Ceny miedzi wystrzelą "w stratosferę"? USA chomikują surowiec, a deficyt się pogłębia
Miedź bije historyczne rekordy cenowe, przebijając barierę 11 800 dolarów za tonę. To jednak dopiero początek rajdu, który analitycy określają mianem "stratosferycznego". Głównym motorem wzrostów stała się panika w USA – amerykańscy inwestorzy masowo skupują metal w obawie przed cłami, tworząc na rynku gigantyczną lukę podażową.
Rynek surowcowy znajduje się w punkcie zwrotnym, który może zdefiniować koszty transformacji energetycznej na najbliższe lata. Miedź, nazywana przez ekonomistów "Doktorem Miedzią" ze względu na jej zdolność do diagnozowania kondycji globalnej gospodarki, notuje bezprecedensowe wzrosty. W piątek ceny spotowe na Londyńskiej Giełdzie Metali (LME) osiągnęły kolejny historyczny szczyt na poziomie 11 816 dolarów za tonę. Kontrakty terminowe z trzymiesięcznym terminem dostawy zamknęły się niewiele niżej, bo na poziomie 11 515 dolarów.
Tylko w tym roku benchmarkowe ceny miedzi na LME wzrosły o około 36 proc., z czego aż 9-procentowy skok odnotowano w ciągu ostatniego miesiąca. Eksperci są zgodni: to nie jest zwykła korekta rynkowa, ale efekt splotu czynników geopolitycznych, logistycznych i fundamentalnych braków w wydobyciu.
USA "odkurzają" światowe zapasy
Najbardziej intrygującym zjawiskiem, które obecnie napędza wzrosty, jest sytuacja w Stanach Zjednoczonych. Analitycy Citi zwracają uwagę na proces, który określają mianem "chomikowania" (ang. hoarding). Amerykański rynek zasysa miedź z reszty świata w tempie, które zaczyna zagrażać równowadze globalnej podaży.
Sprzedaje setki aut miesięcznie. Zdradza, na czym zarabia dealer
Powód? Strach przed nową polityką celną. Waszyngton rozważa wprowadzenie ceł na import rafinowanej miedzi począwszy od 2027 roku. To - nie pierwszy raz - skłoniło handlowców i przemysł do gwałtownego gromadzenia zapasów "na zapas". Natalie Scott-Gray, starsza analityczka ds. metali w StoneX, wskazuje wprost, że ogromna część napięcia na rynku wynika z obaw taryfowych - czytamy w CNBC.
Według danych firmy StoneX, napływ rafinowanej miedzi do USA skoczył w tym roku o około 650 tysięcy ton. W efekcie zapasy w tym kraju wzrosły do poziomu około 750 tysięcy ton. To jednak nie uspokoiło rynku, a wręcz przeciwnie – stworzyło potężną dysproporcję cenową.
Mechanizm ten działa na zasadzie arbitrażu. Ceny miedzi w USA są obecnie wyższe niż gdziekolwiek indziej na świecie. Kontrakty futures na amerykańskiej giełdzie COMEX z dostawą na marzec oscylowały wokół 11 814 dolarów za tonę, podczas gdy w Londynie cena była o kilkaset dolarów niższa. Dla handlowców to jasny sygnał: opłaca się kupować miedź w Europie czy Azji i wysyłać ją do Stanów Zjednoczonych. – Oczekujemy, że USA będą gromadzić światowe zapasy miedzi, a w scenariuszu hossy będą dalej czerpać z wyczerpanych zapasów poza USA – piszą w swojej nocie analitycy Citi.
Londyński magazyn "ostatniej szansy" pustoszeje
Skutki amerykańskiego "odkurzacza" są dramatyczne dla Londyńskiej Giełdy Metali (LME). Giełda ta tradycyjnie pełni rolę rynku ostatniej instancji – wchłania nadwyżki, gdy popyt jest słaby, i uwalnia zapasy, gdy na rynku brakuje towaru. Obecnie jednak magazyny LME świecą pustkami.
Dane opublikowane przez giełdę w połowie grudnia 2025 roku pokazują, że zapasy miedzi wynoszą zaledwie około 165 tysięcy ton. Co gorsza, aż 66 650 ton z tej puli (czyli około 40 proc.) to tak zwane "canceled warrants". W żargonie giełdowym oznacza to metal, który został już zarezerwowany do fizycznej dostawy dla konkretnych kupujących i de facto nie jest już dostępny na wolnym rynku.
