"SAFE 0 proc.". Analityk: to nie jest idea całkowicie z sufitu
- To pomysł ekstrawagancki i niestandardowy, ale niepozbawiony sensu. Banki centralne co do zasady nie robią takich rzeczy - ich rolą jest dbanie o inflację i stopy procentowe - ale w historii zdarzały się precedensy - komentuje w rozmowie z money.pl Paweł Musiałek, prezes Klubu Jagiellońskiego, odnosząc się do prezydenckiego projektu "SAFE 0 proc.".
Prezydencki projekt "SAFE 0 proc." zakłada wykorzystanie zysku, który według prezesa NBP można wygenerować na transakcjach z wykorzystaniem posiadanego przez Narodowy Bank Polski złota. Z kolei rządowy projekt SAFE to element szerszego, unijnego mechanizmu wsparcia przemysłu obronnego. Zwolennicy tego rozwiązania wskazują na relatywnie niskie koszty obsługi długu gwarantowanego przez całą Unię Europejską. Przeciwnicy - w tym politycy opozycji i obóz prezydencki - ostrzegają przed "unijnymi kajdanami" i warunkowością, która ich zdaniem może ograniczać polską suwerenność (o której więcej mówimy w wywiadzie).
Robert Kędzierski, money.pl: Czy "SAFE 0 proc." to w ogóle sensowny pomysł?
Paweł Musiałek, politolog i analityk, prezes Klubu Jagiellońskiego: To pomysł ekstrawagancki i niestandardowy, ale niepozbawiony sensu. Banki centralne co do zasady nie robią takich rzeczy - ich rolą jest dbanie o inflację i stopy procentowe - ale w historii zdarzały się precedensy, gdy wychodziły poza tę podstawową funkcję, choćby w czasie kryzysu finansowego 2008-2009 czy w czasie pandemii COVID-19. Nie jest więc tak, że pomysł jest całkowicie absurdalny lub wyprany z logiki. Realizacja napotyka jednak na szereg przeszkód natury prawnej i instytucjonalnej, które należałoby przeskoczyć - i to w zależności od tego, o którym wariancie mówimy.
Amerykanie dali Chinom "najlepszy prezent w historii"
Z tego, co już wiemy, spieniężenie zysku (niezrealizowanego zysku, wynikającego z tego, że NBP kupował w ostatnich latach dużo złota po cenach dużo niższych niż te obecne - przyp. red.), o którym mówił prezes Glapiński, może się odbyć na różne sposoby. Warto też odnotować, że być może najprostsze rozwiązanie to takie, o którym Glapiński właściwie nie mówi - czyli faktyczna sprzedaż części złota.
Polskie rezerwy złota są dziś na poziomie wyraźnie powyżej standardowego udziału tego kruszcu w rezerwach walutowych. Moglibyśmy sobie pozwolić na spieniężenie pewnej jego części, uznając, że mamy ekstraordynaryjne potrzeby w zakresie ważnej inwestycji dla państwa. Dyskusja o tym, czy i jak wykorzystać środki z NBP - czy w formie księgowego zysku ze sprzedaży złota, czy realnej sprzedaży - powinna jak najbardziej trwać. Głosy konstytucjonalistów i prawników muszą wybrzmieć, bo ilość ryzyk po drodze jest bardzo duża.
Ale jest pan w stanie sobie wyobrazić lepsze zastosowanie tych środków niż zbrojenia?
Tak, i to jest moim zdaniem największy problem z propozycją "SAFE 0 proc.". Nawet jeżeli uznamy, że można okazjonalnie, w szczególnych wypadkach, wykorzystać bank centralny do tego typu operacji - pojawia się pytanie absolutnie fundamentalne: jeśli te środki są do ruszenia, jaki powinien być priorytet ich wydatkowania?
Jeżeli mamy już bardzo atrakcyjne, stosunkowo tanie finansowanie zbrojeń w postaci SAFE-u unijnego, to trzeba zapytać: czy środki z NBP nie powinny trafić na inne, równie pilne cele rozwojowe? Przywołam choćby pomysł Adriana Zandberga - moim zdaniem wcale niegłupi - by zainwestować je w energetykę jądrową. Problem z atomem to przede wszystkim ogromne wydatki inwestycyjne na wejściu, a nie koszty późniejszej eksploatacji, które są jak najbardziej konkurencyjne.
