- Część firm dokonuje przeglądu umów z pracownikami, część szuka prawników i zapowiada walkę. Taktyka na zwarcie z Państwową Inspekcją Pracy nie wydaje się jednak dobrym rozwiązaniem - ocenia Karolina Opielewicz.
- Polityczny spór nie zakłócił biznesowych rozmów podczas konferencji na rzecz odbudowy Ukrainy. Sektor MŚP ma tam sporo do ugrania - zapewnia dyrektorka generalna Krajowej Izby Gospodarczej.
- Nie rezygnujmy z narzędzia, jakim jest możliwość negocjacji z rządem ws. podwyżki pensji minimalnej. To daje szansę, że nasz głos będzie brany pod uwagę - mówi nam przedstawicielka sektora małych i średnich firm.
Tomasz Setta, money.pl: Za chwilę wchodzi w życie reforma Państwowej Inspekcji Pracy. Małe i średnie firmy, które zrzesza Krajowa Izba Gospodarcza, są już pogodzone z kontrolami umów cywilnoprawnych?
Karolina Opielewicz, dyrektorka generalna i członkini zarządu Krajowej Izby Gospodarczej: Sądzę, że tak, zwłaszcza dzięki finalnemu złagodzeniu tych przepisów. W sprawach dotyczących przekształceń umów cywilnoprawnych inspektorzy pracy będą mogli najpierw wydać polecenia, a dopiero w dalszej kolejności decyzje administracyjne. Od tych decyzji będzie przysługiwać odwołanie do sądu, a wywołane przez to skutki prawne nie będą działać wstecz, a warto przypomnieć, że takie propozycje pojawiały się przecież we wstępnych projektach tych przepisów.
Błąd za 190 mln zł. Sołowow: lekceważyłem wszystkie sygnały
Bardzo dobrze, że wiele postulatów organizacji pracodawców zostało wziętych pod uwagę w toku konsultacji publicznych. Teraz przedsiębiorcy mają czas, żeby przyjrzeć się stosowanym przez siebie umowom, co w przypadku małych firm - czyli małej liczby zatrudnionych - powinno być stosunkowo proste. Niemniej, nawet tam, gdzie takich umów cywilnoprawnych jest niewiele, ich zamiana w etat będzie podnosiła koszty działalności, i to znacząco. Zawsze jednak chodzi o to, by każdy przedsiębiorca działał legalnie, i tam gdzie drugiej stronie przysługuje umowa o pracę, powinien być etat.
Pamiętajmy też, że poza podniesieniem kosztów, przekształcanie umów doprowadzi do zmiany realiów prowadzenia biznesu. Umowy cywilnoprawne można zrywać z dnia na dzień, w przypadku umów o pracę mamy pewne obostrzenia. Najciekawsze będą losy kontraktów B2B, bo ich zamiana w etat będzie podnosić koszty najbardziej. Sądzę też, że wiele osób będzie chciało zachować tego typu umowy, bo w ich interesie nie jest przejście na umowę o pracę.
W rezultacie część firm robi przegląd i korekty umów, a część zbiera radców prawnych, których zadaniem będzie przewlekanie postępowań i walka w sądach. Myślę, że takie "pójście na noże" będzie ryzykowną taktyką, choć zobaczymy jeszcze jak do kontroli będzie podchodzić Państwowa Inspekcja Pracy.
Tego chwilowo nie wiemy, bo tuż przed startem reformy marszałek Sejmu zdecydował o wymianie szefa PIP. Jest pani zaskoczona tą decyzją?
Tak, zwłaszcza że do wejścia w życie tych przepisów zostało nam dosłownie kilka dni. Myślę, że jest to decyzja całkowicie niezrozumiała dla opinii publicznej. Wydawałoby się, że za takim ruchem powinny stać bardzo konkretne powody, a tych nie znamy. Nikt ich nie podał, no może poza tym, że marszałek miał stracić zaufanie do dotychczasowego głównego inspektora pracy. Ale dlaczego?
Odwołanie Marcina Staneckiego jest tym bardziej zaskakujące, że to właśnie on brał udział w powstawaniu przepisów, które za chwilę zaczną działać. Odsunięcie go od stanowiska w tak kluczowym momencie nie wydaje się optymalne z punktu widzenia funkcjonowania instytucji, jaką jest Państwowa Inspekcja Pracy. Wyobrażam też sobie, że wśród podległych mu inspektorów musiała zapanować konsternacja.
