WAŻNE
TERAZ

Mamy potwierdzenie z klubu. Wtedy Lewandowski zostanie zaprezentowany w Chicago Fire

1000 zł za wizytę? Potrzeba konkretnej decyzji. Żaden polityk tego nie zaproponuje [OPINIA]

Nawet jeżeli w systemie pojawiłoby się dodatkowe kilkanaście procent więcej środków, wkrótce przepadną one w systemie, bo zwiększy się popyt. Na ten moment żaden polityk nie zaproponuje podwyższenia składki zdrowotnej. Bez tego jednak już niedługo będziemy skazani na płacenie 1000 zł za wizytę u niektórych specjalistów - pisze w opinii dla money.pl dziennikarz Kamil Fejfer.

Bez podniesienia składki zdrowotnej nie naprawimy służby zdrowia. Żaden polityk tego nie zaproponuje [OPINIA]Bez podniesienia składki zdrowotnej nie naprawimy służby zdrowia. Żaden polityk tego nie zaproponuje [OPINIA]
Źródło zdjęć: © Adobe Stock, PAP | Agnieszka Bielecka, Gorodenkoff, Marcin Obara, ZipZapic.com
Kamil Fejfer

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Środowisko lekarskie w ostatnim czasie - mówiąc delikatnie - nie ma najlepszej prasy. Po aferze z Dawidem Kacprzykiem, 28-letnim medykiem związanym z Koalicją Obywatelską, który w ciągu roku w warszawskim Szpitalu Południowym zarobił 1,6 mln zł, mamy kolejną aferę. Tym razem z neurochirurgami, którzy za godzinę pracy mieli zarabiać absurdalne 26 tys. zł.

Oliwy do ognia w kontekście ochrony zdrowia dolała influencerka-ginekolożka, Katarzyna Mensah, która niedawno na swoim profilu instagramowym stwierdziła, że 1000 zł za konsultację ginekologiczną jest, owszem, ceną wysoką, ale uzasadnioną kilkunastoma latami nauki, doświadczenia i tysiącami przeprowadzonych zabiegów.

Przeniósł fabrykę z Chin do Polski. Nie gryzie się w język

Nie powinno więc dziwić, że Polacy, pytani przez "Rzeczpospolitą" o to, czy podwyżka składki zdrowotnej uzdrowiłaby system, w przytłaczającej większości odpowiadają negatywnie. Tragizmem całej sytuacji jest fakt, że nawet gdybyśmy ograniczyli patologie systemu i obcięli absurdalnie wysokie gaże lekarzy, to w ramach trendu starzenia się społeczeństwa, a więc i rosnącego zapotrzebowania na opiekę medyczną, składka i tak będzie musiała wzrosnąć. Najbardziej prawdopodobną alternatywą jest świat, w którym płacimy 1000 zł za wizytę.

Przypomnijmy więc najważniejsze okołomedyczne newsy ostatnich tygodni (pomińmy jednak ponowne opisywanie sprawy Dawida Kacprzyka, bo było to już czynione wielokrotnie).

Lekarze-milionerzy

Na dobrą sprawę nikt nie wie, ilu jest medyków, którzy zarabiają miesięcznie ponad 100 tys. zł. Szacunki mówią nawet o 5-6 tys. specjalistów. Przy założeniu, że średnie wynagrodzenie lekarzy zgarniających ponad 100 tys. zł wynosi 150 tys. ("Rzeczpospolita" opisywała, że "najdrożsi" medycy wystawiali pojedyncze faktury na 300-350 tys. zł), rocznie kosztują oni NFZ 9-11 mld zł. Zachowajcie Państwo w pamięci tę liczbę. Możliwe zresztą, że koszt lekarzy-bogaczy dla systemu jest jeszcze wyższy.