Przez lata borykaliśmy się właśnie z pytaniem, jak spiąć montaż finansowy dla elektrowni jądrowej - i to był jeden z kluczowych powodów, dla których atom w Polsce od dekad stał w miejscu. Jeżeli zatem mamy atrakcyjne finansowanie dla zbrojeniówki, wcale nie jest oczywiste, że kolejne wydatki na armię powinny wygrać z atomem w kolejce po środki z NBP.
Skąd tak duży opór polityków prawicy wobec unijnego SAFE-u? Trochę to wygląda jak szukanie dziury w całym - gdy bierzemy kredyt hipoteczny, też godzimy się z jego warunkami.
Sięgamy tu do argumentów nie finansowych, lecz stricte politycznych. Prawo i Sprawiedliwość weszło w bardzo krytyczne tony wobec SAFE-u unijnego - a nie było tak od samego początku, bo ten program jest na agendzie UE od ponad roku, został dawno przyjęty.
Gwałtowna zmiana narracji nastąpiła w ostatnich tygodniach i jest efektem świadomej decyzji partyjnej. Dlaczego właśnie teraz? W pamięci elektoratu prawicy wciąż bardzo żywa jest historia wstrzymania środków unijnych za poprzedniego rządu - poczucie, że Komisja Europejska zaangażowała się politycznie, by nie tyle egzekwować prawo, ile wymusić zmianę rządu. Poczucie, że wstrzymano środki nie dlatego, że Polska łamała prawo, tylko dlatego, że był to rząd, który mniej odpowiadał Brukseli. To spowodowało bardzo mocną nieufność wobec unijnych instytucji i wobec jakichkolwiek mechanizmów z elementem warunkowości.
Obserwujemy delikatne ześlizgnięcie polskiej prawicy z pozycji eurorealistycznej na eurosceptyczną. Co prawda nikt nie mówi wprost o polexicie, ale to taki "polexit mentalny" - jesteśmy w Unii, ale chcemy odgrywać rolę kontestatora, nie wchodzić w projekty pogłębiające integrację. Ważny jest też kontekst wewnątrzpartyjny: PiS zdefiniował sobie dziś rywalizację na prawej flance - z obiema Konfederacjami - i wejście jako pierwsza partia w temat antyunijny, jeszcze przed Konfederacją, ma przyciągnąć z powrotem bardziej eurosceptycznych wyborców, tych z elektoratu Brauna i Bosaka.
Czy zastrzeżenia do warunkowości SAFE-u unijnego są uzasadnione?
Część tak, ale część zupełnie nie. Ta warunkowość ma bardziej techniczny charakter niż w przypadku KPO - tam kamienie milowe dotyczyły reform sądownictwa i dawały Komisji Europejskiej dużą dozę arbitralności przy ocenie ich realizacji. W przypadku SAFE przestrzeń dla tej arbitralności jest wyraźnie mniejsza. Ale nie ma co udawać, że jej w ogóle nie ma - argument nie waży zero. Rozumiem, że politycy prawicy są dziś uczuleni i że mają pewne podstawy do tej nieufności. Niemniej analogia z kredytem jest tutaj trafna. Żadna pożyczka nie jest bezwarunkowa.
Jaka jest strategiczna sytuacja Karola Nawrockiego? Dlaczego w ogóle pojawił się "SAFE 0 proc."?
Nawrocki znalazł się w bardzo trudnym położeniu. Badania opinii publicznej pokazują wyraźne, asymetryczne pęknięcie: ponad 60 procent Polaków popiera program unijny, a sama prawica jest podzielona - większość jest przeciwna, ale jest i spora mniejszość, gdzieś między jedną trzecią a dwiema piątymi, która jest za. Każda decyzja byłaby dla Nawrockiego kosztowna: albo rozczarowałby twardy elektorat prawicowy, albo bardziej centrowych wyborców, których potrzebuje w ewentualnej drugiej turze, by przekroczyć 50 procent.
"SAFE 0 proc." to właśnie próba wyjścia z tej pułapki. Jeżeli Nawrocki zawetuje ustawę, ale wcześniej pokaże własną propozycję - będzie mógł powiedzieć: "dbam o bezpieczeństwo, mam alternatywę, rząd z niej nie skorzystał, więc nie może mieć do mnie pretensji". To zmniejsza polityczny koszt weta. Traktuję "SAFE 0 proc." jako pomysł, który przede wszystkim ma minimalizować potencjalne straty wizerunkowe wynikające z decyzji, którą Nawrocki prawdopodobnie i tak podejmie.
Mówi pan "prawdopodobnie" - czyli weto nie jest przesądzone?
Scenariusz bazowy to weto, wszyscy na to wskazują i ja się z tym zgadzam. Ale nie przekreślam wariantu, w którym Nawrocki ustawę podpisuje. Wyobrażam sobie scenariusz, w którym podpisuje właśnie dlatego, żeby w zamian wymusić akceptację własnego projektu - i żeby Polska miała oba instrumenty jednocześnie. Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz wyraźnie mówił, że z samego programu unijnego nie sfinansuje wszystkiego - jest lista rezerwowa projektów zbrojeniowych wartych niemal 80 miliardów złotych, które do SAFE się nie zmieściły. A pełnomocniczka rządu wprost mówiła, że chętnie zobaczy jeszcze instrument prezydenta, bo potrzeby są większe niż to, co jest dostępne z jednego źródła.
Być może finalnie powstaną dwa SAFE-y, a ten polski (SAFE 0 proc." - przyp. red.) pozostanie tylko teoretycznym, rzadko używanym narzędziem - ale Nawrocki będzie mógł mówić o sukcesie: że wymusił na rządzie debatę, że pokazał sprawczość, że ma co pokazać wyborcom. A rząd za cenę akceptacji pomysłu, z którego de facto nie będzie korzystał, dostaje podpisaną ustawę, na której mu naprawdę zależy.
Czy Adam Glapiński zadziałał tu jako niezależny szef banku centralnego?
Glapiński na konferencji prasowej wyraźnie podkreślał, że jego propozycja wymaga zgody rządu i zmian ustawowych - nie chce decydować samodzielnie, nie chce eskalacji. Widać, że szuka przestrzeni do dialogu. Jednocześnie jest oczywiste, że jest politycznie bliższy opozycji i rozumiał trudną sytuację Nawrockiego - stąd wspólne wystąpienie i fakt, że to właśnie on pojawił się u boku prezydenta z tym pomysłem. Ale sam mechanizm - że bank centralny może w wyjątkowych okolicznościach przeprowadzić operacje wykraczające poza standardową rolę - ma precedensy w historii. To nie jest idea całkowicie z sufitu.
Ale czy to nie jest właśnie problem - prezes NBP siada razem z politykiem i tworzy alternatywny projekt budżetowy?
To jest dobre pytanie i tu leży realna, instytucjonalna pułapka. Bank centralny powinien działać w obszarze polityki pieniężnej, a nie stawać się uczestnikiem bieżącego sporu politycznego. Nawet jeśli sam mechanizm ma precedensy, a propozycja nie jest absurdalna merytorycznie, to optyka tej sytuacji - prezes NBP prezentujący razem z prezydentem i kandydatem na prezydenta (na kolejną kadencję - przyp. red.) alternatywną ścieżkę finansową dla rządu - podkopuje niezależność instytucji. To koszt, który trzeba brać pod uwagę w całej tej debacie.
Na koniec: dlaczego akurat w kwestii bezpieczeństwa te dwa ośrodki władzy nie potrafią mówić jednym głosem?
Oczywiście, że porozumienie jest pożądane. Ale realia są, jakie są i nie mam co do nich złudzeń. Elektorat nagradza konfrontację, nie współpracę - i to jest fundamentalny problem. Zwolennicy prawicy chcą, by prezydent kontestował działania rządu. Zwolennicy rządu chcą, by ten ignorował projekty prezydenta. Badania pokazują zresztą, że większość Polaków - ponad 50 procent - ocenia częstotliwość korzystania z weta przez Nawrockiego jako adekwatną lub nawet niewystarczającą. To kwintesencja głębokiej polaryzacji: każdy obóz chce, żeby prezydent stał w kontrze do przeciwnika.
Obydwa ośrodki władzy żyją według zasady "gdzie dwóch się bije, tam obydwaj korzystają" - i ewidentnie odczuwają polityczną presję na kontynuację status quo. Że dzieje się to kosztem bezpieczeństwa i rozwoju Polski? Tak, dzieje się. Ale nie mam żadnych optymistycznych przesłanek, by sądzić, że coś się tu wkrótce zmieni. O zmianie konstytucji raczej mówić nie możemy. Musimy z tym żyć - i to jest bardzo gorzka konkluzja.
Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl