"Stracone pokolenie" kierowców. Psycholog transportu: tu już nic nie da się zrobić

– W niektórych stanach USA kierowca złapany na jeździe pod wpływem alkoholu zabierany jest do kostnicy na sekcję zwłok ofiar wypadku drogowego. Ma zobaczyć konsekwencje – mówi w rozmowie z money.pl dr Wojciech Korchut, psycholog transportu. Jego zdaniem w Polsce nie wystarczy zaostrzanie kar, podnoszenie mandatów i konfiskowanie samochodów, by z dróg zniknęli piraci.

Dr Wojciech Korchut, psycholog transportu z Uniwersytetu SWPS, oDr Wojciech Korchut, psycholog transportu z Uniwersytetu SWPS
Źródło zdjęć: © GETTY, mat.prasowe | SWPS
Marcin Walków

Marcin Walków, money.pl: Kolejny tragiczny wypadek wydarzył się w Krakowie. Co musi się stać, żeby kierowcy nie łamali przepisów, nie jeździli brawurowo po ulicach miast i drogach?

Dr Wojciech Korchut, psycholog transportu, Uniwersytet SWPS: Zawsze u podstaw jest system szkolenia – to on decyduje, jakiego pod względem "jakości" kierowcy się dochowamy. I ten system szkolenia właściwie nie istnieje, bo obecny to jest tylko nauka jazdy, jak sama nazwa wskazuje.

Niektórzy nawet mówią wprost: nauka zdawania egzaminu na prawo jazdy.

Tak, to też można przyjąć. Ośrodki szkolenia reklamują się tym, że uczą na trasach, które potem są trasami egzaminacyjnymi. Nie ma żadnej kontroli jakości, liczy się tylko zdawalność egzaminu. To jest pierwsza kwestia i najbardziej zasadnicza. Od tego trzeba zacząć, bo to pokolenie młodych kierowców w wieku do 30 lat to jest już pokoleniem straconym. Tu już nic nie da się zrobić.


WIDEO
Influencerzy za kierownicą. Gotowy przepis na katastrofę


Aż tak źle?

Ja to widzę raczej czarno. Właściwie nie ma żadnych istotnych zmian, jeśli chodzi o statystyki. Dalej dzieje się to samo – kierowcy łamią przepisy, ludzie giną na drogach. Wprowadza się różne restrykcje karne, zaostrza kary finansowe, konfiskuje samochody. To nie daje żadnego pozytywnego efektu ze względu na to, że nie ma wspólnego frontu między policją, sądem i prokuraturą czyli ogólnie pojętym wymiarem sprawiedliwości.

Kierowcy nie boją się, że stracą uprawnienia albo trafią za kratki?

Nie boją się. Jeżeli kara jest odległa, to my o niej zapominamy – typowy psychologiczny mechanizm. Tak jesteśmy skonstruowani. Natury człowieka nie da się zmienić.

Dlatego modyfikacja zachowań będzie trudna, trzeba od początku kreować określone wartości. A ci, którzy odpowiadają za bezpieczeństwo na drogach, powinni mówić jednym głosem, być spójni. Nie może być tak, że ktoś spowodował wypadek, ale ponieważ jest księdzem albo strażakiem, bardzo przyzwoitym człowiekiem, lubianym, cała wieś się za nim ujmuje, więc kary unika albo otrzymuje ją w bardzo niskim wymiarze. Albo dlatego, że zrobił to pierwszy raz. Albo w końcu były to "tylko" trzy promile.

Bo "komu nie zdarzyło się wypić jedno piwo i wsiąść za kierownicę, dajcie spokój", prawda?

No więc właśnie – wszelkie społeczne przyzwolenia modelują sposób funkcjonowania na drogach. To jest drugi element: bylejakość egzekwowania zasądzonych kar.

A poza tym myślę, że najbardziej poszkodowani w tym całym procesie są policjanci. Bo oni, mimo różnych zastrzeżeń, jakie można mieć do formacji czy poszczególnych w niej jednostek, naprawdę wkładają dużo wysiłku, by tych piratów drogowych i sprawców przestępstw łapać, a potem sądy nierzadko puszczają ich wolno.

