Polska zbankrutuje? Sprawdzamy, ile prawdy jest w opowieściach o "drugiej Grecji"
Czy Polska zbankrutuje? Co się dzieje z długiem publicznym i kto go będzie spłacał? Czy zostaniemy wkrótce "drugą Grecją"? Alarmujących komentarzy polityków i ekspertów w ostatnich dniach nie brakuje. Pora rzetelnie wyjaśnić: co się dzieje z naszymi finansami i jakie mogą być tego konsekwencje dla każdego z nas – komentuje dziennikarz money.pl, Tomasz Setta.
Polski dług publiczny zbliża się do pierwszego progu ostrożnościowego, który wynosi 55 proc. PKB. W rozmowie z money.pl przestrzegali przed tym ekonomiści, w tym przewodniczący Rady Fiskalnej dr Sławomir Dudek i Ludwik Kotecki z Rady Polityki Pieniężnej.
Prawdopodobieństwo naruszenia wspomnianego limitu potwierdził niedawno minister finansów Andrzej Domański. Według przygotowanej przez rząd strategii zarządzania długiem publicznym ustawowy limit 55 proc. osiągniemy najpewniej w 2028 r. Z kolei zdaniem sporej części ekonomistów stanie się to już w przyszłym roku, a konsekwencje odczują miliony obywateli.
Czy Polska zbankrutuje? Nie, ale sprawa jest dużo bardziej złożona. Liczby są dla nas bezwzględne i Polska rzeczywiście zbliża się do granic wyznaczonych przez przepisy. Ale to jeszcze samo w sobie nie powoduje kryzysu gospodarczego – są na świecie państwa, gdzie poziom długu publicznego w relacji do PKB jest znacznie wyższy niż w Polsce.
Problem leży zupełnie gdzie indziej: wiele lat temu Polska powiązała naruszenie tych limitów z konkretnym planem oszczędnościowym, który uderzy po kieszeni pracowników budżetówki, ale też emerytów i rencistów. Zgodnie z ustawą o finansach publicznych, w razie przekroczenia progu 55 proc. rząd musi ułożyć kolejny projekt budżetu państwa z bardzo poważnymi ograniczeniami. Szczegóły opisaliśmy w money.pl w tym tekście.
Czy zadłużenie będzie spłacać każdy Polak? To bardzo duże uproszczenie, pozbawione większego sensu. Ostatnio posłużył się nim w orędziu prezydent Karol Nawrocki, który przekonywał, że każdy obywatel Polski, nawet noworodek, ma już wystawiony rachunek na kilkadziesiąt tysięcy złotych.
W praktyce spłata państwowego zadłużenia nigdy nie odbywa się w ten sposób, a dzielenie sumy naszych zobowiązań przez liczbę obywateli Polski jest może efektowne, tyle że odciąga naszą uwagę od istoty problemu. Szybko rosnący dług, owszem, ma swoje wymierne konsekwencje, ale są one bardziej rozłożone w czasie i będą różnie odczuwane przez różne grupy społeczne.
Kto nas tak zadłużył i czy będziemy "drugą Grecją"? Odpowiedź na te pytania znów jest złożona, bo szybko narastający dług jest konsekwencją wielu różnych działań, także sprzed lat. Rada Fiskalna wykazała, że za nagły wzrost deficytu budżetowego w Polsce – w równym stopniu – odpowiadają wydatki obronne, transfery socjalne, podwyżki wynagrodzeń w sferze budżetowej i koszty obsługi długu. Nie ma z kolei dowodu przemawiającego za tym, że za złą kondycję finansów publicznych odpowiada nagłe załamanie dochodów.
"Druga Grecja" to z kolei publicystyczny chwyt, który ma sugerować nadchodzącą katastrofę fiskalną i bankructwo państwa. Warto jednak przy tym pamiętać, że źródłem greckich problemów był nie tylko zły stan finansów publicznych, ale też ogromna skala zatajania tego faktu przed instytucjami międzynarodowymi. Ujawnienie prawdziwych rozmiarów problemu doprowadziło w rezultacie do gwałtownej utraty wiarygodności.
W Polsce mamy dziś zupełnie inny problem: liczby i skala zadłużenia są doskonale znane i politykom, i ekspertom. Wciąż nie mamy jednak gotowej odpowiedzi, jak się z tym uporać. Dlatego to, czego dziś potrzebujemy, to rzetelnej dyskusji na ten temat i znalezienia odpowiednich rozwiązań na czas. A tego mamy już coraz mniej.
Dziennikarz money.pl. Autor wywiadów i reporter, przez wiele lat związany z radiem TOK FM jako jeden z prowadzących magazyn „EKG - Ekonomia, Kapitał, Gospodarka”. Laureat Nagrody Dziennikarskiej im. Mariana Krzaka i Nagrody SGH dla dziennikarza gospodarczego roku 2025.