadają w równym stopniu obie strony sceny politycznej. To atrakcyjna interpretacja, ale – moim zdaniem – nie do końca uczciwa. I są na to dowody.

  • W 2015 r. Platforma Obywatelska zaproponowała przepis umożliwiający wybór "na zapas" dwóch dodatkowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
  • Kilka tygodni po wyborze nowych sędziów Prawo i Sprawiedliwość zwróciło się do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o zbadanie tego przepisu.
  • Po wygranych wyborach parlamentarnych grupa posłów PiS wycofała wniosek. Był to kluczowy moment kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego.
  • Nowy Sejm – wspólnie z prezydentem Andrzejem Dudą – podjął później szereg działań, które uniemożliwiły rozstrzygnięcie sporu zgodnie z Konstytucją.

Zacznę od być może kontrowersyjnej tezy: każdy polski rząd naruszał w przeszłości Konstytucję. Przez lata Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie przecież stwierdzał, że przepisy przyjmowane w czasach koalicji SLD-UP, AWS-UW, PiS-LPR-Samoobrona czy PO-PSL były niezgodne z ustawą zasadniczą. Wbrew pozorom to samo w sobie nie jest jeszcze dowodem na żaden poważny problem ustrojowy – w końcu błędy zdarzają się każdemu, także władzy ustawodawczej. Kluczowe pytanie brzmi: czy polska Konstytucja przewidziała mechanizm korygowania takich błędów?

Tym mechanizmem były oczywiście postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym, kończące się wyrokiem – ostatecznym i powszechnie obowiązującym. Dziś mało kto pamięta, że TK był w przeszłości powszechnie szanowaną instytucją. Świadczy o tym liczba spraw kierowanych każdego roku do sędziów i moc oddziaływania ich decyzji na życie publiczne w Polsce. Oczywiście wyroki Trybunału spotykały się wówczas z bardzo różną oceną, były też często mocno krytykowane. 

Ale w tamtym czasie nikt – ani politycy, ani opinia publiczna – nie miał wątpliwości co do prawnego umocowania TK w konstytucji i ustawach. Polski ustrój był gotowy na to, że w pewnych momentach trzeba będzie hamować zapędy władzy. Po to właśnie powstał Trybunał Konstytucyjny. I ten system, lepiej lub gorzej, ale jednak działał.


WIDEO
Odsunęła Święczkowskiego, zapowiada reformę. Sędzia zabrała głos

Tak zaczął się spór o Trybunał Konstytucyjny

Sytuacja zmieniła się w 2015 r. W trakcie prac nad nową ustawą o Trybunale Robert Kropiwnicki z Platformy Obywatelskiej zaproponował przepis przejściowy, który pozwalał Sejmowi także na wybór dwójki sędziów TK, których kadencje miały się rozpocząć dopiero po wyborach parlamentarnych. Oficjalnym argumentem była wówczas troska o zapewnienie ciągłości prac Trybunału, ale wielu z nas doskonale pamięta, że PO brała przecież pod uwagę nadchodzącą przegraną w wyborach parlamentarnych.

Co ważne, w tamtym czasie Sejm nie tylko uchwalił wątpliwe przepisy przejściowe, ale na ich podstawie dokonał też wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego – także na miejsce dwójki sędziów, których kadencje upływały za kilka miesięcy. Był to ewidentny błąd ówczesnej władzy, i to rażący. Nie powinien się zdarzyć. Decyzja Sejmu spotkała się ze zdecydowaną krytyką opozycji, a także części mediów i opinii publicznej. 

Tutaj wrócę jednak do początku tekstu – to wszystko nadal mieściło się w ramach sporu toczonego w ustroju demokratycznym. Było tak, ponieważ przewidzieliśmy w naszej Konstytucji i ustawach mechanizm korygowania takich błędów, nawet najpoważniejszych.

W pierwszym odruchu ówczesna opozycja, czyli Prawo i Sprawiedliwość, chciała nawet skorzystać z tej procedury. 23 października 2015 r. grupa posłów PiS złożyła przecież w Trybunale Konstytucyjnym wniosek o zbadanie zgodności z Konstytucją wątpliwych przepisów. Dwa dni później Zjednoczona Prawica wygrała wybory parlamentarne.

System zadziałał, choć w przewrotny sposób

Później wydarzenia potoczyły się już bardzo szybko. Nowo wybrany prezydent Andrzej Duda konsekwentnie odmawiał przyjęcia ślubowania od sędziów (także tych wybranych prawidłowo), a politycy PiS po dwóch tygodniach wycofali wniosek z Trybunału Konstytucyjnego. Innymi słowy, Prawo i Sprawiedliwość świadomie zrezygnowało ze znanej i utartej ścieżki, bo miało już zupełnie inny plan na wyjście z sytuacji.

