Odbudowa Ukrainy: drugi Irak czy pierwsza ziemia obiecana? [OPINIA]

W kwestii prowadzenia biznesu na wschodzie cały czas poruszamy się bardziej w sferze wyobrażeń i domysłów niż twardych faktów. Największą barierą dla polskich firm rozważających wejście na Ukrainę będzie dostęp do pracowników - ocenia w opinii dla money.pl Damian Kaźmierczak, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

Damian KaźmierczakDamian Kaźmierczak jest wiceprezesem Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa
Źródło zdjęć: © PAP | Paweł Supernak, mat. prasowe
Damian Kaźmierczak

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Skrajne emocje towarzyszące międzynarodowej konferencji na rzecz odbudowy Ukrainy, która tym razem odbywa się w Gdańsku, skłaniają do refleksji nad potencjalną rolą polskich przedsiębiorstw w tym procesie. W mojej ocenie w publicznej dyskusji brakuje wyważonych opinii, rzetelnych prognoz i chłodnej analizy interesów poszczególnych branż.

W rozmowach o szansach polskich firm zbyt często miesza się wątki z różnych sektorów gospodarki, a następnie próbuje się rozciągać formułowane w ten sposób uogólnienia na cały "polski biznes". Rzecz w tym, że ten "biznes" jest bardzo zróżnicowany i nie można każdej gałęzi gospodarki mierzyć tą samą miarą. Aby uniknąć bezwartościowych wniosków, należy zawęzić analizę do konkretnych branż i zastanowić się nad szansami oraz zagrożeniami dla każdej z nich z osobna.

"Jest potrzeba terapii szokowej". Europa ma dużo do nadrobienia ws. obronności

Zastanówmy się więc, jak wyglądają perspektywy dla sektora budownictwa, z którym opinia publiczna wiąże szczególnie duże nadzieje w kontekście rekonstrukcji Ukrainy. Nad dyskusją unosi się jednak widmo spektakularnej porażki polskich firm przy odbudowie Iraku sprzed ponad 20 lat. Pojawia się obawa, że historia może się powtórzyć. Czy zatem Ukraina będzie dla polskich firm budowlanych drugim Irakiem, czy pierwszą ziemią obiecaną?

Na wstępie doprecyzujmy, że koncentrujemy się wyłącznie na spółkach wykonawczych, czyli podmiotach, które mogłyby realizować projekty budowlane na terenie Ukrainy, na przykład drogi, mosty, linie kolejowe, obiekty energetyczne czy zakłady przemysłowe. Ich działalność należy wyraźnie odróżnić od producentów materiałów budowlanych, przed którymi stoi zadanie relatywnie prostsze.

Przedsmak problemów

Eksport towarów jest bowiem czymś zupełnie innym niż prowadzenie działalności na miejscu, zwłaszcza jeśli dostawy i płatności można odpowiednio ubezpieczyć. Nieprzypadkowo eksport towarów z Polski na Ukrainę wzrósł między 2021 a 2025 rokiem mniej więcej dwukrotnie, z niespełna 30 mld zł do 57 mld zł. W przypadku firm budowlanych sprawa jest jednak o wiele bardziej skomplikowana.

Bulwersujące sprawy polskich wykonawców budujących już w trakcie wojny przejście graniczne "Szeginie" czy zakład przetwarzania odpadów we Lwowie są przedsmakiem problemów, z jakimi polski biznes może mierzyć się w powojennych realiach.

Rzecz w tym, że w kwestii prowadzenia biznesu na wschodzie cały czas poruszamy się bardziej w sferze wyobrażeń i domysłów niż twardych faktów. Przede wszystkim na Ukrainie wciąż trwa wojna i nie wiadomo, jakie będzie jej ostateczne rozstrzygnięcie.

Poza tym, sojusznicy Ukrainy nie przedstawili dotąd wiarygodnego planu, który pokazywałby, kto, w jakiej formule i z jakich środków miałby finansować odbudowę zrujnowanego kraju. Jeśli jednak mimo wszystko mamy dzielić skórę na ukraińskim niedźwiedziu, zastanówmy się przez chwilę nad potencjalnymi kierunkami, w których polski biznes budowlany mógłby rozwijać swoją aktywność, gdy ucichną działa.

Z pełną świadomością ryzyka

Kilka dużych grup budowlanych faktycznie przygląda się rynkowi ukraińskiemu, ale robi to z zachowaniem daleko idącej ostrożności i z pełną świadomością ogromnego ryzyka, jakie wiąże się z prowadzeniem biznesu nad Dnieprem. Inna sprawa, że nikt w Ukrainie nie będzie witał polskich firm z otwartymi ramionami. Ukraiński sektor budowlany sam w sobie jest silny, a w trakcie wojny dodatkowo rozwinął swoje kompetencje i zdolności wykonawcze.

Poza tym można odnieść wrażenie, że z perspektywy państwa ukraińskiego kluczowe znaczenie ma dziś nie tyle przyciągnięcie zachodnich firm, ile uzyskanie dostępu do funduszy od międzynarodowych donatorów przy jednoczesnym zachowaniu możliwie dużej kontroli nad sposobem ich wydatkowania. Oznaczałoby to naturalną preferencję dla wykorzystania własnego potencjału wykonawczego, bez nadmiernego udziału międzynarodowych korporacji i bez kłopotliwego – z punktu widzenia Ukrainy – monitoringu z zewnątrz.

Sondowanie rynku ukraińskiego przez polskie spółki odbywa się w dużej mierze samodzielnie, bez szczelnego parasola ze strony polskich instytucji państwowych, które dotychczas nie wykształciły w sobie umiejętności prowadzenia skutecznej dyplomacji ekonomicznej.