Poziom zapasów na LME jest obecnie o blisko 40 proc. niższy niż na początku roku. Andrew Glass, dyrektor generalny Avatar Commodities, cytowany przez CNBC, ostrzega, że fizyczne gromadzenie zapasów w USA "nadal niszczy międzynarodową dostępność". Jego zdaniem obecny rajd odzwierciedla "wysoce nieregularne zniekształcenie", napędzane głównie oczekiwaniem na taryfy, a nie tradycyjnymi fundamentami podaży i popytu, zwłaszcza że popyt w Chinach w ostatnich miesiącach był rozczarowujący.
Mimo to prognozy cenowe szybują w górę. Glass przewiduje, że ceny miedzi osiągną "stratosferyczne nowe szczyty". Wtórują mu analitycy Citi, którzy widzą cenę metalu na poziomie 13 000 dolarów za tonę na początku 2026 roku, a w drugim kwartale przyszłego roku nawet na poziomie 15 000 dolarów. Nieco bardziej ostrożna, choć wciąż bycza, jest Ewa Manthey, strateg ds. surowców w ING, która prognozuje ceny rzędu 12 000 dolarów za tonę w połowie przyszłego roku.
Kopalnie nie nadążają z wydobyciem
Problem nie leży jednak tylko po stronie spekulacyjnego popytu w USA. Równie niepokojące sygnały płyną z samego źródła – od największych światowych koncernów wydobywczych. Deutsche Bank w swojej najnowszej nocie scharakteryzował nadchodzący rok 2025 jako "rok silnych zakłóceń".
W ciągu ostatniego tygodnia kluczowi producenci zaktualizowali swoje prognozy wydobycia, obniżając szacowaną podaż miedzi na 2026 rok łącznie o około 300 tysięcy ton. Gigant handlu surowcami, firma Glencore, obniżyła swoją prognozę produkcji na 2026 rok do przedziału 810–870 tysięcy ton. Powodem są problemy w kopalni Collahuasi w Chile, której Glencore jest współwłaścicielem wraz z Anglo American.
Podobne wieści płyną z Rio Tinto. Grupa wydobywcza spodziewa się, że jej produkcja miedzi w przyszłym roku spadnie do poziomu 800–870 tysięcy ton, w porównaniu z tegoroczną prognozą wynoszącą 860–875 tysięcy ton.
Ogólnie rzecz biorąc, widzimy rynek w wyraźnym deficycie, przy czym podaż kopalniana będzie najsłabsza w czwartym kwartale 2025 i pierwszym kwartale 2026 roku – czytamy w analizie Deutsche Banku.
Czy aluminium uratuje świat przed brakiem miedzi?
W obliczu tak drastycznych wzrostów cen, naturalnym pytaniem staje się kwestia substytucji. Czy przemysł, nie mogąc udźwignąć kosztów drogiej miedzi, nie przerzuci się masowo na tańsze aluminium? Temat ten wzięli pod lupę analitycy J.P. Morgan w swoim raporcie z 15 grudnia 2025 roku.
Wnioski są jednoznaczne: substytucja nie "popsuje imprezy" bykom na rynku miedzi. Choć ceny osiągnęły rekordowe poziomy (J.P. Morgan odnotowuje nawet pułap 11 900 dolarów za tonę), techniczne i fizyczne ograniczenia aluminium są zbyt duże, by mogło ono w pełni zastąpić czerwony metal.
Historycznie rzecz biorąc, utrata popytu na miedź na rzecz innych materiałów wynosiła średnio około 2 proc. rocznego globalnego zapotrzebowania w ciągu ostatnich 20 lat. J.P. Morgan przeprowadził symulację "stres testu", zakładając scenariusz, w którym substytucja przyspiesza drastycznie do poziomu 6 proc. popytu.
Nawet w tak skrajnym przypadku, do 2030 roku z rynku zniknęłoby zapotrzebowanie na dodatkowe 1,3 miliona ton miedzi rocznie. To wciąż za mało, by zasypać strukturalną dziurę. Zespół J.P. Morgan Commodities Research prognozuje, że w 2030 roku na rynku nadal będzie brakować około 2 milionów ton surowca.
