Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na
wiadomości
09.10.2016 09:45

Zielke: wpadłem po uszy w gówno

Mafia zastrasza byłego dziennikarza śledczego czy to on próbuje wyłudzić pieniądze od trójmiejskiego przedsiębiorcy? - Wpadłem po uszy w gówno. Próbowano mnie zniewolić, doprowadzić do tego, żebym zrezygnował z publikacji mojej książki, żeby to, co napisałem w tej książce, nigdy się nie ukazało - mówi w rozmowie z money.pl Mariusz Zielke, były dziennikarz ekonomiczny i zdobywca nagrody Grand Press. Money.pl dotarł do biznesmen, który zlecił mu napisanie tej książki, i zdaniem autora teraz próbuje ją zablokować. Prawnik zleceniodawcy przedstawia jednak zupełnie inną wersję wydarzeń.

Podziel się
Dodaj komentarz
(Piotr Waniorek Żelazna Studio)

Mafia zastrasza byłego dziennikarza śledczego czy to on próbuje wyłudzić pieniądze od trójmiejskiego przedsiębiorcy? A może to akcja marketingowa albo zwykły biznesowy konflikt? - Wpadłem po uszy w gówno. Próbowano mnie zniewolić, doprowadzić do tego, żebym zrezygnował z publikacji mojej książki, żeby to, co napisałem w tej książce, nigdy się nie ukazało - mówi w rozmowie z money.pl Mariusz Zielke, były dziennikarz ekonomiczny i zdobywca nagrody Grand Press. Money.pl dotarł do biznesmena, który zlecił mu napisanie tej książki i, zdaniem autora, teraz próbuje ją zablokować. Prawnik zleceniodawcy przedstawia jednak zupełnie inną wersję wydarzeń.

Mariusz Zielke - znany dziennikarz śledczy, a od kilku lat już wyłącznie pisarz, opublikował w internecie swoją ostatnia powieść "Dla niej wszystko". Za darmo. Twierdzi, że to jego polisa ubezpieczeniowa, bo publikację prawdopodobnie chcą zablokować przestępcy, których opisał. W kryminale pojawia się zorganizowana grupa stojąca za porwaniami i morderstwami, w dodatku powiązana ze służbami i wysokimi funkcjonariuszami policji. Zielke mówi również o Marku Falencie i Iwonie Wieczorek, i to wszystko w jednej rozmowie z money.pl.

Jakby tego było mało, Zielke napisał tę książkę na zlecenie biznesmena z Trójmiasta, a cała historia brzmi niemal dokładnie jak początek światowego bestsellera "Millennium" Stiega Larssona.

Czy jednak dziennikarzowi rzeczywiście coś zagraża? Money.pl dotarł do tajemniczego biznesmena, który zlecił napisanie tej książki. Biznesmen chce pozostać anonimowy, ale jego prawnik przedstawia nam zupełnie inną wersję wydarzeń. Oto rozmowa z autorem kontrowersyjnego kryminału i odpowiedź ludzi, z którymi się skonfliktował.

Agata Kołodziej, money.pl: Całkiem dobrze pan wygląda, jak na człowieka, który niedawno obawiał się o swoje życie.

Mariusz Zielke: Dziękuję, jakoś sobie radzę.

To dlatego opublikował pan swoją najnowszą książkę w internecie, w pośpiechu i za darmo. Żeby była pana polisą ubezpieczeniową. Cała ta historia z publikacją "Dla niej wszystko" wygląda jak powieść sensacyjna, w dodatku brzmi dokładnie jak początek światowego bestsellera "Millennium" Stiega Larssona. Przypadek?

Ja nie jestem żadnym świrem, ale nic nie poradzę, że moja historia układa się dokładnie tak jak bohatera "Millennium". Niedawno, jako dziennikarz, miałem serię procesów wytoczonych przez wpływowego biznesmena – Marka Falentę. Dziś to osoba oskarżona w najgłośniejszej chyba ostatnio aferze: podsłuchowej (choć nie przyznaje się do winy i twierdzi, że współpracowała ze służbami specjalnymi), ale w czasach, kiedy o nim pisałem, uchodził za świetlaną postać i przez wszystkie media był opisywany jako guru finansowe. Ja pisałem o nim inaczej, przez co wytoczył mi pięć procesów. Wszystkie te procesy wygrałem prawomocnie. Ale tak naprawdę przegrałem, bo to moje pisanie o Falencie, innych biznesmenach i wielkich korporacjach skończyło się dla mnie wilczym biletem. Pisząc źle o reklamodawcach, nie mogłem znaleźć pracy w żadnej gazecie.

