Najbardziej dochodowy artysta świata wystąpi na Impact’26
Jeff Koons jest dla współczesnej sztuki tym, czym Steve Jobs był dla technologii - wizjonerem, który potrafi zamienić skomplikowane idee w przedmioty pożądania. W maju pojawi się w Poznaniu na Impact’26. Nie przyjeżdża jednak, by opowiadać o natchnieniu. Przyjeżdża, by pokazać, jak zbudować markę wartą fortunę. Dowód? Jego stalowy "Królik", sprzedany za rekordowe 91 milionów dolarów, to najdroższe dzieło żyjącego artysty w historii.
Wizyta Jeffa Koonsa w Polsce to efekt starań Anji Rubik, która jako Global Impact Advisor dba o to, by Poznań gościł postacie kształtujące globalną wyobraźnię. Rozmowę z artystą poprowadzi Timothée Verrecchia, który na co dzień doradza największym gigantom technologicznym.
Geniusz zrodzony z komercji
Geniusz Koonsa narodził w sklepie meblowym jego ojca w Pensylwanii. To tam młody Jeff odebrał najważniejszą lekcję: przedmiot sam w sobie jest niewiele wart, dopóki nie zostanie odpowiednio oświetlony i zaprezentowany. Już jako ośmiolatek kopiował dzieła dawnych mistrzów, a jego ojciec wystawiał je w witrynie sklepu, testując reakcje klientów. Koons nie uciekał od komercji – on w niej dorastał. Jako dziecko pukał do drzwi sąsiadów, sprzedając papier do pakowania prezentów, ucząc się, że sukces zależy od umiejętności nawiązania relacji i wzbudzenia w drugim człowieku potrzeby posiadania czegoś ładnego.
Z Wall Street do świata wielkich galerii
Zanim Koons stał się ikoną, pracował w nowojorskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej przy biurku obsługi klienta. Nie był jednak cichym pracownikiem – nosił czerwone włosy i doklejane wąsy na cześć Salvadora Dalí, a dzięki swojej agresywnej, choć uroczej technice sprzedaży, potrafił podwoić liczbę sprzedawanych członkostw w muzeum. Kiedy jednak produkcja jego własnych dzieł zaczęła pochłaniać astronomiczne kwoty, Koons zrobił coś, co przeraziłoby tradycyjnych artystów: zatrudnił się na Wall Street jako broker surowców. Tam nauczył się psychologii tłumu i retoryki sukcesu, które później stały się jego najpotężniejszym narzędziem w świecie sztuki.
Odkurzacze, które nigdy nie zaznają brudu
W swojej wczesnej serii prac "The New" Koons zamknął fabrycznie nowe odkurzacze marki Hoover w podświetlonych witrynach z pleksiglasu. Dla zwykłego człowieka to po prostu sprzęt AGD, ale dla Koonsa to symbole "wiecznej nowości". Twierdził, że dopóki maszyna nie zostanie włączona, zachowuje swoją czystość i integralność – jest jak nietknięta przez życie istota. Później, w serii "Equilibrium", zmusił piłki do koszykówki, by lewitowały w akwariach z wodą destylowaną, a pomagał mu w tym noblista z dziedziny fizyki Richard Feynman. Przekaz był jasny: sztuka może celebrować przedmioty codziennego użytku, nadając im rangę obiektów kultu, o ile tylko potrafimy dostrzec w nich doskonałość.
Jak kicz stał się wart dziesiątki milionów dolarów
W 1988 roku Koons zaszokował świat serią "Banality". Zamiast szukać wysokich tematów, zatrudnił rzemieślników, by stworzyli monumentalne, złocone rzeźby z porcelany i drewna, przedstawiające m.in. Michaela Jacksona z jego szympansem czy różową panterę. Krytycy grzmieli, że to "tani kicz", ale Koons spokojnie odpowiadał: sztuka nie powinna wykluczać nikogo ze względu na gust. Chciał "usunąć wstyd" z tych, którzy kochają pamiątki z jarmarków. To podejście, nazwane "optymizmem radykalnym", stało się jego znakiem rozpoznawczym. Koons mówi widzowi: "jesteś doskonały taki, jaki jesteś, a to, co lubisz, jest wartościowe". To potężne narzędzie marketingowe, które otwiera portfele ludzi chcących czuć się dobrze z własnym bogactwem.