Afera z neurochirurgami zarabiającymi w godzinę 26 tys. zł

Dziennikarz Wirtualnej Polski Michał Janczura opisał proceder wystawiania absurdalnie wysokich rachunków przez spółkę założoną przez lekarzy. Afera ma naprawdę wiele warstw, ograniczmy się tylko do jej lakonicznego opisania. Spółka Spine podpisała umowy ze szpitalami między innymi w Miastku i w Mogilnie. Z ich zapisów wynikało, że firma pobierała ponad 60 proc. wyceny NFZ. Źródła cytowane w artykule mówią, że górne widełki rynkowych stawek w takich przypadkach to 30-40 proc.

Ale to dopiero początek. Neurochirurdzy wykonywali inne (mniej "zasobochłonne") procedury, niż wpisywali w dokumentach. Według Michała Janczury wykonywane zabiegi były wyceniane przez NFZ na 1500 zł. W dokumentach widniał kod procedury za 6500 zł.

Jednocześnie czas wykonania zabiegów był bardzo krótki. "Na potrzeby naszych wyliczeń przyjmijmy uśrednione dane: 25 zabiegów wykonanych w jedno sobotnie przedpołudnie między 8 a 12. Szpital odnajdywał w dokumentacji medycznej informację, że lekarze wykonali procedurę drugą (czyli droższą), i wystawiał funduszowi rachunek na ok. 162 tys. zł (25 x 6500 zł)" – pisze Janczura.

"Skoro lekarze mieli w kontrakcie zapis, że 65 procent wyceny trafia do nich, to za te cztery godziny pracy inkasowali - jako spółka Spine - w okolicach 105 tys. zł. Tym samym stawka godzinowa za pracę jednego neurochirurga wyniosła ponad 26 tys. zł" - czytamy dalej.

Zdarzały się dni, kiedy takich zabiegów wykonywano ponad 50. Matematykę można zrobić samemu.

Influencerka uzasadniająca zaporowe ceny konsultacji ginekologicznych

28-letnia lekarka Katarzyna Mensah, ginekolożka i edukatorka działająca w social mediach pod pseudonimem Medmystory zapytana o to, czy koszt 1000 zł za wizytę to aby nie za dużo (w kontekście cennika jej męża, również ginekologa) stwierdziła: "1000 zł to dużo i doskonale rozumiem, że nie każdy może sobie na to pozwolić. Ale płaci się nie za pół godziny czy godzinę wizyty, tylko za kilkanaście lat nauki, doświadczenie, tysiące przeprowadzonych zabiegów i odpowiedzialność za zdrowie pacjentek".

Oczywiście jest to tłumaczenie absurdalne. Nie chodzi bowiem o "kilkanaście lat nauki", "doświadczenie" czy "tysiące przeprowadzonych zabiegów", ale o specyficzną grę popytu i podaży w bardzo newralgicznym punkcie systemu ekonomicznego - styku potrzeb zdrowotnych oraz ograniczonego dostępu do publicznej opieki.

Każda z tych spraw ma nieco inny odcień. W przypadku Dawida Kacprzyka najprawdopodobniej mieliśmy do czynienia ze złamaniem prawa i zwykłym nepotyzmem. W przypadku spółki Spine mogło dojść do fałszowania dokumentacji. Zarobki lekarzy-milionerów z kolei to kwestia źle zaprojektowanego systemu. A wypowiedź Katarzyny Mensah to próba racjonalizacji bardzo wysokich zarobków, które są wynikiem ograniczonego dostępu do lekarzy.

W tym właśnie środowisku kwitnie społeczna niechęć nie tylko wobec medyków, ale również nieufność wobec systemu jako takiego. Powstaje bowiem (częściowo słuszne) wrażenie, że polska ochrona zdrowia jest niczym dziurawy garnek - ile by się nie dosypało środków, to zawsze coś (lub "sporo") wycieknie.

Przejawem tych społecznych intuicji jest sondaż zlecony przez "Rzeczpospolitą". Na pytanie "Czy Pani/Pana zdaniem podwyższenie składki zdrowotnej poprawiłoby sytuację ochrony zdrowia w Polsce" jedynie niecałe 14 proc. respondentów odpowiedziało "tak". Przeciwnego zdania było niemal 70 proc. osób, a niecałe 17 proc. nie miało zdania. Nieufność rośnie wraz z wiekiem badanych (zaznaczmy, że każda grupa jest nieufna wobec podwyższania składki). Wśród respondentów do 20. roku życia pozytywnej odpowiedzi na wyżej przytoczone pytanie udzieliło 20 proc. osób. W przypadku pytanych powyżej 50. roku życia było to już jedynie 11 proc.

