Jak zbić dług? Wielki test dla tego, kto wygra kolejne wybory [OPINIA]
Nie ma prostej zasady, która mówiłaby, że przekroczenie 60 proc. zadłużenia w relacji do PKB oznacza kurs na katastrofę. Co nie znaczy, że problem w ogóle nie istnieje. Będzie się musiała z nim uporać ta ekipa, która przejmie władzę po kolejnych wyborach – pisze w opinii dla money.pl Kamil Fejfer.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Na początku tygodnia Ministerstwo Finansów poinformowało o deficycie finansów publicznych. W 2025 roku miał on wynieść 275,6 mld zł. Resort szczyci się, że dziura była o kilkanaście miliardów niższa niż zakładano. Nie zmienia to jednak faktu, że kolejny rok bardzo wyraźnie przekraczamy uznawany za bezpieczny próg 3 proc. deficytu w stosunku do PKB. Rośnie nam również dług publiczny. I na ten moment nie widać na horyzoncie niczego, co mogłoby poprawić kondycję finansów państwa.
To absolutnie nie oznacza, że niechybnie czeka nas "grecki scenariusz", którym już wielokrotnie nas straszono. Zadłużenie będzie nam jednak coraz bardziej ciążyć i w końcu politycy będą musieli coś z nim zrobić. Zasadniczym pytaniem i ostatecznym testem na to, czyje interesy reprezentuje władza, będzie decyzja, w którą stronę pójść – czy ścieżką cięć socjalnych, czy może dociążenia podatkowego zamożnych.
Zbudował potężną firmę. Mówi, czego potrzebuje polska gospodarka
Na początek ważne rozróżnienie, z którego nie wszyscy muszą zdawać sobie sprawę. Powiedzmy w kilku słowach, czym różni się deficyt od długu.
Szeroko pojęty sektor publiczny w niemal wszystkich rozwiniętych krajach świata wydaje więcej pieniędzy, niż jest w stanie zebrać z danin. Deficyt sektora finansów publicznych (zwany również deficytem sektora gg, od angielskiego general government) jest miarą tego rocznego zadłużenia w porównaniu do PKB. Dług publiczny to natomiast suma wcześniej zaciągniętych długów. Jedna i druga miara jest najczęściej wyrażana jako procent produktu krajowego brutto.
Unia Europejska zaleca, aby ten pierwszy wskaźnik nie przekraczał wspomnianych 3 proc., a drugi – 60 proc. Kiedy tak się dzieje, państwa członkowskie zostają objęte tak zwaną procedurą nadmiernego zadłużenia w celu wprowadzenia reform przeciwdziałających narastającemu problemowi.
Ile w zeszłym roku wyniósł deficyt budżetowy w relacji do PKB? Nie mamy jeszcze dokładnych danych z całej gospodarki, które informowałyby nas o wielkości produktu krajowego brutto. Ekonomiści szacują jednak, że było to około 4 mld zł. Co oznaczałoby, że deficyt znacznie przekroczyłby 6 proc., zbliżając się do 7 proc.
Prognoza resortu finansów z zeszłego roku mówiła o 6,9 proc. Komisja Europejska w listopadzie prognozowała deficyt dla naszego kraju na poziomie 6,8 proc. Mało tego, ani ministerstwo, ani wspólnota w swoich predykcjach (pierwsze kończą się na 2029 roku, drugie na 2027 roku) nie wskazują, że zbliżymy się do "bezpiecznych" 3 proc.
Dług publiczny wzrośnie
Będzie rósł również dług publiczny. Zarówno według analiz ministerstwa, jak i Unii w 2025 roku niemal dobiliśmy do 60 proc. W tym roku przebijemy tę granicę i dług będzie rosnąć w kolejnych latach. Resort Andrzeja Domańskiego prognozuje, że w roku 2029 jego wartość wyniesie 75 proc. produktu krajowego brutto.
Dziurę wykręcają w ogromnej mierze oczywiście wydatki zbrojeniowe. W tym momencie nie za bardzo mamy wyjście; nie możemy po prostu porzucić dozbrajania się, bo graniczymy z wrogim państwem, u którego sterów siedzi człowiek rozumiejący jedynie argument siły.
Historia uczy zresztą, że zbrojenia są finansowane głównie z długu. Do takich wniosków doszli badacze Christoph Trebesch oraz Johannes Marzian, analizujący 114 boomów na wydatki zbrojeniowe w 17 rozwiniętych krajach. Okres analizy obejmował ponad 100 lat.
Jak wspomniałem, to nie oznacza, że czeka nas grecki scenariusz i bankructwo państwa. Wiele krajów, również tych europejskich, ma dług publiczny znacznie przekraczający 60 proc. PKB. Są to nie tylko niesławna, jeśli chodzi o ten parametr, Grecja, ale też Włochy (ponad 130 proc.), Francja (ponad 100 proc.), podobnie Belgia i Hiszpania. Ba, średnia zadłużenia dla krajów wspólnoty przekracza rzeczone 60 proc.
