Historycznie rzecz biorąc pierwsze próby współdzielenia datują się na koniec lat 40. XX wieku. Pomys na Selbstfahrergenossenschaft, oryginalnie jednej ze szwajcarskich komun, nie został jednak realnie wdrożony. Pierwsze udane próby to USA i początek trzeciego millenium. Najbardziej znany, przynajmniej na Starym Kontynencie, jest Car2Go (nowa nazwa Share Now). To wspólne przedsięwzięcie koncernu Daimler AG, które objęło USA, Europę oraz Chiny. Do wynajęcia przeznaczono małe smarty, także takie z napędem elektrycznym. Początki, w niemieckim mieście Ulm, gdzie wdrażano program testowy, nie były łatwe. Ale dziś efekt skali, a w zasadzie wręcz domina robi ogromne wrażenie. Dane za rok 2018, czyli te najświeższe z dostępnych, pokazują wzrost – liczba użytkowników pojazdów w ramach systemu Car2Go wzrosła o 1/5, do 3,6 miliona. Rocznie Car2Go wynajęło swoje pojazdy aż 25 milionów razy! Niektóre miasta, np. Berlin, Madryt czy chińskie Chongqing mają zarejestrowanych około 300 tysięcy użytkowników, co oznacza, że tam własność auta traci na znaczeniu. Prościej i taniej, wygodniej i szybciej, minimalizując codzienne koszty jest współdzielić auta z innymi. Zmienia się również podejście nie tylko użytkowników prywatnych, ale firm. Coraz częściej stawiają właśnie na współdzielenie. Efekty car-sharingu, co udowodniono na Uniwersytecie Kalifornijskim, pozwalają ograniczyć korki i poprawić jakość powietrza – jeden samochód z car-sharingu teoretycznie odpowiada aż 11 autom prywatnym. Czy to można zaliczyć do zysków? Społecznych na pewno, ale w przyszłości – i raczej tego się należy spodziewać – redukcja chmury spalin zostanie odpowiednio przeliczona. Kto na tym „zarobi”? Najpewniej właśnie Daimler. I Volkswagen, bo ten niemiecki koncern również poinformował o tworzeniu sieci car-sharingu. Na razie zaczęli od Berlina, gdzie w ramach tzw. WeShare od czerwca jeździ już 1,5 tysiąca elektrycznych Golfów.