Restauracja znanego dziennikarza upada. "Wytrzymamy jeszcze trzy tygodnie"

Pieniądze z tarczy dla przedsiębiorców? "Nas nie obejmują" - słyszmy w lokalu Kur&Wino. Za kilka tygodni z mapy Warszawy zniknie już kolejne popularne miejsce, restauracja Piotra Najsztuba. Koronamottem reagują na zamknięcie gastronomii - "Dobra zmiano! To bankructwo nam się po prostu należało!"

"Kotonamotta" zmieniają się w restauracji. Być może to jest ostatnie"Kotonamotta" zmieniają się w restauracji. Być może to jest ostatnie
Natalia Kurpiewska

Polska gastronomia balansuje nad przepaścią. Na otwarcie restauracji się nie zanosi, więc i szanse na powrót do pionu są coraz bardziej nikłe. Za kilka tygodni warszawski lokal Kur&Wino może znikać z warszawskiego Muranowa.

Zdjęcie lokalu krąży od niedawna w mediach społecznościowych. Wszystko za sprawą wymownych napisów nad wejściem. - Po prostu reagujemy tymi napisami na bieżące wydarzenia - tłumaczy w rozmowie z money.pl współwłaściciel restauracji Aleksander Sawicki.

Dodaje , że jego ulubionym napis to "KAR NAWAŁ", który pojawił się wraz z masową akcją otwierania restauracji przez przedsiębiorców, gdy pracownicy sanepiu wizytowali miejsca.

Kur&wino umeiszcza koronamotta nad drzwiami
© Facebook

Restauracja pojawiła się na mapie Warszawy dwa lata temu. Oprócz Sawickiego, współwłaścicielem jest znany dziennikarz Piotr Najsztub, który był również współwłaścicielem warszawskiej restauracji "Przegryź".


DLA CIEBIE
Biznes od środka x Mbank

Pieniądzy brakuje z każdej strony

Po dwóch latach miejsce może zniknąć z mapy Warszawy. Pieniądze się kończą, a to oznacza, że utrzymanie restauracji wiąże się z sięganiem po środki z własnego portfela.

- Każdy bank odmawia w tym momencie kredytu. Ja mam jeszcze jedną działalność, dlatego dopłacam do restauracji z własnej kieszeni, próbujemy to utrzymać z własnych środków - mówi Sawicki.

Rządowego wsparcia też nie było. Pomoc finansowa z tarcz PFR nie objęła przedsiębiorców. Otrzymali dwa razy bezzwrotne świadczenie w wysokości 5 tys. zł oraz zwolnienie ze składek ZUS wiosną i w listopadzie.

- Renegocjujemy jeszcze czynsz za lokal, jednak idzie to opornie. Wiosną właściciel zmniejszył opłatę o 15 proc., natomiast od jesieni cena wróciła. Jak tak dalej pójdzie, wytrzymamy jeszcze jakieś trzy tygodnie - dodaje.

koronamotto nad drzwiami
© Facebook

Luty z rekordowym spadkiem

Jak mówi Sawicki - ciekawie prezentuje się spadek przychodów w porównaniu do ubiegłego roku. W październiku przychód był o 15 proc. mniejszy niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Oczywiście - do momentu lockdownu. Potem krzywa zaczęła się przesuwać już tylko w dół.

W Kur&Wino listopad zakończył się z 54 proc. spadkiem przychodów względem tego samego miesiąca 2019 roku. Grudzień to było już - 61 proc., styczeń - 68 proc. Luty jest zaś rekordowy. Do połowy miesiąca spadek wyniósł ponad 75 proc.

- Mamy około 25-35 zamówień na wynos na dzień, w weekendy trochę więcej. Ale to i tak za mało, aby się utrzymać. Dziennie dopłacamy średnio około 900 zł, inaczej byśmy padli - mówi Sawicki.

Dania zamawiają zazwyczaj stali klienci, którzy w lokalu bywali i przed pandemią. Średni koszt za wynos to około 25-30 zł. - To są śmieszne pieniądze na utrzymywanie restauracji - dodaje.

Brakuje i środków na pensje dla pracowników. I chociaż żaden nie został zwolniony - niektórzy sami się na to decydują. Sawicki przyznaje, że spóźniają się z wypłatami, a młodzi kelnerzy czy kucharze są niepewni swojej przyszłości.

"Staramy się przetrwać"

Jeszcze niedawno działała wirtualna mapa otwartych restauracji, ale i siłowni czy chociażby miejsc rozrywki. I choć strona jest już niedostępna, Kur&Wino na niej nigdy się nie znalazło. Nie otworzyli się śladem innych rozgoryczonych brakiem zarobku przedsiębiorców.

- Nie bierzemy udziału w tej akcji przedsiębiorców „otwieraMY”. Dostosowaliśmy się do wymogów, natomiast liczyliśmy, że chociaż z drugiej tarczy PFR-owskiej dostaniemy jakąś pomoc. I nic - wnioski zostały odrzucone - mówi współwłaściciel Kur&Wino.

Innym sposobem, z którego decydują się korzystać niektórzy zdesperowani przedsiębiorcy, są zrzutki internetowe. Efekty przechodzą czasem najśmielsze oczekiwania. Jedna z warszwskich kawiarni w kilka dni zebrała ponad 20 tys. zł.

Sawickiego ten pomysł jednak nie przekonuje. - Nie myśleliśmy o zrzutce. Nasi klienci już i tak nam pomagają zamawiając jedzenia na wynos, bo to są najczęściej te same osoby. Nie apelujemy w żaden sposób o pomoc. My po prostu staramy się przetrwać - dodaje.

Natomiast światełko w tunelu się nie pojawia. Jeśli nic się nie zmieni, z lokalu zostanie tylko ironiczny, acz gorzki napis nad drzwiami - "Dobra zmiano! To bankructwo nam się po prostu należało!".

Wybrane dla Ciebie