W przyszłym roku deficyt całego sektora finansów publicznych Polski wyniesie 7,1 proc. PKB, tak samo jak w tym roku – poinformował w piątek minister finansów i gospodarki Andrzej Domański na konferencji prasowej poświęconej projektowi ustawy budżetowej na 2027 r.
To w praktyce tylko szacunki, z którymi rzeczywistość może się mocno rozminąć. Planując w 2025 r. budżet na bieżący rok, Ministerstwo Finansów zakładało deficyt sektora finansów publicznych na poziomie 6,5 proc. PKB, później jednak – w notyfikacji przesłanej w kwietniu Komisji Europejskiej – zapowiadało deficyt rzędu 6,9 proc. PKB. Przedstawione w piątek szacunki wskazują na to, że będzie jeszcze wyższy, co wyjaśnić można m.in. kosztami programu CPN oraz większymi od oczekiwanych wydatkami na obsługę długu publicznego.
WIDEOAfera Zondacrypto. W PiS mówią: prezes miał rację
Możliwy jest też oczywiście optymistyczny scenariusz, w którym deficyt okaże się mniejszy od założeń, na przykład dzięki nadspodziewanie szybkiemu wzrostowi gospodarczemu, istotnie niższym stopom procentowym lub wyższej inflacji. Ale doświadczenia z ostatnich lat nakazują zachowanie w tej kwestii ostrożności. To zaś oznacza, że przyszły rok będzie najprawdopodobniej trzecim z rzędu, gdy dziura w finansach publicznych Polski przewyższy 7 proc. PKB (w 2025 r. wyniosła 7,3 proc. PKB).
Kondycja budżetu nie przystaje do koniunktury
Byłaby to sytuacja niemal bez precedensu nie tylko we współczesnej historii Polski, ale również całej Unii Europejskiej. Na palcach jednej ręki policzyć można kraje UE, w których w tym stuleciu równie głęboki lub głębszy deficyt utrzymywał się równie długo. To Grecja, Hiszpania, Irlandia, Portugalia i Włochy. W każdym z nich było to następstwo globalnego kryzysu: finansowego z lat 2007-2009 lub związanego z pandemią COVID-19 z 2020 r. Tymczasem w Polsce wpływy do budżetu nie nadążają za wydatkami państwa nawet w warunkach dobrej – a nawet bardzo dobrej na tle reszty Europy – koniunktury.
Nic nie wskazuje też na to, aby stan finansów publicznych Polski miał się poprawić w 2028 r. Budżet na tamten rok będzie planowany jeszcze przed najbliższymi wyborami parlamentarnymi, które prawdopodobnie odbędą się jesienią 2027 r. Trudno wyobrazić sobie, aby w czasie kampanii wyborczej rząd zapowiadał istotne podwyżki podatków lub cięcia wydatków. Tak jak dziś, tak i za rok nie będzie to miało sensu. Skoro prezydent Karol Nawrocki konsekwentnie wetuje wszelkie podwyżki podatków, a nawet wzywa do ich obniżania, zgłaszanie takich propozycji dla rządzącej koalicji oznacza wizerunkową stratę bez równoważącego ją zysku ekonomicznego w postaci lepszej sytuacji budżetu.
Jak dotąd inwestorzy i agencje ratingowe zachowują cierpliwość. Wydaje się, że rozumieją realia polityczne i uważają, że dopóty dopóki polska gospodarka szybko się rozwija, a dług publiczny Polski pozostaje stosunkowo niski na tle unijnej średniej, z zacieśnieniem polityki fiskalnej rząd może jeszcze poczekać. Ta wyrozumiałość podszyta jest jednak założeniem, że nawet bez istotnych działań oszczędnościowych deficyt będzie stopniowo malał, m.in. za sprawą braku automatycznej waloryzacji kwoty wolnej od PIT oraz drugiego progu podatkowego.
Przykładowo, wedle nowych prognoz agencji Fitch, zaprezentowanych przed tygodniem, deficyt sektora finansów publicznych Polski w 2027 r. wyniesie 6,7 proc. PKB, minimalnie mniej niż w tym roku, a rok później będzie to 6,1 proc. PKB. W lutym analitycy Fitcha byli nawet bardziej optymistyczni, spodziewali się już w tym roku deficytu na poziomie 6,2 proc. PKB. Zmiana oczekiwań nie skłoniła ich do zmiany oceny wiarygodności kredytowej Polski, którą utrzymali na poziomie A- (to 7. Stopień spośród 21, które otrzymać może emitent obligacji niebędący bankrutem). Czy postąpiliby tak samo, gdyby spodziewali się jeszcze dwóch lat deficytu przekraczającego 7 proc. PKB, nie jest oczywiste.
Taki deficyt jest nie do utrzymania
Tolerancja inwestorów i agencji ratingowych dla braku równowagi w polskich finansach publicznych nie jest wcale jednoznacznie dobrą wiadomością. Im dłużej deficyt sektora finansów publicznych będzie tak wysoki, tym bardziej radykalnie będzie go trzeba obniżyć w przyszłości. O tym, jakich narzędzi będzie trzeba wtedy użyć, w debacie publicznej nie ma dzisiaj nawet mowy.
Politycy wszystkich opcji dyskutują dzisiaj o tym, czy i o ile można obniżyć podatki dochodowe od osób fizycznych: podwyższając kwotę wolną od PIT lub próg dochodów, do którego obowiązuje 12-proc. stawka tego podatku. Różnice w pomysłach koalicji rządzącej i opozycji sprowadzają się przede wszystkim do tego, że ta pierwsza szuka sposobów na skompensowanie obniżki obciążeń ponad 3 mln osób fizycznych większymi obciążeniami dużych firm, druga zaś żadnych podwyżek nie dopuszcza. O tym, że wpływy z PIT są w Polsce wyjątkowo skromne, nie mówi nikt.
Fakty są zaś takie, że w minionej dekadzie wpływy z podatku od dochodów osób fizycznych sięgały w Polsce średnio 4,9 proc. PKB. Niższe (zwykle niewiele) były tylko w sześciu państwach UE. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka. Jednym z nich jest duża dysproporcja między opodatkowaniem wysokich dochodów pracowników najemnych i pracujących na własnych rachunek, co skutkuje masowym odpływem dobrze zarabiających osób z etatów na samozatrudnienie. O tym problemie w debacie publicznej coraz więcej się słyszy, ale odwagi, aby na poważnie się nim zająć wśród polityków nie widać.
Drugą przyczyną skromnych wpływów z PIT jest to, że podatek ten jest niedostatecznie progresywny (obciążenia nie rosną wraz z poziomem dochodów), o czym też niekiedy się słyszy. Trzecią jest jednak to, że nawet osoby o przeciętnych dochodach płacą nad Wisłą na tle innych państw niewielkie podatki (chociaż obraz jest mniej jednoznaczny, jeśli za podatek uznamy też składkę zdrowotną). Wynika to z dość wysokiej i obowiązującej powszechnie kwoty wolnej od PIT, ale też niskiej pierwszej stawki tego podatku.
W 2028 r., gdy zbliżające się wybory nie będą już usprawiedliwiały bierności rządu, tworzący go politycy będą musieli o tym Polakom powiedzieć. Obciążenia podatkowe dużej części z nas będą musiały wzrosnąć. Alternatywą jest oczywiście okrojenie niektórych wydatków publicznych, ale nie będą to te, na których cięcie większość społeczeństwa byłaby gotowa się zgodzić. Wbrew temu, do czego próbują nas przekonać politycy Konfederacji, istotnych oszczędności nie da się znaleźć w administracji publicznej.