Czerwień na Wall Street. Ropa powyżej 100 dolarów uderza w rynki
Poniedziałkowe otwarcie na amerykańskich giełdach przyniosło wyraźne spadki, co – jak donoszą serwisy Barron's i CNBC – jest bezpośrednią reakcją na gwałtowny wzrost cen ropy naftowej. Eskalacja na Bliskim Wschodzie budzi obawy o powrót wysokiej inflacji.
Początek tygodnia na Wall Street upłynął pod znakiem wyraźnej wyprzedaży akcji, napędzanej niepokojami płynącymi z rynku surowców. Główne amerykańskie indeksy otworzyły się na sporych minusach, co stanowi kontynuację negatywnego trendu z ubiegłego tygodnia.
Zarówno przemysłowy Dow Jones, jak i szeroki indeks S&P 500 oraz technologiczny Nasdaq Composite, traciły w poniedziałek rano ponad 1 proc. swojej wartości. Nastroje inwestorów najlepiej obrazuje zachowanie indeksu zmienności VIX, nazywanego potocznie "barometrem strachu". Jak zauważa serwis CNBC, wskaźnik ten przekroczył poziom 30 punktów po raz pierwszy od czasu ubiegłorocznych zawirowań rynkowych wywołanych kwestiami celnymi.
To wyraźna zmiana w porównaniu z sytuacją sprzed kilku tygodni, gdy na rynku obserwowaliśmy odrobienie większości strat i uspokojenie nastrojów na globalnych parkietach.
"Nie wykluczam żadnego scenariusza". Wicepremier o cenie baryłki ropy
Szok naftowy uderza w gospodarkę
Bezpośrednią przyczyną giełdowych spadków jest gwałtowne tąpnięcie na rynku energetycznym. Po raz pierwszy od 2022 roku, kiedy to rynki reagowały na wybuch wojny w Ukrainie, cena amerykańskiej ropy przekroczyła psychologiczną barierę 100 dolarów za baryłkę.
Podczas handlu nocnego notowania surowca zbliżyły się nawet do poziomu 120 dolarów, choć w późniejszych godzinach sytuacja uległa lekkiemu uspokojeniu. Międzynarodowy benchmark, ropa Brent, również zanotował dwucyfrowy, procentowy wzrost. Warto przypomnieć, że jeszcze na początku bieżącego roku ceny amerykańskiej ropy oscylowały poniżej 60 dolarów za baryłkę.
Skokowy wzrost kosztów energii to efekt eskalacji konfliktu w Iranie oraz trwającego zamknięcia strategicznej cieśniny Ormuz. Z informacji przekazanych przez CNBC wynika, że główni producenci z Bliskiego Wschodu drastycznie ograniczają podaż. Kuwejt oficjalnie ogłosił cięcia wydobycia, natomiast produkcja w Iraku miała spaść aż o 70 proc.
Między polityką a rynkową paniką
Sytuacja geopolityczna pozostaje wysoce napięta. Mimo niedawnych deklaracji Donalda Trumpa, który stwierdził, że wojna została "już wygrana", konflikt nie wykazuje oznak wygasania. Według doniesień medialnych, Iran mianował nowego najwyższego przywódcę, którym został syn ajatollaha Chameneiego, Modżtaba. Sam amerykański prezydent odniósł się do sytuacji rynkowej w mediach społecznościowych, twierdząc, że wyższe krótkoterminowe ceny ropy to bardzo mała cena za zniszczenie irańskiego zagrożenia nuklearnego.
Mimo groźnych sygnałów, na rynkach pojawiły się również informacje łagodzące panikę. Ceny ropy nieznacznie spadły z nocnych maksimów po doniesieniach dziennika "Financial Times", według których przedstawiciele państw grupy G7 rozważają uwolnienie strategicznych rezerw surowca.
Dodatkowo, jak wynika z analizy Capital Economics cytowanej przez serwis Barron's, kraje o największych rynkach akcji – w tym Stany Zjednoczone i Chiny – radzą sobie z obecnym kryzysem lepiej niż reszta świata. Thomas Mathews, ekspert ds. rynków Azji i Pacyfiku, sugeruje, że wynika to częściowo z ich stosunkowo mniejszej ekspozycji na import energii z Bliskiego Wschodu.
Widmo stagflacji i dylemat banków centralnych
Analitycy z Wall Street uważnie obserwują rozwój wydarzeń, starając się ocenić długoterminowe skutki konfliktu dla portfeli konsumentów i polityki monetarnej. Henry Allen, strateg w Deutsche Banku, uspokaja inwestorów, twierdząc, że historycznie rzecz biorąc, wyższe ceny ropy prowadzą do znacznych spadków na giełdach tylko po spełnieniu określonych warunków. Wymienia tu między innymi sytuację, w której ceny rosną o ponad 50 proc. przez kilka miesięcy, zmuszając banki centralne do ostrej walki z inflacją, lub gdy szok surowcowy spycha gospodarkę w recesję.
Z kolei Ed Yardeni, prezes Yardeni Research, ostrzega przed powtórką z lat 70. ubiegłego wieku. W swojej nocie do inwestorów podkreślił, że nie można wykluczyć nadejścia bessy, jeśli rynek zacznie wyceniać scenariusz stagflacji – czyli jednoczesnego spowolnienia gospodarczego i rosnących cen. – Jeśli szok naftowy się utrzyma, podwójny mandat amerykańskiego banku centralnego utknie w martwym punkcie między rosnącym ryzykiem wyższej inflacji a rosnącym bezrobociem – ocenił Yardeni.
Mimo tych obaw, ekspert pozostaje optymistą co do dłuższego horyzontu czasowego. Jego bazowy scenariusz wciąż zakłada, że konflikt zostanie rozwiązany w ciągu kilku tygodni, co otworzy drogę do dalszego boomu gospodarczego napędzanego przez sektor technologiczny.
Kwestia inflacji i polityki monetarnej pozostaje kluczowa dla przyszłości rynków. Jeszcze w lutym prezydent Trump ogłaszał sukces w walce z drożyzną, wskazując na spadek inflacji i rekordy giełdowe. Teraz jednak gwałtowny wzrost cen ropy może zniweczyć te osiągnięcia. Szczególnie niepokojące jest to w kontekście wcześniejszych ostrzeżeń Reutersa dotyczących presji na Rezerwę Federalną, by obniżyć stopy procentowe mimo inflacyjnych zagrożeń. Analitycy zwracają uwagę, że taka sytuacja mogłaby zniechęcić inwestorów i wywołać zawirowania nie tylko na amerykańskim rynku, ale i w całej gospodarce światowej.