Reforma daje inspekcji zupełnie nowe uprawnienia. O tym, jak z nich skorzystać, zdecyduje już nowy główny inspektor pracy. Czego się pani spodziewa?
Mamy tutaj bardzo duży znak zapytania. Z tego co wiem, poprzedni szef PIP miał gotową strategię i nie wiemy dziś, czy nowy inspektor wyrzuci ją do kosza. Mogę mieć tylko nadzieję, że celem samym w sobie nie będzie "dokręcenie śruby" przedsiębiorcom, tylko rzetelne sprawdzenie sytuacji w tych firmach, gdzie rzeczywiście może dochodzić do nieprawidłowości.
Rozmawiamy niedługo po zakończeniu konferencji na rzecz odbudowy Ukrainy w Gdańsku. Polityczne zamieszanie na linii Warszawa-Kijów miało jakiś wpływ na rozmowy biznesowe?
Nie zauważyłam, żeby odbiło się to na rozmowach przedsiębiorców. W trakcie konferencji biznes spotykał się, podpisywał różne porozumienia i memoranda o przyszłej współpracy. Co ważne, wydarzeniu w Gdańsku towarzyszył też szereg pobocznych spotkań, tzw. side-eventów, gdzie przedsiębiorcy mogli rozmawiać w ramach swoich sektorów działalności. Ogólna atmosfera tych rozmów była bardzo dobra i spory polityczne nie były w stanie temu zagrozić.
Wspominałem na początku, że Krajowa Izba Gospodarcza zrzesza głównie małe i średnie firmy. Tymczasem odbudowa Ukrainy kojarzy się na ogół z działalnością dużych podmiotów.
Mniejsze firmy liczą na to, że zwiększą swoje wolumeny produkcyjne dzięki temu, że znajdą się w łańcuchach dostaw dużych graczy. Stąd zabiegi, by już teraz zabezpieczać kontrakty na czas odbudowy Ukrainy. To dla nich główny sposób na zaistnienie. Mogą też korzystać z parasola ochronnego w postaci dużych podmiotów. Wiemy przecież, że w trakcie przetargów publicznych Ukraina nie musi postępować zgodnie z unijnymi przepisami. Dobrze, jeśli w takich sytuacjach wyzwania z tym związane mogą wziąć na siebie czempioni, czyli firmy, które mają do tego odpowiednie zasoby na wypadek wpadek prawnych lub biznesowych.
Liczymy także na to, że mniejsi dostawcy będą zaproszeni do współpracy przez większe firmy, jako podwykonawcy, wciągnięci w szerszy ciąg produkcyjny. Wiemy na przykład, że Polska Grupa Zbrojeniowa organizuje takie spotkania na poziomie lokalnym, w regionach, właśnie po to, żeby rozmawiać z tymi mniejszymi przedsiębiorcami na temat ich potrzeb. Małe firmy stoją w blokach startowych i czekają na możliwość współpracy, zwłaszcza w ramach programu SAFE.
Czyli widać to zainteresowanie współpracą po obu stronach?
Tak. Miejmy tylko nadzieję, że tej gotowości nie zniweczy przesadna biurokracja i faktyczna trudność w byciu dostawcą dla zbrojeniówki. Mówimy zresztą o tym od dłuższego czasu: w przypadku małych i średnich firm ścieżka dla realizacji dostaw i związanych z tym płatności powinna być krótsza i mniej skomplikowana. Dziś to może potrwać nawet kilka lat, a w prowadzeniu biznesu jest potrzebna pewność, że dostaniemy pieniądze za to, co wyprodukujemy i dostarczymy na czas.
Trwają negocjacje dotyczące podniesienia pensji minimalnej. Rząd proponuje zwiększenie tej stawki o 3 proc. Sektor MŚP poradzi sobie z taką podwyżką?
Z naszego punktu widzenia to w miarę optymalna propozycja. Taka podwyżka nie jest z pewnością tak dolegliwa jak to, co obserwowaliśmy w poprzednich latach. Skokowe zmiany wysokości minimalnego wynagrodzenia rzeczywiście powodowały, że tym najmniejszym przedsiębiorcom trudno było sprostać podwyżkom. Teraz rządowa propozycja jest bardzo blisko poziomów prognozowanej na przyszły rok inflacji (2,5 proc. - red.), przez co wydaje się, że to oferta zbliżona do oczekiwań polskich pracodawców.