Nawet jeśli statystyki się poprawiają, to jeszcze nie przesądza, że na drogach jest dużo bezpieczniej.

A co z pomysłami w stylu: zakazać prowadzenia aut sportowych na publicznych drogach albo wymagać określonego wieku i doświadczenia za kierownicą?

Trudno rozwiązywać problem doraźnymi, euforycznymi pomysłami, dzięki którym już "teraz będzie dobrze". Nie, nie będzie. Bo wszystko można załatwić pieniędzmi – przepisy nie pozwolą mu kupić takiego auta, to kupi na kogoś innego.

Poza tym trzeba do sprawy podejść logicznie i ze znajomością natury ludzkiej. Nie można zapominać o tym, co dzieje się z młodym człowiekiem na różnych etapach dorastania. Zupełnie nie rozumiem tego, że prawo jazdy mogą uzyskiwać już 16-latkowie (kat. B1 na lekkie pojazdy czterokołowe – red.).

Pojawia się kilkadziesiąt tysięcy nowych kierowców na drogach, zupełnie zielonych i kompletnie nieprzygotowanych, według dotychczasowej szkoły. Nie ma jednolitych standardów, jednolitych podręczników, jakiegoś poziomu jakości, by szkolić kierowców w całej Polsce. Dlatego nie widzę żadnych możliwości poprawy, dopóki system się nie zmieni.

To jak go zmienić?

Dziś mamy pat, z którego wyjście będzie możliwe, gdy powoła się jakiś interdyscyplinarny zespół specjalistów – złożony z fachowców od bezpieczeństwa ruchu drogowego, ale też pedagogów, psychologów, lekarzy psychiatrów, a nawet tych, którzy budują drogi i określają organizację ruchu. Niech oni się tym zajmą, a nie urzędnicy zza biurka i politycy, którzy chcą uzyskać poklask.

Wrócę do tego, że nazwał pan obecne pokolenie młodych kierowców "straconym". Kiedy zacząć szkolenie kierowców, którzy będą inni?

Od trzeciej klasy szkoły podstawowej albo nawet wcześniej. Od wyprowadzania tych dzieciaczków na ulicę i pokazywania im, jakie są tam niebezpieczeństwa. Rozmawiać nie tylko o zagrożeniach na drodze, ale i o obcych, którym nie można ufać. Nazwijmy to roboczo "edukacją dla bezpieczeństwa". To podstawa.

Po drugie, powinniśmy przyszłym uczestnikom ruchu drogowego pokazywać jego ciemne strony. W niektórych stanach USA są prowadzone programy reedukacyjne, w ramach których kierowca złapany na jeździe pod wpływem alkoholu zabierany jest do kostnicy na sekcję zwłok ofiar wypadku drogowego. Ma zobaczyć konsekwencje. To jest drastyczne, ale nie wystarczy pokazać przyszłemu kierowcy, jak parkować równolegle, lepiej uświadomić, jak wygląda życie matki z gromadką dzieci, którym pijany kierowca zabił ojca.

Pistolet czy karabin to broń, która służy do zabijania. Samochód w nieodpowiednich rękach też staje się bronią. I o tym trzeba mówić już na etapie nauki szkolnej. Trzeba pokazywać konsekwencje niewłaściwych zachowań na drodze albo nawet chwili nieuwagi.

To ile lat musi minąć, by pojawiło się pierwsze pokolenie odpowiedzialnych kierowców i w ogóle uczestników ruchu drogowego?

Musi się zmienić myślenie – przyszłych kierowców, ale i ich rodziców. Tych, którzy nie myślą dziś o tym, żeby ich dzieci nie łamały przepisów, ale – gdy już się to stanie i dojdzie do tragedii – o tym, by bronić ich i zapewnić jak najlepszego prawnika. Dlatego, gdybyśmy taką szeroko zakrojoną reformę kształcenia przyszłych kierowców zaczęli wdrażać od dzisiaj, to jej pierwsze efekty najwcześniej zobaczylibyśmy za 10-15 lat.

Wybrane dla Ciebie