Przypomnijmy, że etatowcy płacą 9-proc. składkę zdrowotną od swoich dochodów pomniejszonych o składki ZUS. W przypadku przedsiębiorców jest to - w zależności od sposobu rozliczania - od 9 proc. przy skali podatkowej (proporcjonalnie do dochodu), przez 4,9 proc. dla podatku liniowego po wartości kwotowe przy ryczałcie.

Ile może zaoszczędzić system, gdyby zarobki lekarzy zostały uregulowane

Zatoczmy teraz koło. Prawdą jest, że istnieje nie tak mała grupa lekarzy, która zarabia skandalicznie wielkie pieniądze i w systemie publicznym nie powinniśmy mieć do czynienia z takim - powiedzmy to sobie wprost - marnotrawieniem środków. To jest ewidentny błąd, który należy naprawić. Załóżmy więc, że obniżamy zarobki lekarzy-milionerów do 35 tys. zł miesięcznie. Wciąż są to bardzo duże pieniądze, jednocześnie prawdopodobnie akceptowalne społecznie w przypadku wypłat dla najlepszych specjalistów.

Załóżmy, że lekarzy-milionerów jest około 5-6 tys., a suma przeznaczanych na nich środków wynosi, w zgrubnym przybliżeniu, 9-11 mld. Gdybyśmy ich pensje ścięli do 35 tys. zł miesięcznie, dałoby to nam 7-9 mld oszczędności rocznie. Nie znamy, niestety, rozkładu wynagrodzeń wszystkich lekarzy, pomnóżmy więc oszczędności razy dwa (ponieważ istnieje na pewno spora grupa medyków, którzy zarabiają obecnie między 35 a 100 tys. zł miesięcznie).

W ten sposób otrzymujemy oszczędności w wysokości 14-18 mld zł. To są naprawdę duże środki. Ale niewielkie z perspektywy całego systemu ochrony zdrowia. W 2025 wydatki NFZ sięgnęły niemal 220 mld zł. Wyliczona przez nas kwota oszczędności stanowiłaby 6-8 proc. wydatków. To niemało, ale z pewnością nie są to wielkości, które mogłyby spowodować rewolucję w dostępie do usług.

To oczywiście nie rozwiązuje patologii takich jak nepotyzm albo fałszowanie dokumentacji. Ale jakby to brutalnie nie brzmiało, tego typu rzeczy zdarzają się i będą się zdarzać w każdym systemie.

Demografia jest nieubłagana

Dodajmy do tego jeszcze jeden element - demografię. Otóż starzejące się społeczeństwo będzie wymagać coraz intensywniejszej opieki medycznej. Będzie się więc zwiększał popyt na usługi ze strony ochrony zdrowia. Nawet jeżeli w systemie pojawiłoby się dodatkowe kilka, kilkanaście proc. więcej środków, wkrótce przepadną one w systemie nie dlatego, że jest on dziurawy, tylko dlatego, że zwiększy się popyt!

Oczywiście na ten moment żaden polityk nie zaproponuje podwyższenia składki zdrowotnej. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, jakie są nastroje nie tylko wobec lekarzy jako profesji, ale również wobec kolejnych danin.

Bez tego jednak już niedługo będziemy skazani na płacenie 1000 zł za wizytę u niektórych specjalistów. Podkreślmy - nie dlatego, że włożyli oni ogrom pracy w przygotowanie do wykonywania zawodu (co jest prawdą). Ale dlatego, że po prostu system publiczny będzie się korkował coraz bardziej. A alternatywą wobec niego będzie system prywatny, na którym działa zasada grubszego portfela - ten będzie miał krótszą kolejkę, kogo będzie stać na przelicytowanie reszty potencjalnych pacjentów.

Wybrane dla Ciebie