O powołaniu specjalnego funduszu, finansowanego z polskich pieniędzy i przeznaczonego na realizację konkretnych projektów infrastrukturalnych w ramach odbudowy Ukrainy z udziałem naszych firm, polscy politycy mówią od ponad czterech lat. Za tymi deklaracjami wciąż nie idą jednak żadne wiążące decyzje. Trudno sobie zresztą wyobrazić, by taki instrument miał powstać w roku wyborczym, bez ryzyka natychmiastowych zarzutów ze strony oponentów politycznych o finansowanie Ukrainy przy rosnącym zadłużeniu Polski.

Realny scenariusz polskiego zaangażowania

Na to wszystko nakładają się czytelne ruchy elit ukraińskich, które od dłuższego czasu stawiają raczej na rozluźnianie więzi z Polską i zacieśnianie bezpośrednich relacji z państwami na zachód od Odry. W rezultacie polskie firmy budowlane mogą znaleźć się w sytuacji podwójnie trudnej: bez wystarczająco silnego wsparcia własnego państwa i bez sprzyjającego nastawienia po stronie ukraińskich decydentów.

Od samego początku wydaje się jasne, że ewentualna praca na zlecenie ukraińskiego rządu lub tamtejszych samorządów będzie ekstremalnie trudna ze względu na głęboko zakorzenioną korupcję i ryzyka instytucjonalne, które nie znikną z dnia na dzień, bo mają charakter systemowy. Znacznie bardziej realistyczne wydaje się punktowe zaangażowanie polskich firm w realizację projektów finansowanych bezpośrednio przez instytucje międzynarodowe, takie jak EBOiR, EBI, Bank Światowy czy wyspecjalizowane agendy ONZ, prowadzonych według ich własnych procedur i wyjętych spod reżimu ukraińskiego prawa zamówień publicznych, tak aby zagwarantować maksymalną transparentność procesu inwestycyjnego.

Choć w takich postępowaniach procedury nie przewidują preferencyjnego traktowania wykonawców ze względu na kraj pochodzenia, polskie firmy dysponują mocnymi argumentami w postaci wiarygodności, rzetelności i doświadczenia zdobytego na wymagającym rynku unijnym. Może to być ich przewaga na tle części konkurentów obecnych na Ukrainie od lat, zwłaszcza tych, którzy zdążyli już obciążyć swoją reputację w oczach międzynarodowych instytucji finansowych.

Dobrym przykładem jest jedna tureckich firm, wobec której EBOiR zastosował niedawno sankcje w związku z nieprawidłowościami przy projekcie finansowanym przez ten bank w Ukrainie.

Drugim modelem, w którym polskie spółki budowlane mogłyby odnaleźć się w Ukrainie, jest praca dla ukraińskich inwestorów prywatnych, o ile ich projekty byłyby finansowane lub współfinansowane przez polskie banki. Takie podejście sprawdzało się już przed wojną.

Innym kierunkiem może być praca dla zachodnich inwestorów, którzy po zakończeniu działań wojennych ulokują w Ukrainie zakłady przemysłowe i centra logistyczne.

Osobną kategorią powinny być inwestycje realizowane przez polskie firmy, w tym spółki z udziałem Skarbu Państwa, które zdecydują się na wejście na rynek ukraiński. W tym modelu polscy inwestorzy powinni ciągnąć za sobą polskie spółki budowlane i zlecać im realizację własnych projektów. Dokładnie w ten sposób działają firmy azjatyckie, na przykład japońskie, które na całym świecie preferują rodzimych wykonawców przy realizacji swoich inwestycji.

Największa bariera

Największą barierą dla polskich firm rozważających wejście na Ukrainę będzie dostęp do pracowników. Już na polskim rynku brak wykwalifikowanej siły roboczej jest ogromnym problemem, a dodatkowo trzeba będzie znaleźć osoby gotowe do pracy w delegacji w Ukrainie.

W praktyce rodzime przedsiębiorstwa mogłyby korzystać z ukraińskich zasobów i opierać się na lokalnych podwykonawcach, dokładnie tak, jak robią to u nas Amerykanie przy budowie elektrowni jądrowej w Choczewie.

Jednak w tym przypadku w znacznie bardziej uprzywilejowanej sytuacji znajdują się wykonawcy z Turcji i Korei. Turcy od lat specjalizują się w realizacji projektów w najbardziej zapalnych rejonach świata. Tureckie firmy są obecne w Libii, działały w Iraku i Afganistanie, a teraz przymierzają się do odbudowy Syrii.

Podobnie jest z Koreańczykami, którzy dysponują własnymi zasobami kadrowymi i potrafią przerzucać je w różne części globu tam, gdzie są akurat najbardziej potrzebne. Ten model jest doskonale znany również w Polsce, gdzie koreańskie firmy realizowały projekty dla Orlenu i Grupy Azoty, a swoich pracowników koszarują w bezpośrednim sąsiedztwie budowy.

Mam nieodparte wrażenie, że w dyskusjach o odbudowie Ukrainy zdecydowanie za dużo mówimy o iluzorycznych szansach dla polskich firm, a za mało debatujemy o realnych ryzykach dla naszego kraju. Pamiętajmy, że odbudowa naszego wschodniego sąsiada może wywołać ogromne zawirowania na naszym rynku budowlanym, który właśnie wchodzi w największą kumulację inwestycji infrastrukturalnych w swojej historii.

Mowa tu o odpływie pracowników i materiałów, potencjalnym osłabieniu krajowego potencjału wykonawczego oraz bardzo silnej presji na wzrost kosztów budowy. Zanim więc zaczniemy snuć wizje odbudowy Ukrainy, skupmy się na budowie Polski.

Dr Damian Kaźmierczak, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, adiunkt na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego

Wybrane dla Ciebie