W przestrzeni publicznej pojawiły się wyliczenia, z których wynika, że w 2025 r. Grupa Orlen dostarczyła na rynek ukraiński ponad 2 miliardy litrów oleju napędowego. Wartość tej transakcji oszacowano na ponad 7 miliardów złotych. Proste podzielenie tych dwóch wartości doprowadziło niektórych obserwatorów do wniosku, że średnia cena za litr wyniosła zaledwie 2,94 złotego.
Na te zarzuty szybko zareagował sam koncern. Przedstawiciele spółki w oficjalnym stanowisku podkreślili, że takie zestawienie to czysta manipulacja i wynika ona z niezrozumienia podstawowych zasad handlu międzynarodowego. Paliwo przeznaczone na eksport sprzedaje się w cenach netto, bez doliczania krajowych obciążeń fiskalnych. To właśnie te daniny sprawiają, że finalna cena na polskich stacjach jest tak wysoka. Z perspektywy firmy sprzedaż za granicę to standardowa transakcja komercyjna, oparta na światowych notowaniach, kosztach logistyki oraz marży.
WIDEOZbudowała transportowe imperium. „Najgorsze dopiero przed nami” - Agnieszka Hipś w Biznes Klasie
Zasady gry na rynku paliwowym. Ceny zawsze netto
Dawid Czopek, ekspert rynku paliwowego, w rozmowie z money.pl zapewnia, że firmy zajmujące się eksportem paliwa kierują się zasadami biznesowymi i nawet przy małych marżach zarabiają na tego typu transakcjach.
- Paliwo na rynkach międzynarodowych zawsze wycenia się na podstawie bieżących notowań giełdowych, a nie lokalnych cenników detalicznych. Obecnie tona oleju napędowego kosztuje około 1200 dolarów. Po przeliczeniu daje to kwotę rzędu jednego dolara za litr. Warto przypomnieć, że sytuacja na rynku jest bardzo dynamiczna. Jeszcze w styczniu za tonę tego samego surowca trzeba było zapłacić 600 dolarów, co przekładało się na zaledwie 50 centów za litr - tłumaczy.
Ekspert zwraca uwagę na jeszcze jeden kluczowy aspekt działalności dużych spółek energetycznych. Firmy takie jak Orlen czy Unimot działają dwutorowo. Są one potężnymi importerami, ale równocześnie pełnią rolę eksporterów. W każdej z tych ról obowiązują je te same zasady księgowe.
Przychody przedsiębiorstw zawsze zapisuje się w wartościach netto. Dotyczy to nie tylko sprzedaży zagranicznej, ale również transakcji na rynku krajowym. Nawet kiedy koncern sprzedaje paliwo w Polsce, jego przychody księguje się bez podatku obrotowego. Z punktu widzenia biznesu liczy się czysty pieniądz, który zostaje w kasie firmy po odliczeniu kosztów, a przed zapłaceniem podatków państwowych - wyjaśnia.
Czy taki eksport w ogóle ma sens finansowy? Dawid Czopek nie ma wątpliwości, że transakcje te są opłacalne, choć specyfika branży może zaskakiwać laików.
- Marże w międzynarodowym handlu paliwami są niezwykle niskie i zazwyczaj oscylują w granicach od 1 do 2 proc. Tajemnica sukcesu tkwi jednak w skali działalności. Przy gigantycznych wolumenach, idących w miliony i miliardy litrów, nawet ułamek procenta przekłada się na potężne zyski liczone w milionach złotych - wskazuje Dawid Czopek.
Ekspert podsumowuje, że w sprzedaży paliwa bez krajowych obciążeń za granicę nie ma absolutnie żadnej sensacji. To standardowa procedura, według której funkcjonuje cały światowy handel surowcami.
Podatkowa przepaść. Daniny uderzają w polskich kierowców mocniej niż w ukraińskich
Sedno problemu i powód frustracji polskich kierowców leży w polityce fiskalnej państwa. Podatki stanowią w Polsce od 40 do 50 proc. ostatecznej ceny każdego litra paliwa. Kiedy tankujemy samochód nad Wisłą, w rzeczywistości w dużej mierze zasilamy budżet państwa. Konstrukcja tej ceny jest wielowarstwowa.
Największym obciążeniem, zaraz po kosztach samego surowca, jest akcyza. W przypadku benzyny wynosi ona ponad 1,5 złotego na każdym litrze. Dla oleju napędowego stawka ta zbliża się do 1,2 złotego. Ale to dopiero początek wyliczanki.