I wtem, podobnie jak Mikael Blomkvist, dostaje pan ofertę od milionera, żeby napisać książkę o jego rodzinie.

Co ważne, dostaję tę ofertę, mając pustkę na koncie i wizję finansowej katastrofy. Dlatego wchodzę w nią z pełnym zaangażowaniem i wiarą w odmianę mojego losu. Zamiast tego natrafiam na dużo większą, niebezpieczną sprawę. Blomkvistowi groziła śmierć z powodu tego, co odkrył. Sądzę, że moje życie też było zagrożone. Blomkvista uratowała Lisabeth Salander, mnie uratował internet, on był moją Salander.

Wielu zarzuca panu, że to jest akcja marketingowa.

Ale nie jest. Po prostu wpadłem po uszy w gówno, za przeproszeniem. Nie jestem z tego powodu wcale zadowolony. Próbowano mnie zniewolić, doprowadzić do tego, żebym zrezygnował z publikacji mojej książki, żeby to, co napisałem w tej książce, nigdy się nie ukazało. A ja nie mogę na to pozwolić, dlatego opublikowałem ją w internecie.

Jeśli rzeczywiście są jacyś ludzie, którzy uważają, że ta książka może doprowadzić do jakichś kłopotów, do wznowienia śledztw, to już niestety doprowadziła, bo wszystko jest dostępne w internecie. Każdy prokurator czy policjant może sobie ją przeczytać i wyciągnąć z niej wnioski. Dlatego właśnie to zrobiłem, żeby ochronić się przed dalszymi działaniami, które wobec mnie były prowadzone.

Jakimi działaniami?

Ja je odczytałem jako zwykłe groźby, bo pokazywanie mi broni palnej, mówienie w podtekstach o wpływaniu na sądy czy o wynajmowaniu bandytów do pobić, a wreszcie pisanie o tym, że nie chcę poznać jakichś "mrocznych stron", trudno odebrać inaczej niż jako groźby.

Zacznijmy od początku i cofnijmy się w czasie o 11 miesięcy.

Pewien biznesmen, bardzo znany w pewnych kręgach...

Kto?

Bez trudu można znaleźć jego nazwisko w internecie, ale ponieważ ma prawo do prywatności, ja go nie wymienię. W każdym razie ów biznesmen zaproponował mi napisanie książki o porwaniu przez gangsterów jego żony, co rzeczywiście przydarzyło mu się kilka lat temu.

Dlaczego właściwie chciał opisać tę historię? Tłumaczył to jakoś?

Chciał o tym nakręcić film, książka miała być takim wstępem do ekranizacji. Mówił, że to jest jego zdaniem najciekawsze porwanie, jakie się w Polsce wydarzyło, tak mu powiedzieli w CBŚ. Ponoć w podręczniku szkoleniowym policji kryminalnej w Niemczech jest nawet jego opis. A ponieważ ten przedsiębiorca ma również swoje małe wydawnictwo, chciał w nim opublikować taką historię.

Uznałem, że to jego porwanie rzeczywiście było interesujące. Wszystkie zbiegi okoliczności, które miały miejsce, rozgrywki wewnątrz policji oraz pomiędzy policją a porywaczami sprawiały, że ta historia była ciekawa. Ale dopiero jak się tym zająłem, w trakcie analizy akt tej sprawy, natrafiłem na inną, która okazała się znacznie ciekawsza i doprowadziła mnie do wniosków, że w Polsce całkiem niedawno, w ostatnich latach, mogła działać grupa przestępcza powiązana z wysokimi funkcjonariuszami policji i służbami specjalnymi, która zajmowała się nie tylko porwaniami, ale i innymi przestępstwami, być może również zabójstwami, które do dziś są niewyjaśnione. A to oznacza, że mordercy, którzy za tym stoją, są na wolności.