Fizyka jest nieubłagana
Dlaczego aluminium nie może łatwo zastąpić miedzi w kablach i transformatorach? Kluczem jest relacja ceny do właściwości fizycznych. Inwestorzy często patrzą na prosty stosunek ceny miedzi do aluminium, który od 2010 roku wynosi średnio 3,0-3,5. Jednak, jak zauważają eksperci J.P. Morgan, jest to mylące uproszczenie.
Aluminium posiada tylko około 60 proc. przewodności miedzi. Aby przesłać tę samą ilość energii, kabel aluminiowy musi być znacznie grubszy. Z drugiej strony, aluminium jest lżejsze (ma około jednej trzeciej gęstości miedzi). Jeśli skorygujemy cenę o te dwa parametry – przewodność i gęstość – wskaźnik cenowy skacze do poziomu około 8x. Oznacza to, że z czysto ekonomicznego punktu widzenia zamiana miedzi na aluminium zawsze wydaje się opłacalna, a mimo to nie następuje masowo. Decydują o tym ograniczenia techniczne: grubsze kable nie mieszczą się w istniejących kanałach, a w przypadku silników elektrycznych i turbin wiatrowych rozmiar i wydajność mają kluczowe znaczenie.
Sektor pojazdów elektrycznych (xEV) jest tego najlepszym przykładem. Choć producenci starają się ograniczać zużycie miedzi (tzw. thrifting) – na przykład zmniejszając grubość folii miedzianej w anodach baterii o ponad 50 proc. od 2010 roku – to całkowity popyt ze strony motoryzacji i tak wzrośnie. Wynika to z rosnącej penetracji rynku przez "elektryki", zwiększania rozmiarów samych pojazdów oraz stosowania baterii o większej gęstości energetycznej. J.P. Morgan przewiduje, że zapotrzebowanie na miedź w sektorze xEV wzrośnie ponad dwukrotnie: z około 1,4 mln ton w 2023 roku do około 3 mln ton w 2030 roku.
Nowe technologie to za mało
Skoro kopalnie tną prognozy, a substytucja nie rozwiąże problemu, czy ratunkiem mogą być nowe technologie wydobywcze? Branża wiąże pewne nadzieje z ługowaniem (ang. leaching) – procesem chemicznym pozwalającym odzyskiwać miedź z rud o niskiej zawartości metalu lub z odpadów powydobywczych.
Analiza J.P. Morgan studzi jednak ten entuzjazm. Projekty wykorzystujące nowe technologie ługowania mogą do 2030 roku dostarczyć na rynek dodatkowe 590 tysięcy ton miedzi rocznie. Choć brzmi to imponująco, stanowi to zaledwie około 2 proc. globalnej podaży. Co więcej, projekty te obarczone są ryzykiem technologicznym i niepewnością co do czasu realizacji.
Również rynek złomu (recyklingu) nie będzie "srebrną kulą". Choć podaż złomu ma rosnąć w tempie 5-6 proc. rocznie, reakcja rynku na wysokie ceny może być tym razem bardziej stłumiona. Wiele dostępnych zasobów złomu trafiło już na rynek podczas poprzednich fal wzrostowych, a niepewność podatkowa w Chinach dodatkowo komplikuje handel surowcami wtórnymi.
Co to oznacza dla portfeli i gospodarki?
Dla globalnej gospodarki droga miedź to sygnał ostrzegawczy. Ewa Manthey z ING zauważa, że wyższe ceny metalu uderzą w marże w sektorach energochłonnych. Elektryfikacja, rozbudowa sieci energetycznych oraz budowa centrów danych dla sztucznej inteligencji – wszystkie te procesy wymagają gigantycznych ilości okablowania i systemów chłodzenia. Wzrost kosztów surowca przełoży się bezpośrednio na koszt transformacji energetycznej i cyfrowej.
Scenariusz na najbliższe lata wydaje się jasny: czeka nas walka o każdy kilogram miedzi. Nierównowaga między rosnącym popytem ze strony zielonej energetyki i AI, a kulejącą podażą z kopalń, pogłębiona przez protekcjonistyczną politykę USA, tworzy mieszankę wybuchową. Cena 15 000 dol. (równowartość ok. 54 tys. zł) za tonę, która jeszcze niedawno wydawała się abstrakcją, staje się realnym celem na horyzoncie 2026 roku.
Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl