200 000 plus? Katastrofa demograficzna będzie nas kosztować więcej [OPINIA]
200 000 plus? Warto rozważać również te drogie propozycje, ponieważ bierne przyglądanie się temu, jak dzietność szoruje po dnie, w dłuższej perspektywie może nas kosztować więcej niż którykolwiek obecnie proponowany program społeczny - pisze w opinii dla money.pl dziennikarz Kamil Fejfer.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Nie 800 plus, tylko 200 000 plus! Z taką propozycją wyszedł niedawno konserwatywny think tank Klub Jagielloński. Jak przekonują twórcy koncepcji, wbrew pozorom rozwiązanie nie byłoby nadmiernym obciążeniem dla budżetu. Za to – być może – dokonałoby tego, czego nie udało się dokonać programowi 800 plus (wcześniej 500 plus), czyli zauważalnie zwiększyłoby dzietność. Przyjrzyjmy się więc tej propozycji.
Zapaść demograficzna w Polsce
O tym, że z demografią w Polsce jest źle, nie trzeba już chyba nikogo przekonywać. Wciąż nie mamy oficjalnych danych za rok 2025, jednak zajmująca się demografią organizacja Birth Guage szacuje, że w zeszłym roku współczynnik dzietności w naszym kraju utrzymał się na poziomie zbliżonym do 1,1. Według danych GUS w 2024 roku było to dokładnie 1,099. W dużym uproszczeniu: taka dzietność oznacza, że każde kolejne pokolenie będzie o połowę mniej liczne niż poprzednie.
Ukraińcy stracili ważny przywilej w Polsce. "Jesteśmy tu gośćmi"
Nie jestem zwolennikiem katastroficznej metaforyki, ale bez wątpienia tak duży ubytek ludności będzie stanowił naprawdę poważne wyzwanie dla systemów emerytalnych, dla generowania zamożności oraz bardzo poważne obciążenie dla systemów ochrony zdrowia.
Nic więc dziwnego, że pojawiają się coraz bardziej radykalne koncepcje walki z tym zjawiskiem. Przy czym powiedzmy to już teraz: nie ma powrotu do zastępowalności pokoleń (czyli współczynnika dzietności na poziomie 2,1 – sytuacji, w której 100 kobiet przez okres rozrodczy rodzi około 210 dzieci). Zdają sobie sprawę z tego również proponujący pomysł Paweł Musiałek i Piotr Trudnowski. Idea "200 000 plus" powstała w ramach proponowanej przez Klub Jagielloński kampanii #KiedyNieMaDzieci, zachęcającej autorów do tworzenia odważnych wizji rozwiązania problemu demograficznego.
Jednorazowa wpłata
Koncepcja Musiałka i Trudnowskiego zakłada zamianę dzisiejszych 800 plus na jednorazowy "strzał na konto" w wysokości dokładnie 208 800 tys. zł. Kwota ta stanowi równowartość 18-letniego wsparcia 800 plus (172 800 zł) oraz programu Aktywny Rodzic (36 tys. zł).
Ale dlaczego właściwie mielibyśmy rozważać taką inicjatywę? Mówiąc najprościej, bo nic innego nie działa. Tutaj zróbmy pewien przypis. Nie jest prawdą, że 800 plus (wcześniejsze 500 plus) nie wpłynął na plany prokreacyjne Polaków i Polek. Rzeczywiście, na początku swojego funkcjonowania podbił nieco dzietność. Z analizy dr. Jana Gromadzkiego, ekonomisty z Uniwersytetu Ekonomicznego w Wiedniu wynika, że program podwyższył liczbę urodzeń u uboższych matek. "Udział urodzeń w dolnej połowie rozkładu dochodów wzrósł z 51 proc. do 58 proc." – czytamy w abstrakcie.
Rezultat jednak, delikatnie mówiąc, nie był spektakularny. Flagowy pomysł PiS miał przełożenie na zmniejszanie ubóstwa, stabilizowanie dochodów rodzin, zwłaszcza tych uboższych, podbił również wzrost gospodarczy, jednak jego pronatalistyczny aspekt nie spełnił oczekiwań.
W ostatnich latach poza programem Aktywny Rodzic oraz wydzieleniem nieprzechodnich urlopów dla ojców mieliśmy do czynienia również z bardzo zauważalnym wzrostem liczby żłobków oraz wyraźnym spadkiem odsetka umów na czas określony. I co? I nic – dzietność jak spadała, tak spada.
Być może więc – liczą autorzy koncepcji – taki strzał gotówki skłoniłby część młodych osób do decyzji o dziecku? Część odwlekania decyzji o potomstwie na wieczne nigdy bowiem bierze się z dwóch powodów. Po pierwsze stąd, że dziecko staje się zbyt dużym kosztem alternatywnym. Paradoksalnie w świecie dobrobytu decyzja o sprowadzaniu na świat nowego człowieka uszczupla bardzo wiele zasobów – nie stać nas na to wszystko, co mogliśmy sobie kupić i zapewnić do tej pory (nie mówiąc już o czasie, jakiego wymaga dziecko). Po drugie duża część potencjalnych rodziców boryka się z niewystarczającą ich zdaniem przestrzenią mieszkaniową do powiększenia rodziny.
Zastrzyk 200 tys. zł mógłby więc być dobrym trade-offem "przycięcia na dobrym życiu". Z drugiej strony, jak zauważają Trudnowski i Musiałek, w przypadku rodziców rozważających pierwsze czy drugie dziecko – może pozwolić na istotną zmianę sytuacji mieszkaniowej. "Przy pierwszym dziecku pozwoli na sfinansowanie wkładu własnego do zakupu mieszkania. Przy drugim – pozwoli na nadpłatę kredytu i istotną redukcję comiesięcznej raty" - czytamy w analizie KJ.
A skąd brać na to pieniądze? Cóż, wydatki zbrojeniowe od lat i tak wykręcają nam roczne deficyty znacznie przekraczające bezpieczne 3 proc. Ministerstwo Finansów szacuje, że w 2025 roku deficyt niemal dobił do 7 proc. Tym samym szybko rośnie nam dług publiczny, który w obecnym roku przekroczy 60 proc. w stosunku do PKB, co jest dla UE sygnałem alarmowym.
Zróbmy więc prostą matematykę. Program 800 plus kosztuje dzisiaj ponad 60 mld zł. W 2025 roku urodziło się w Polsce 238 tys. dzieci. Program 200 000 plus kosztowałby 47 mld zł. Jeżeli zrezygnowalibyśmy z 800 plus, finansowo wyszlibyśmy nawet na, nomen omen, plus!
Jednak osobom, które wciąż pobierają świadczenie, nie moglibyśmy po prostu go odebrać (jednocześnie niewypłacenie nowo urodzonym dzieciom 800 plus oznaczałoby roczną "oszczędność" w wysokości niemal 2,5 mld zł). Pojawia się więc kwestia "zakładki" – jedne osoby wciąż będą pobierały 800 plus, a rodzicom, którzy dopiero co doczekali się potomstwa, będzie trzeba wypłacić osiemnastoletnią równowartość 800 plus. Problem będzie z czasem malał, bo w dorosłość będą wchodzić kolejne dzieci, których rodzicom nie przysługuje już wsparcie. Przez kilka lat będzie to jednak poważne obciążenie dla finansów publicznych.
Trzy ryzyka
"Naturalnym źródłem finansowania tej rewolucji jawi nam się 13. i 14. emerytura. Na ich sfinansowanie zaplanowano w tym roku aż 33 miliardy złotych" – piszą Trudnowski i Musiałek. Jesteśmy więc już znacznie bliżej wspomnianych 47 mld zł. Zwłaszcza, że – jak zauważają autorzy – z uwagi na przemiany demograficzne koszt "trzynastek" i "czternastek" będzie rósł, a koszt "wyczerpywania 800 plus" będzie spadał. Mimo tego wydaje się, że nie obeszłoby się bez zwiększania deficytu. To jest problem numer jeden z tym pomysłem.
Problem numer dwa jest zauważony przez samych autorów. Chodzi o… potencjalne wywindowanie cen mieszkań. Oczywiście nie jest tak, że cała ta kwota popłynie na rynek mieszkaniowy. Jednak "Kredyt 2 proc." z czasów PiS, choć był ułamkiem tych środków (szacuje się, że było to około 15 mld zł rozłożonych na lata; środki te jednak podbiły zdolność kredytową tysięcy ludzi), to spowodował zauważalny wzrost cen nieruchomości. Mogłoby być więc tak, że rzeczywiście rodzice dzieci zyskaliby pewną przewagę w kupnie mieszkania lub spłacie kredytu. Jednocześnie ceny mogłyby podskoczyć dla wszystkich kupujących.
Trzecia sprawa to kwestia inflacji. Nie chodzi bynajmniej o to, czy takie środki same wygenerowałyby drożyznę. Przypomnijmy, że choć wielu obawiało się podbicia cen przez 500 plus, to nic takiego nie nastąpiło. Ogromne środki rzucone na rynek mogą być impulsem inflacyjnym, ale muszą być skierowane na konkretne dobro – dlatego np. kredyt 2 proc. spowodował wzrost cen mieszkań.
Chodzi mi o to, że o ile 800 plus prawdopodobnie będzie przez następne 18 lat waloryzowane (tak jak to miało miejsce w 2024 roku), tak środki, które otrzymało się przy urodzeniu dziecka, w późniejszym czasie już zwaloryzowane nie będą. Mówiąc prościej – otrzymując dzisiaj 200 tys. uzyska się mniej pieniędzy, niż gdybyśmy przez 18 lat otrzymywali "kapiące" 800 plus. Te bowiem w pewnym momencie prawdopodobnie zostaną podniesione do 1000 zł, a może 1200 zł.
Czwarty problem to… wysokość wsparcia. Można sobie wyobrazić, że taki zastrzyk gotówki byłby wykorzystany w zupełnie inny sposób przez osoby uboższe i przez osoby zamożne. Osoby uboższe – i to jest tylko intuicja – mogłyby szybciej wydać pieniądze na przykład kupując samochód lub robiąc remont. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że środki zostałyby "roztrwonione". Każda z tych rzeczy jest oczywiście potrzebna, ale po kilku latach pieniądze mogłyby się po prostu rozpłynąć. Z kolei osoby zamożne mogłyby na przykład zainwestować je w obligacje, rynek akcji albo mieszkanie pod wynajem. I nawet jeśli 200 tys. zł by się rozpłynęło, to ich sytuacja materialna nie uległaby pogorszeniu. Biedniejsi straciliby natomiast comiesięczne zasilenie budżetu niemałą gotówką, która chroni ich w trudniejszych ekonomicznie momentach.
Mogę się mylić co do wagi lub istotności którejś z moich wątpliwości. Zwłaszcza ostatnia wydaje się dyskusyjna. Bez wątpienia natomiast potrzebna jest debata oraz świeże i odważne pomysły na to, co zrobić z dzisiejszą dzietnością. Warto rozważać również te drogie propozycje, ponieważ bierne przyglądanie się temu, jak dzietność szoruje po dnie, w dłuższej perspektywie może nas kosztować więcej niż którykolwiek obecnie proponowany program społeczny.
Autorem jest Kamil Fejfer, dziennikarz piszący o gospodarce, współtwórca podcastu i kanału na YouTube "Ekonomia i cała reszta"