Fabryka przyszłości i rządy robotów
Tradycyjne wyobrażenie artysty z pędzlem w dłoni u Koonsa nie istnieje. Jego studio przypomina raczej nowoczesne zakłady produkcyjne Apple czy Tesli. W szczytowym momencie zatrudniał ponad 120 asystentów, którzy z chirurgiczną precyzją wykonywali jego projekty. Dziś artysta idzie jeszcze dalej – w swoim warsztacie w Pensylwanii używa zaawansowanych robotów, które rzeźbią w wielkich blokach kamienia z precyzją do ułamków milimetra. Ta bezosobowa perfekcja ma swój cel: powierzchnie rzeźb, jak w przypadku słynnego "Balloon Dog", są tak idealnie wypolerowane, że stają się lustrem. Widz, patrząc na dzieło, widzi w nim siebie. Koons twierdzi, że bez obecności widza sztuka po prostu się nie dzieje.
Sztuka jako bezpieczna przystań dla kapitału
Dla najbogatszych kolekcjonerów, takich jak miliarder Victor Pinchuk czy magnat S.I. Newhouse, kupno dzieł Koonsa to nie tylko kwestia estetyki, ale twarda kalkulacja. W 2019 roku jego stalowy "Królik" został sprzedany za ponad 91 milionów dolarów, co uczyniło Koonsa najdroższym żyjącym artystą. Jego prace są traktowane jak aktywa typu "premium" – są rozpoznawalne na całym świecie, mają certyfikowaną jakość i zazwyczaj trzymają cenę nawet w czasach kryzysu. Marka Koonsa wykroczyła już poza galerię: projektuje luksusowe edycje samochodów BMW, okładki płyt Lady Gagi, a ostatnio wysłał miniaturowe rzeźby na Księżyc z misją SpaceX.
Miejsce króla kiczu w historii
Niezależnie od tego, czy postrzegamy Jeffa Koonsa jako wizjonera, czy jako genialnego handlarza, nie można zaprzeczyć, że stał się on kronikarzem naszych czasów. Jego twórczość to lustro, w którym odbija się współczesna obsesja na punkcie nowości, luksusu i technologii. Poprzez swoje rzeźby, wykonane z inżynieryjną precyzją, Koons oferuje nam specyficzny rodzaj wyzwolenia – akceptację świata takim, jakim jest, z całym jego blaskiem, banalnością i komercyjnym szumem. W świecie, gdzie granice między sztuką, modą i rynkiem finansowym ostatecznie zatarły się, Koons jest jedynym prawdziwym królem.
Pomiędzy kiczem a kapitałem
Czy Polska jest gotowa na Koonsa? To pytanie o to, czy nasz biznes jest gotowy na wyjście poza sferę czystej użyteczności w stronę "ekonomii doświadczeń". Koons, ze swoim nienagannym uśmiechem i wiarą w potęgę masowej wyobraźni, jest postacią polaryzującą. Dla jednych to prorok demokratyzacji piękna, dla innych – symbol późnego kapitalizmu w jego najbardziej jaskrawym wydaniu.
Jedno jest pewne: majowy Impact, dzięki kurateli Rubik, zyskuje blask, którego nie da się zignorować. Nawet jeśli dla części uczestników Koons pozostanie jedynie "panem od balonów", jego obecność w Poznaniu jest dowodem na to, że Polska coraz skuteczniej uczy się reguł gry w globalnej lidze wizerunkowej. W świecie, w którym wszystko jest produktem, Jeff Koons jest najlepszym z możliwych opakowań.