Do głównego podatku akcyzowego należy doliczyć opłatę paliwową, która waha się od 17 do 20 groszy na litrze, oraz opłatę emisyjną w wysokości 8 groszy. Na sam koniec do całej tej sumy, czyli do ceny netto powiększonej o wszystkie wymienione daniny, dolicza się 23 proc. podatku VAT. W efekcie łączne obciążenie podatkowe w Polsce to około 1,90 do 2,10 złotych dla benzyny oraz 1,50 do 1,70 złotych dla diesla.
Te liczby dobitnie pokazują, dlaczego cena eksportowa netto wydaje się tak niska w porównaniu z kwotą na paragonie ze stacji benzynowej. Jest też marża sprzedawców. Ostatecznie benzyna jest niewiele tańsza niż w Polsce - kosztuje ostatecznie od 6,60 do 7,02 zł (ceny z 22 lipca).
Niższe stawki w systemie ukraińskim
Sytuacja wygląda zupełnie inaczej po ukraińskiej stronie granicy. System podatkowy w Ukrainie jest skonstruowany inaczej, a obciążenia są znacznie łagodniejsze. Przede wszystkim ukraińska akcyza jest ponad dwukrotnie niższa niż w Polsce.
Stawki te określa się w unijnej walucie na każde 1000 litrów surowca. Dla benzyny wynosi ona 213,5 euro, co daje około 21 eurocentów na litrze. W przeliczeniu na naszą walutę to zaledwie 93 grosze. W przypadku oleju napędowego podatek ten jest jeszcze niższy. Wynosi 139,5 euro za 1000 litrów, czyli niecałe 14 eurocentów za litr. Przekłada się to na około 61 groszy.
Podobnie jak w Polsce, do ceny paliwa dolicza się podatek od towarów i usług. W Ukrainie stawka ta wynosi 20 proc. Po uwzględnieniu tego podatku realne obciążenie akcyzą rośnie. Dla benzyny skacze z 93 groszy do około 1,12 złotego, a dla diesla z 61 groszy do około 73 groszy.
Oznacza to, że każdy litr paliwa sprowadzanego do Ukrainy, na przykład z polskich rafinerii, automatycznie drożeje na granicy o mniej więcej złotówkę z tytułu samych podatków. Mimo to, w ogólnym rozrachunku daniny państwowe stanowią w Ukrainie tylko od 20 do 30 proc. finalnej ceny na stacji. To drastyczna różnica w porównaniu z polskimi realiami.
Dramat na ukraińskich stacjach
Zestawienie powyższych danych mogłoby sugerować, że ukraińscy kierowcy cieszą się niezwykle tanim paliwem. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna i o wiele bardziej brutalna. Ukraina od dłuższego czasu zmaga się z gwałtownym wzrostem cen na stacjach benzynowych. Niższe podatki nie są w stanie zrekompensować potężnych problemów, z jakimi boryka się tamtejszy rynek w warunkach wojennych.
Kraj stracił większość swojej infrastruktury rafineryjnej i magazynowej w wyniku działań zbrojnych. Oznacza to całkowite uzależnienie od importu, głównie z kierunku zachodniego. Koszty logistyki w państwie objętym wojną są astronomiczne. Transport paliwa wymaga specjalnych procedur, ubezpieczenia są niezwykle drogie, a ryzyko utraty ładunku w wyniku ataków z powietrza pozostaje ogromne. Wszystkie te czynniki ryzyka i koszty transportu dystrybutorzy muszą wliczyć w ostateczną cenę detaliczną.
Dlatego też, choć polskie firmy sprzedają surowiec po rynkowych cenach netto, a ukraińskie podatki są niższe, finalny koszt zatankowania samochodu nad Dnieprem stanowi dla tamtejszych obywateli ogromne obciążenie finansowe.
Orlen zauważa, że po odliczeniu wszystkich podatków i opłat krajowych, hurtowa cena paliwa w Polsce wcale nie jest wyższa od tej, za którą surowiec trafia na wschód. Firma zarabia na tych transakcjach na normalnych, rynkowych zasadach, a różnice w percepcji cen wynikają wyłącznie ze skomplikowanych mechanizmów podatkowych i braku zrozumienia różnicy między rynkiem hurtowym a detalicznym.