Szefowa Pracodawców RP, Joanna Makowiecka-Gatza, mówiła nam niedawno, że dyskusje o podwyżce pensji minimalnej mają niewiele sensu. Strona społeczna nigdy nie osiąga w tej sprawie porozumienia, a rząd koniec końców i tak sam wyznacza kwoty. Rzeczywiście "przepalamy" cenny czas?
Można odnieść takie wrażenie, ale z drugiej strony uważam, że to bardzo ważne, by strona społeczna miała przestrzeń na przedstawienie swojego stanowiska. Dzięki temu jest przynajmniej cień szansy, że taka opinia zostanie wzięta pod uwagę przez rządzących. Nie uważam, że całkowita rezygnacja z negocjacji to dobry pomysł, nawet jeśli sam proces jest niedoskonały.
Można rozmawiać o tym, jak skrócić tę procedurę, ale nie oddawajmy tych decyzji z góry wyłącznie w ręce rządzących. Racja, to rząd ostatecznie ustala skalę podwyżki pensji minimalnej, ale pamiętajmy, że często w samej Radzie Ministrów pojawiają się w tej sprawie rozbieżności. Inną podwyżkę rekomenduje resort pracy, inną resort finansów. W tym sensie uważam, że pracodawcy powinni zachować prawo do opiniowania proponowanych podwyżek minimalnego wynagrodzenia.
Rząd pracuje nad przepisami o równości i przejrzystości wynagrodzeń. Małe i średnie firmy będą zwolnione z raportowania luki płacowej, ale nie unikną wartościowania stanowisk w przedsiębiorstwach. To będzie rewolucja?
Opis poszczególnych stanowisk i wartościowanie pracy będzie z pewnością trudnym procesem. Dobrze, że Ministerstwo Pracy udostępni narzędzia, które będą w tym pomagać pracodawcom. To zwiększa prawdopodobieństwo, że firmy - nawet te mniejsze - poradzą sobie z nowymi obowiązkami. Dobrym rozwiązaniem jest też wprowadzenie półrocznego vacatio legis dla tych przepisów. Bez tego działanie w pośpiechu mogłoby przynieść skutki odwrotne do zamierzonych.
Osobiście uważam, że unijna dyrektywa w tej sprawie jest bardzo potrzebna. Przegląd stanowisk pozwoli na zbadanie sytuacji w wielu firmach i budowanie większej świadomości, której dziś brakuje. Warto przy tym jednak podkreślić, że choć luka płacowa w wynagradzaniu kobiet i mężczyzn występuje w Polsce, to jej poziom jest wyraźnie niższy od unijnej średniej.
Zobaczymy, czy dyskusja na ten temat będzie bardziej ożywiona w miarę zbliżania się do startu reformy. Na razie wielu przedsiębiorców dopiero co uporało się ze zmianą w postaci KSeF.
Krajowy System e-Faktur przed uruchomieniem budził wiele wątpliwości i obaw przedsiębiorców. Jak to wygląda teraz, po kilku miesiącach?
Strach miał wielkie oczy, ale ostatecznie wdrożenie KSeF-u nie było tak wielkim problemem. Przy czym musimy pamiętać, że mamy w Polsce ponad dwa miliony przedsiębiorców. To bardzo niejednorodna grupa: jedni mają lepszą zdolność do realizacji nowych obowiązków, inni mniejszą. Zwykle bardzo trudno jednoznacznie ocenić, komu wprowadzenie tego typu zmian sprawi problem, a kto nie będzie miał powodów do narzekania.
Zresztą, taki obraz wyłania się też ze stanowisk przekazanych nam przez nasze izby członkowskie, które zrzeszają mniejsze podmioty. Sygnały od przedsiębiorców są więc bardzo różne. Część chwali większy porządek w dokumentacji księgowej, większą przewidywalność, brak problemu z zagubionymi fakturami. Ale są też takie organizacje, które zgłaszają nam problemy. Źródłem tych trudności najczęściej jest wciąż niski poziom digitalizacji wśród małych i średnich firm. Dla wielu z nich obowiązkowy KSeF był wręcz rewolucyjną zmianą.
Warto tutaj przy okazji oddać sprawiedliwość Ministerstwu Finansów. Resort wziął na siebie bardzo dużo działań edukacyjnych i informacyjnych, które miały pomóc przedsiębiorcom. Niemniej, obowiązkowy system elektronicznych faktur dość wyraźnie pokazał, że w bardzo wielu małych i średnich firmach umiejętności cyfrowe ciągle nie są na poziomie adekwatnym do otaczającej nas rzeczywistości.