Analitycy obliczyli wstępnie, że taka obietnica wyborcza kosztowałaby amerykański budżet ponad bilion dolarów. Przy około 240–270 mln dorosłych obywateli USA mowa o wydatku rzędu 1,2–1,35 bln dol. Trump przekonywał w trakcie konwencji wyborczej Republikanów w Dallas, że pieniądze mają pochodzić m.in. z wpływów z ceł. Nie przedstawił jednak szczegółowego mechanizmu wypłat ani nie wskazał, w jaki sposób administracja zamierza sfinansować cały program.
"Czwarta taka obietnica". Krytyka nawet po prawej stronie
Obietnica szybko stała się tematem komentarzy w amerykańskich mediach. Catherine Rampell, dziennikarka stacji MS Now (dawniej MSNBC), przypomniała, że od czasu ponownego objęcia urzędu prezydenta Trump obiecał już 4-krotnie wypłaty dla obywateli. Przypomniała choćby 5 tys. dolarów w ramach "dywidendy DOGE" (za działania słynnego departamentu cięć budżetowych, którym kierował Elon Musk – red.), czeki stymulujące w wysokości 2 tys. dolarów w formie dywidendy wskutek polityki celnej. "Nie wystawiono żadnych czeków" – podsumowała.
Dociekanie sensu takich wypłat pojawiło się nawet w stacji Fox News, uchodzącej za szczególnie przychylną Trumpowi i Republikanom. W jednym z materiałów przypomniano wcześniejsze niewypełnione zapowiedzi finansowych bonusów i zapytano o realność kolejnego planu.
DLA CIEBIEWolność czy pieniądze? Zawsze płacisz jakąś cenę - Alina Sztoch II Pierwsza Praca #2
Wiceprezydent JD Vance został zapytany wprost w Fox News o to czy, propozycja 5 tys. dol. dla Amerykanów przypomina kupowanie głosów i może pogłębić problemy z długiem oraz inflacją. Vance bronił pomysłu, uznając, że "będzie do prezent dla klasy średniej". - Nie uważam, żeby to był kontrowersyjny pomysł — stwierdził.
Trump gra kartą "czeku dla każdego"
Sam Trump przedstawił program jako zwrot pieniędzy obywatelom. Według niego środki miałyby trafić do Amerykanów dzięki "sile gospodarki" i dochodom z polityki celnej. Warunkiem realizacji ma być zwycięstwo Republikanów w wyborach i utrzymanie przez nich kontroli nad obiema izbami Kongresu.
Prezydent określił zarazem demokratyczną opozycję jako "głupkokratów" i sympatyków komunistów, których wybór cofnie kraj w postępie i "zmusi dzieci w szkole do czytania dzieł Lenina i Stalina".