Moim zdaniem to kluczowy moment w historii sporu o tę instytucję, niestety, często pomijany. Po wygranych wyborach prezydenckich i parlamentarnych Prawo i Sprawiedliwość uznało, że to doskonały – i być może jedyny taki moment – by zneutralizować Trybunał Konstytucyjny i zmarginalizować jego rolę w naszym ustroju.

Działania podjęte wówczas przez PiS przypominały starannie przemyślany ciąg technologiczny. Nowy Sejm w pośpiechu przyjął uchwały unieważniające wybór poprzedniego Sejmu, posłowie wyłonili następnie na już obsadzone miejsca nowych sędziów, a prezydent Andrzej Duda pod osłoną nocy z 2 na 3 grudnia odebrał od nich ślubowanie.

W międzyczasie politycy Platformy Obywatelskiej zakwestionowali w Trybunale własną ustawę, posługując się w praktyce wnioskiem wycofanym przez Prawo i Sprawiedliwość. Było to działanie z pewnością niestandardowe i podszyte paniką dawnego obozu władzy, ale zgodne z prawem.

W rezultacie sędziowie TK wydali w tej sprawie logiczny, a przez to wydaje się, że również do bólu sprawiedliwy wyrok: stary Sejm miał prawo wybrać tylko trzech sędziów, a dwóch kolejnych powinien wybrać nowy Sejm – zgodnie z tym, w którym momencie kończyły się kadencje poszczególnych sędziów Trybunału.

Uważam, że ówczesny system ochrony przed naruszeniami Konstytucji w dość przewrotny sposób, ale jednak zadziałał i wskazał proste rozwiązanie na zduszenie kryzysu w zarodku. Kłopot w tym, że dla polityków PiS nie miało to żadnego znaczenia.

Ówczesna władza obrała inny kurs: za pomocą ekspresowych zmian w przepisach ustaliła nowy porządek, bez oglądania się na to, czy postępuje zgodnie z Konstytucją czy nie. Liczyły się szybkość działania i metoda faktów dokonanych, a nie dotychczasowe reguły gry i wyroki Trybunału Konstytucyjnego.

Chcieliście nas ograć? My ograliśmy was.

Kto naprawdę odpowiada za "zamach stanu"?

Przyjmując na moment retorykę obecnej opozycji, można uznać tamtą sekwencję zdarzeń za faktyczny zamach stanu. Przeprowadzono go co prawda bez udziału funkcjonariuszy policji, "w białych rękawiczkach", tyle że to niewiele zmienia: kluczowy organ konstytucyjny bardzo szybko znalazł się pod pełną kontrolą jednej formacji politycznej.

Liczba spraw kierowanych do TK radykalnie spadła, podobnie jak liczba wyroków wydawanych przez sędziów. I co najważniejsze: zniknęła też jedyna instytucja, która mogła ten spór rozsądzić według przyjętych dotąd reguł.

PiS, oskarżając Platformę o "skok na Trybunał", chwilę później dokonał tego samego, czyli sfaulował przeciwnika. Z tą różnicą, że przy okazji pozbył się też na dobre sędziego z boiska.

Czy Platforma Obywatelska popełniła w 2015 r. błąd? Tak, i to kardynalny. Ale to Prawo i Sprawiedliwość zignorowało zgodny z prawem mechanizm korekcji tego błędu. Zamiast tego PiS świadomie zdecydował się na szereg działań, które doprowadziły nas do obecnego punktu. W efekcie spór konstytucyjny, który początkowo mieścił się w ustrojowych ramach i mógł być stosunkowo szybko uzdrowiony, przerodził się w nierozwiązywalny do dziś głęboki kryzys.

Co mogło się wydarzyć, ale nie podjęto nawet próby

Trybunał Konstytucyjny nie był nigdy instytucją idealną, zresztą w demokracjach takie chyba nie istnieją. Jeśli w ocenie PiS sędziowie TK nie dawali pełnej gwarancji niezależności, a wydawane przez nich wyroki były niesprawiedliwe, to w latach 2015-2023 można było przeprowadzić zgodną z prawem reformę Trybunału, zaakceptowaną przez wszystkie strony.

Jak wiemy, tak się nie stało. Nie podjęto nawet takiej próby, choć PiS miało w tym czasie stabilną większość parlamentarną i prezydenta. Ewidentny błąd Platformy Obywatelskiej wykorzystano natomiast jako pretekst, który ma do dziś usprawiedliwiać dalszą serię błędów.

Na podstawie przytoczonych powyżej faktów uważam, że w tamtym krytycznym momencie w 2015 r. polski ustrój – przy wszystkich swoich niedoskonałościach – był gotowy na to, by przywrócić elementarną równowagę władz.

Historia sporu o Trybunał Konstytucyjny uczy jednak, że przyzwoitości polityków nie da się zadekretować i nawet kiedy system działa, kluczowe pozostają decyzje konkretnych ludzi. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza w trakcie dyskusji o ewentualnym "resecie konstytucyjnym".

Wybrane dla Ciebie