Nie ma więc prostej zasady, która mówiłaby, że przestrzelenie 60 proc. zadłużenia w relacji do PKB oznacza kurs na katastrofę. Co nie znaczy, że problem w ogóle nie istnieje. Wysoki dług to rosnące koszty jego obsługi (a więc niemożność przeznaczenia środków z niego na inne cele), w pewnych scenariuszach utrata wiarygodności kraju, co może prowadzić do ucieczki kapitału (a ten, stety lub niestety, jest niezbędny do rozwoju gospodarczego), osłabienie wiarygodności państwa, a więc również kłopoty w zaciąganiu kolejnych pożyczek, które można byłoby przeznaczyć na inwestycje czy na zwiększanie spójności społecznej. Koniec końców bardzo wysokie zadłużenie może też prowadzić do erozji zaufania politycznego do danego kraju.
I tu znów są wyjątki, ponieważ niektóre państwa mają taryfę ulgową. Przykładem są choćby Stany Zjednoczone czy Japonia, jedno z najbardziej zadłużonych państw na świecie. Ani jeden, ani drugi kraj nie mierzy się jednak z wielką utratą zaufania. Ale Polska gra w innej lidze. I nas – niestety - obowiązują nieco inne zasady. A to oznacza, że z zadłużeniem będziemy musieli walczyć.
Polski dług osiądzie na 250 proc.?
Warto w tym miejscu jednak podkreślić, że nie jesteśmy na – jak to mówią ekonomiści – eksplozywnej ścieżce wzrostu zadłużenia. Innymi słowy – nasz dług w pewnym momencie się zatrzyma. Jak policzył Wojciech Paczos, ekonomista z Cardiff University – o ile nie wprowadzimy działań zaradczych - polski dług osiądzie w okolicach… 250 proc. A tego byśmy raczej nie chcieli.
Co więc możemy zrobić? I tu jest właśnie zagwozdka do polityków. Ścieżki są dwie lub trzy, gdzie ta trzecia jest kombinacją dwóch poprzednich rozwiązań. Pierwsza droga to cięcie wydatków społecznych, druga to podwyższanie danin.
Zanim je omówimy, wróćmy jeszcze na chwilkę do samego długu i jego spłaty; jest to wątek, którego nie powinniśmy pomijać. Otóż jeśli chodzi o zwracanie środków, to istotny jest nie tylko sam tak zwany pierwotny dług, ale również chociażby inflacja i wzrost gospodarczy.
Jeżeli rośnie inflacja, to dług "tanieje". Jeśli rośnie gospodarka, to dług staje się mniejszym obciążeniem, ponieważ stanowi mniejszą jej część. Nie chcielibyśmy oczywiście "zbijać" długu za pomocą drożyzny, bo to wszyscy odczuwają w portfelach. Ale na kolejne lata wszystkie liczące się instytucje prognozują dla naszego kraju całkiem przyzwoity wzrost (zwłaszcza w europejskim kontekście) na poziomie co najmniej 3 proc.
No to teraz działania władz – zaciskanie pasa i przycinanie bogatych. Tę pierwszą ścieżkę niedawno proponował choćby liberalny think tank Forum Obywatelskiego Rozwoju. FOR zalecał między innymi korekty w 800+, ucięcie 13. i 14. emerytur, podwyższenie wieku emerytalnego czy prywatyzację części państwowych firm. Inne pomysły przytoczone w raporcie "Budżetowy S.O.S." to między innymi uszczelnienie systemu podatkowego. Analitycy FOR stronią jednak od koncepcji podwyższania podatków jak od ognia.
Niektóre z tych pomysłów proponuje również wspomniany ekonomista Wojciech Paczos w tekście dla Oko.press. "Ekonomiczna intuicja podpowiada mi na przykład, że pozytywne skutki społeczne programów wsparcia rodzin (typu 800+) można zachować, kierując je głównie do rodzin o niższych dochodach, zamiast do wszystkich" – pisał w swoim tekście. "Nie jest też dla mnie jasne, ile wynoszą pozytywne skutki społeczne 13. i 14. emerytury i jak się mają do kosztów tych świadczeń, które finansowane są poza systemem emerytalnym, wprost z budżetu" – dodawał.
Co ciekawe, bardziej progresywny w swoich zaleceniach był Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który pod koniec zeszłego roku proponował między innymi podniesienie stawki PIT, ograniczenie zwolnień z VAT czy wprowadzenie podatku katastralnego od drugich i trzecich nieruchomości. Ten ostatni pomysł w Polsce w dużej części jest zagospodarowywany przez partie lewicowe. Co ważne, MFW nie narzuca naszemu krajowi rozwiązań. To jedynie propozycje, wobec których istnieją alternatywy. I są nimi cięcia w wydatkach socjalnych.
Jasne jest, że koniec końców politycy wybiorą jakiś miks rozwiązań, które pomogą ustabilizować problematyczny dług. Ważnym testem dla nich będzie jednak to, w którą stronę będą się przesuwać propozycje – czy będą to cięcia, które mogą odczuć biedniejsi, czy może zwiększenie obciążeń (np. wprowadzenie kolejnych progów podatkowych PIT dla najzamożniejszych czy ustanowienie katastru) dla bogatszych.
Trudno jednak spodziewać się, że jakiekolwiek ruchy zostaną wykonane przed wyborami. Z problemem będzie musiała się uporać ta ekipa, która przejmie władzę.
Autorem jest Kamil Fejfer, dziennikarz piszący o gospodarce, współtwórca podcastu i kanału na YouTube "Ekonomia i cała reszta".