A pan tę grupę opisał w "Dla niej wszystko" i dlatego obawia się pan o swoje życie?

Obawiam się nie dlatego, że opisałem, tylko dlatego, że się postawiłem i nie zgodziłem na zniszczenie mojej pracy. Każdy normalny człowiek w takiej sytuacji zastanawiałby się, czy jego życie nie jest zagrożone.

Książka jest jednak kryminałem, sam pan zaznacza, że to fikcja literacka. Co w niej jest zatem prawdą wynikającą z akt, na które pan trafił, a co tylko efektem pańskiej wyobraźni?

Z akt i zeznań wynika, że na wysokich funkcjonariuszy policji, którzy uczestniczyli w sprawie pewnego porwania w Trójmieście, były rzucane podejrzenia o korupcję na wielką skalę. M.in. chodziło o okoliczności zaginięcia 200 tys. euro oraz rzekome żądanie 100 tys. euro łapówki oraz inne sprawy. Podejrzewali ich też inni policjanci. Wygląda na to, że te dwie grupy policjantów ze sobą rywalizowały. Nie wiem jednak, czy jedni policjanci rzeczywiście brali, a drudzy chcieli ich złapać, czy też dla kariery chcieli po prostu "udupić" tych pierwszych. To, w jaki sposób rozwój wypadków opisałem w książce, to już moja wyobraźnia.

A kryminaliści i płatni mordercy, których opisał pan w książce?

Ta rozgrywka między funkcjonariuszami ustawionymi bardzo wysoko w strukturach policji to jeszcze nic, bo ten wątek wprost doprowadził mnie do grupy przestępczej, która działała na terenie Trójmiasta i zajmowała się porwaniami i prawdopodobnie nie tylko. W tej sprawie było prowadzone zresztą śledztwo, to jest fakt, ale nic im nie udowodniono. Co ciekawe, z moich ustaleń wynika, że mogli być w nią zamieszani również bardzo wysoko postawieni politycy, służby specjalne, pojawiają się tam też agencji WSI, a nawet szpiedzy.

I pan wciąż mówi o życiu, a nie o książce? Kiedy to wszystko się działo?

To się dzieje teraz. To są ostatnie lata 2011-2015. To bardzo świeża sprawa, dlatego tym bardziej myślę, że moja książka, która to opisuje fikcyjnie, może doprowadzić do wznowienia śledztwa i spowoduje różnego rodzaju reperkusje. Zresztą dlatego właśnie mówię tak naokoło, bo boję się mimowolnego ujawnienia tajemnicy śledztwa.

Chociaż z drugiej strony nie mówię nic, czego nie byłoby w dostępnych aktach. Ja ostatecznie jestem tylko pisarzem, który trafił na ciekawą sprawę i potraktował ją jako inspirację do fabuły powieści.

A jednak tylko inspiracja. Jak dużo prawdy jest w tej książce?

W zasadzie cała ta historia opisana w "Dla niej wszystko" się wydarzyła, tylko że ja tak ją opisałem, by nie można było rozpoznać konkretnych osób oraz zaprezentowałem swoją interpretację pewnych wydarzeń, próbowałem odpowiedzieć na zagadki, które nie zostały w śledztwie rozwiązane. To fikcja bardzo bliska rzeczywistości. Było więc porwanie, gang porywaczy, było podejrzenie, że ktoś tym gangiem kieruje, były fałszywe tropy, były opisane przeze mnie pomyłki policji, były podejrzenia korupcyjne.

I przede wszystkim byli płatni mordercy i zaginięcia.

Akcja książki w 90 proc. odpowiada wydarzeniom z rzeczywistości. Morderca taki jak Nikifor z mojej książki rzeczywiście działał, ale oczywiście ma inny pseudonim, inaczej mordował i nie sadził wyjątkowych kwiatów na pamiątkę swoich ofiar. Niestety, cała ta sprawa zaprowadziła mnie do serii niewyjaśnionych zbrodni: morderstw i zaginięć.

Jest jeden wątek, który każdy rozpozna. Opisuje pan ewidentnie historię porwania Iwony Wieczorek.

To jest błąd, że użyłem tej historii. Teraz żałuję, bo nie chciałem wskazywać na tę jedną sprawę, tylko ogólnie na problem systemowy. W Polsce co roku znika 20 tys. osób. Los wielu z nich pozostaje na zawsze nieznany. Media wybierają kilka spraw. O innych nigdy się nie dowiadujemy.

Iwona Wieczorek rzeczywiście była wplątana w tę sprawę, o której pan pisze?

W aktach sprawy porwania żony biznesmena jej nazwisko się nie pojawia. Jednak na podstawie akt można stwierdzić, że wciąż działa w Polsce grupa przestępcza, która zajmowała się porwaniami i być może też morderstwami i moim zdaniem istnieje duże prawdopodobieństwo, że historia Iwony Wieczorek ma z tym związek. Dlatego zdecydowałem się umieścić ten wątek w książce, czego teraz żałuję, bo wiele osób myśli, że mówiąc o "najciekawszej sprawie kryminalnej", mam na myśli sprawę Iwony Wieczorek, a to nieprawda.

Ja mówię o sprawie gangu z powiązaniami w służbach oraz jego związku z serią tajemniczych morderstw – to jest ta jedna z najciekawszych spraw kryminalnych. Iwona Wieczorek jest raczej ikoną problemu porwań i zaginięć ludzi. Uważam, że dopytując o nią, o losy tej sprawy, naciskamy jako opinia publiczna, by policja nie pogodziła się z porażką i ciągle starała się to wyjaśnić. W Trójmieście jest masa niewyjaśnionych spraw dużej wagi. A niektórzy ludzie, zamiast odkrywać przestępstwa, starają się je tuszować.

A bohater, od którego zaczyna się "Dla niej wszystko"? Daniel Wais – on jest prawdziwy? To pański zleceniodawca, biznesmen-milioner?

Cały czas podkreślam: u mnie prawdziwe są wydarzenia, a osoby, które w nie wplątuję, wymyślam. Nie opisuję prawdziwych osób, za to korzystam z faktów ustalonych w toku śledztwa. Z biznesmenem od razu uzgodniliśmy, że ja sobie sam buduję fikcyjną postać, rodzinę, która doświadcza porwania i to porwanie doprowadza do jakiejś ciekawej sytuacji. Mój zleceniodawca cały czas zgadzał się na to, w jaki sposób będę opisywać tę historię.

Rodzina przedsiębiorcy, która pada ofiarą porwania, to moi wymyśleni bohaterowie. Do ich skonstruowania użyłem elementów historii, która przydarzyła się mojemu zleceniodawcy, ale też choćby własnej rodziny, mój syn na przykład startuje w zawodach na koniu o imieniu Devil – jak w książce i zasypuje mnie biznesowymi pomysłami, jak syn Waisa. Mimo to w pierwszej wersji książki można było rozpoznać mojego zleceniodawcę. On zresztą wielokrotnie wypowiadał się otwarcie w mediach na temat porwania swojej żony i tego, co przeżywał. Ja wszystko robiłem za jego zgodą. Miał wgląd w moją pracę od początku do końca. Nie zrobiłem mu żadnego świństwa, które uzasadniałoby spór pomiędzy nami. Współpraca z biznesmenem przebiegała bez zarzutu przez 11 miesięcy.

To skąd konflikt między wami?

To nie tak. Na początku tego sporu w ogóle nie było kwestii rozpoznawalności postaci. Nie w tym tkwił problem. Mój zleceniodawca chciał być kojarzony z tą historią, chciał otwarcie się przyznać i opowiadać o tym w mediach, że moja powieść jest zainspirowana m.in. tym, co się jemu i jego rodzinie przydarzyło. On chciał nawet wykupić billboardy z hasłem reklamującym powieść: "Prawdziwe wydarzenia z Gdańska". W reklamę tej historii chciał zainwestować ponad 100 tys. zł. Ja myślałem, że on rzeczywiście chce sprzedać dobrą powieść, a potem nakręcić na jej podstawie film.

Konflikt zaczął się od tego, że po 11 miesiącach zgodnej współpracy, kiedy powieść była już prawie gotowa, prawnik biznesmena zaproponował mi umowę, w której miałem się zgodzić na to, że pierwsze wydanie mojej powieści mogłoby nastąpić w ciągu 25 lat. To wzbudziło mój niepokój, bo umawialiśmy się na wydanie w listopadzie 2016, a nie np. w listopadzie 2040 r. Dlatego zacząłem się zastanawiać nad tym, czy sprawa nie ma drugiego dna. Analizując wydarzenia krok po kroku, coraz bardziej dochodziłem do wniosku, że nie chodzi o pieniądze czy umowy, tylko zwyczajnie ktoś tę książkę chce zablokować.

Co dokładnie na to wskazywało?

Pierwsze symptomy były w czerwcu. Wówczas na spotkaniu biznesmen stwierdził, że jemu się ta powieść podoba, ale inne osoby mają zastrzeżenia.

Jakie osoby?

Ja nie wnikałem, o kogo chodzi. Umówiliśmy się, że zarówno on, jak i ja możemy przekazać powieść do przeczytania komu chcemy, żeby zebrać jak najwięcej opinii i poprawić ewentualne braki. Proszę zrozumieć: to miał być zwykły kryminał na faktach z mocnym społecznym przesłaniem, a nie książka demaskująca "układ" czy mafię. Ja nie widziałem zagrożeń, które się potem pojawiły.

Po wątpliwościach biznesmena zaproponowałem, żeby zrobić taki niby audyt. Dać powieść do recenzji zawodowym recenzentom. Zamówiłem cztery takie recenzje, płacąc za nie z własnej kieszeni i naciskając, by recenzenci byli jak najbardziej krytyczni, żebym mógł skorzystać z tej krytyki dla poprawienia książki. Mimo to wszystkie recenzje były pozytywne, a niektóre entuzjastyczne. Zamawiający też zebrał kilka opinii i też były pozytywne. Sądziłem, że to przekona biznesmena, że książka jest dobra.

Nie przekonało?

Odniosłem wrażenie, że jest zakłopotany z tego powodu. Wyczułem, że on już tej powieści nie chce wydać. Ale wciąż przyjmowałem, że nie kierują nim jakieś groźby czy szantaże, tylko że po prostu biznesowo w to nie wierzy. Nie miał doświadczeń w wydawaniu powieści komercyjnych, mógł więc obawiać się, że nie zarobi, tylko straci kilkaset tysięcy złotych.

Dlatego pojawiło się wydawnictwo Czarna Owca, które miało to wydać?

Zaproponowałem, żeby książkę oddać do wydania fachowcom, renomowanemu wydawnictwu, które by po prostu i mnie, i jemu zapłaciło za to, że może ją wydać. On się na to zgodził. Ja przekazałem książkę Czarnej Owcy informując szczegółowo o historii jej powstania, niczego nie zatajając. Czarna Owca oddała książkę do recenzji swojemu recenzentowi. Recenzja była entuzjastyczna. Biznesmen zgodził się na spotkanie z Czarną Owcą, jednak gdy już go umówiłem z wydawcą, nagle zrezygnował, a jego prawnik zaproponował tę umowę z 25 latami na pierwsze wydanie.

Cały czas jednak to biznesowy spór, a nie kryminalny, żeby miał powody obawiać się o swoje życie.

Do tej pory nie było żadnego sporu. Ja wykonywałem wszystkie polecenia biznesmena i proponowałem korzystne dla niego rozwiązania, dając mu zawsze ostatnie słowo. To on decydował. Po prostu chciałem pomóc mu wydać powieść, którą u mnie zamówił. Chciałem tylko wydania tej książki.

Teraz jesteście w takiej sytuacji, że zleceniodawca żąda od pana zwrotu zaliczek, które panu wypłacał w trakcie pracy.

Napisałem powieść na zamówienie biznesmena, który miał być jednocześnie jej wydawcą. On za jej napisanie mi zapłacił. Ja przekazałem mu gotowe dzieło, zrecenzowane przez fachowców, którzy ocenili je bardzo dobrze. Mam na to dziesiątki dowodów, włącznie z tym, że biznesmen przyjmuje powieść i pisze, że mu się podoba. Więc uczciwie zarobiłem pieniądze, które otrzymałem. Dlaczego miałbym cokolwiek zwracać?

Bo chciał pan wydać książkę w innym wydawnictwie?

Nieprawda. Chciałem wydania w innym wydawnictwie, jeśli biznesmen nie chciałby wydać mojej powieści w swoim. To on decydował. Uważa pani, że powinienem się pogodzić z tym, że moja powieść nigdy nie zostanie wydana? To jest wbrew prawu autorskiemu, które wyraźnie stanowi, że dzieło ma być udostępnione odbiorcom. Przecież ja dopełniłem wszystkich warunków umowy, a książkę przekazałem innemu wydawcy za zgodą zamawiającego. Chciałem podzielić się z nim ewentualnymi zyskami w korzystnych dla niego proporcjach. To rozwiązanie pozwalało uchronić go przed stratami, które by poniósł, gdyby źle tę książkę wydał, gdyby nie zadbał o dobrą dystrybucję i promocję.

Zwrotu jakiej kwoty domaga się pański zleceniodawca?

Proszę zrozumieć, tu nie chodziło o głupie 30 tys. zł, które chce odzyskać biznesmen. Ten człowiek jeździ nowiutkim Rolls-Roysem, pewnie miesięcznie na paliwo wydaje więcej niż mi zapłacił. Mieszka w tysiącmetrowym domu z krytym basenem, własną elektrownią i kinem za parę milionów. Ma fabrykę wartą kilkadziesiąt milionów, imponujące osiągnięcia biznesowe. Czy to normalne, że blokuje wydanie książki z powodu 30 tys. zł i dodatkowo prowokuje taki spór, który może zakończyć się wojną na śmierć i życie? Grozi mi ukazaniem jakiejś swojej "mrocznej strony". Krzyczy na mnie przez telefon. Pokazuje, że nie rozstaje się z bronią palną. Dla mnie to nienormalne. Dlatego uznałem, że to nie jest kwestia pieniędzy i wydania tylko tego, że ta książka z jakiegoś powodu nie może się ukazać. A na to nie mogę się zgodzić.

To jest już walka o wolność słowa, o którą walczę przez całe życie. Dlatego nie mogłem dać się zastraszyć, przekonać, kupić.

Na jakim etapie właściwie teraz jest wasz konflikt?

Czekam na pozew.

O co?

Moim zdaniem będzie to pozew, którego głównym celem będzie uniemożliwienie przez wiele lat wydania mojej powieści. Pewnie będą w nim też kwestie finansowe, ale one będą drugorzędne.

Pańskim zdaniem to nie zleceniodawca chce ją zablokować, ale ktoś nad nim? To brzmi jak teoria spiskowa.

Jestem tego w zasadzie pewien. Jak wspomniałem, moja współpraca z biznesmenem przebiegała przez 11 miesięcy idealnie. Nie zrobiłem niczego, co by uzasadniało nagłą zmianę nastawienia wydawcy. Dlatego sądzę, że jest inna przyczyna. Myślę, że ktoś bardzo boi się tej książki. Być może moim prawdziwym przeciwnikiem jest trójmiejska mafia.

Boi się pan?

Nie, ale staram się zabezpieczyć.

W jaki sposób?

Jeśli coś mi się stanie, obszerne zeznania na temat moich ustaleń zostaną upublicznione. Prokuratorzy będą mieli co badać.

Rozmawiamy ciągle o dwóch rzeczach, o sprawie grupy przestępczej, którą opisał pan w "Dla niej wszystko" i o konflikcie ze zleceniodawcą. Bierze pan pod uwagę, że to drugie może być zwykłym biznesowym nieporozumieniem?

Chciałbym, żeby tak było, ale zachowanie drugiej strony na to nie wskazuje. Po co to pokazywanie mi broni palnej, różne insynuacje? Gdyby nie one, sprawa byłaby szalenie prosta. Ja wykonałem swoją pracę, czekam od dwóch miesięcy na wykonanie umowy przez mojego zleceniodawcę. Zamiast tego otrzymuję dziwne maile i propozycje umów, które są rażąco niekorzystne. To jest kompletnie bez sensu, więc to niestety nie jest tylko sprawa biznesowa.

Za jakiś czas będę mógł to wszystko udowodnić. Być może nawet za 2-3 miesiące wskażę, kto jest kim w całej tej układance. Bo tak jak moim zdaniem Marek Falenta jest tylko zwyczajnym biznesmenem, a nie żadną siłą, która byłaby w stanie obalić rząd 38-milionowego kraju, tak uważam, że biznesmen, który zlecił mi napisanie książki, też jest tylko zwyczajnym biznesmenem. A za tym wszystkim stoją bardzo poważne historie, które trudno opisać, bo zaraz można zostać okrzykniętym oszołomem. Prawda jest taka, że w tym kraju działają bardzo dziwne siły, ale one działają inaczej niż się wszystkim wydaje.

To znaczy jak?

Dostajesz ofertę pracy, a następnego dnia ten człowiek dzwoni, że już jest nieaktualna. Masz wydawcę książki, następnego dnia już nie masz. Przyjeżdża do ciebie telewizja, robi reportaż, ale nigdy nie zostanie wyemitowany. Policjant obiecuje ci pomóc, a za rok jest ochroniarzem człowieka, który ci groził. Śledczy wzywają cię na przesłuchanie, a gdy im pokazujesz dowody przestępstw, nagle ci dają do podpisu oświadczenie, że zostałeś pouczony, że rzucanie fałszywych oskarżeń jest karalne. W firmie, o której przestępstwach opowiadasz śledczym, następnego dnia pojawia się członek rady nadzorczej z powiązaniami w organach ścigania. Człowiek, który obiecywał ci rozwikłanie ujawnionych przez ciebie przestępstw, nie robi tego, za to później jest najlepiej opłacanym specjalistą od szkolenia osób, których przestępstwa opisywałeś.

Dużo łatwiej z człowieka zrobić oszołoma, wariata, niewiarygodnego furiata niż nam się wydaje.

Moi wrogowie mają jednak ze mną zasadniczy problem: nie ma na mnie ani jednego haka. Napisałem kilka tysięcy tekstów śledczych, nigdy nie musiałem przepraszać za nie, wygrałem prawomocnie wszystkie procesy, które mi wytoczono. Z powodu moich tekstów wiele znanych banków, korporacji, firm musiało płacić ogromne kary finansowe.

Mogę udowodnić każde swoje słowo. Nie zasługuję na porównywanie do osób, które rzucały oskarżenia bez podstaw i dowodów, bo ja po prostu nie mam w swoim życiorysie żadnych wpadek, a każde swoje słowo podpieram dowodem, a nie teorią spisku czy wydumanymi historyjkami.


Money.pl udało się dotrzeć do biznesmena, który zlecił autorowi napisanie książki. Nie chce on jednak komentować tej sprawy, ponieważ dotyczy ona tragicznych wydarzeń z jego życia i postanowił chronić swoją prywatność. Dodatkowo uważa, że szum, jaki powstał wokół sporu o wydanie książki, to wyłącznie zaplanowana przez pana Mariusza Zielke akcja marketingowa, dlatego nie chce w niej uczestniczyć.

Jednak przynajmniej na część pytań i wątpliwości odpowiedział nam reprezentujący go prawnik, pan Tomasz Szmigiero. Poniżej zamieszczamy jego wyjaśnienia:

"To jest spór czysto finansowy i nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek kwestią wolności słowa. Pan Zielke po prostu próbuje w taki sensacyjny sposób prowadzić akcję marketingową swojej książki. Umowę, jaką mój mocodawca miał zawrzeć z panem Mariuszem Zielke wspólnie konsultowaliśmy, w trakcie negocjacji uwzględnialiśmy w zapisach umowy zmiany proponowane przez pana Zielke. Osobiście przyznam, że dotąd nigdy jeszcze nie poszedłem na takie ustępstwa jak w tym przypadku. Kiedy już umowa została uzgodniona i byliśmy umówieni na jej podpisanie na 30 sierpnia w Warszawie, pan Mariusz nagle odwołał to spotkanie, mimo że jeszcze 29 sierpnia potwierdzał, że jesteśmy umówieni. Zaraz po odwołaniu tego spotkania, wysłał za to nowe żądania finansowe. Chciał 178 tys. zł, w tym ok. 30 tys. zł za zrzeczenie się praw autorskich do książki i 50 tys. zł za prawa do sfilmowania dzieła, choć do tej pory nie było o tym mowy. Nie chciałbym nazywać tego wyłudzeniem, ale w tej chwili strony nie są w stanie się już porozumieć".

Czy umowa, jaką zleceniodawca i autor mieli podpisać 30 sierpnia, rzeczywiście zawierała zapis umożliwiający niepublikowanie książki przez okres 25 lub 50 lat? Tomasz Szmigiero wyjaśnia:

"Zapis mówiący o możliwości dokonania pierwszego wydania książki w ciągu 50 lat dotyczy tylko pierwszej książki pana Zielke, czyli tej, którą od początku pisał na zlecenie mojego klienta, a nie tej, która została opublikowana w internecie, bo to zupełnie nowa wersja książki, a właściwie zupełnie inna książka napisana od początku. Nie ma w tym zapisie zupełnie nic dziwnego, co pan Zielke zapewne wie, bo nie sądzę, żeby tak dalece nie znał prawa autorskiego. W tym punkcie umowy mojemu klientowi chodziło jedynie o to, by sam mógł decydować o momencie pierwszego wydania i żeby autor nie opublikował nigdzie tej książki, zanim zostanie ona wydana przez mojego klienta".

Tomasz Szmigiero wyjaśnia również, jak wygląda kwestia żądania zwrotu zaliczek:

"Mój klient żądał od pana Zielke zwrotu zaliczek, ponieważ pobierał je, pisząc już drugą książkę, a nie książkę mojego klienta, nigdy jednak nie żądaliśmy zwrotu pieniędzy natychmiast. Ponieważ pan Zielke mówił, że nie ma już tych pieniędzy, zaproponowaliśmy, żeby zaliczki były zwracane stopniowo po wydaniu tej drugiej książki pana Zielke w innym wydawnictwie. Wtedy mój klient od każdego sprzedanego egzemplarza książki miałby otrzymywać jednocyfrową kwotę stanowiącą zwrot zaliczek. W przypadku niepowodzenia sprzedaży pan Zielke nie musiałby zwracać zaliczki. Autor pierwotnie zgodził się na propozycję i kwotę, by później negocjować jej wysokość, co spotkało się z akceptacją z mojej strony. Jednakże później ponownie zmienił on zdanie uznając, iż niewiele by zarabiał i takie rozwiązanie go nie interesuje, gdyż woli pracować nad innymi książkami, niż wydawać "Dla niej wszystko"".

Spór pomiędzy autorem książki a zleceniodawcą najprawdopodobniej rozwiąże sąd.


_ Mariusz Zielke przez dziesięć lat był dziennikarzem śledczym "Pulsu Biznesu". W 2005 roku otrzymał nagrodę dziennikarską Grand Press za artykuł śledczy na temat zmowy giełdowej. Rok później był do niej nominowany, tym razem w kategorii „dziennikarstwo specjalistyczne” za cykl publikacji o absurdach urzędniczych i przetargach. _

_ Za jedną z publikacji znany biznesmen Marek Falenta wytoczył mu pięć procesów. Dziennikarz wszystkie wygrał. Mimo to w 2009 roku odszedł z "Pulsu Biznesu". Założył wówczas Niezależną Gazetę Internetową – ngi24.pl. Jednak z braku środków zawiesiła działalność. Wtedy Zielke zajął się pisaniem kryminałów, fikcyjnych powieści, ze zmyślonymi postaciami, jednak pokazującymi prawdziwe mechanizmy działania biznesu, giełdy i mediów. _

_ Mówi, że doczekał się nawet raportu na swój temat w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. _

Tagi: wiadomości, gospodarka, najważniejsze, gospodarka polska
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
09-10-2016

RECENZENT PHDTEN ARTYKUL TO ZWYKLA REKLAMA JEGO KSIAZKI....CZYTALEM TO ...SYF I DZIECINADA....SZKODA KASY

09-10-2016

darksz mafia i specjalami sprawa na 99% przegrana panie Mariuszu, wiec co prawda trzymam kciuki chociaz nie wierze w powodzenia, ale probowac trzeba

09-10-2016

GdańskAle odkrycie...W Gdańsku na ulicach śmierdzi korupcją.Marcin P.w celi robi w gacie w oczekiwaniu na seryjnego samobójce.Póki co,cicho siedzi,odmawia … Czytaj całość

Rozwiń komentarze (14)