To był rok podwyżek pensji. Od upadku PRL-u tylko trzy razy wzrosty były większe [OPINIA]
W 2025 roku realny, czyli uwzględniający inflację, wzrost płac wyniósł w Polsce 5,5 proc. Z pominięciem roku 2024 był to największy wzrost płac od 17 lat. Z pewnością dołożyła się do tego niemała nominalna podwyżka płacy minimalnej na poziomie 8,5 proc. Znów więc państwo dorzuciło się do wzrostu dobrobytu obywateli - pisze w opinii dla money.pl Kamil Fejfer.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Główny Urząd Statystyczny opublikował dwa tygodnie temu dane, które mogą zdziwić wiele osób. Okazuje się, że w zeszłym roku bogaciliśmy się (niemal) najszybciej od 17 lat. Nie wierzycie Państwo? Nie dziwię się. Ale nie dlatego, że w danych są jakieś błędy. Wiem po prostu, że niewiara jest jedną z najpowszechniejszych reakcji na tego typu doniesienia. Owo zdziwienie połączone z irytacją nie musi być jednak dowodem na to, że ktoś "fałszuje dane". Może być za to wskazaniem, że nasze umysły są bardzo nieprecyzyjnymi narzędziami do oceny rzeczywistości.
Najpierw przyjrzyjmy się nominalnemu wzrostowi płac - nominalnemu, nieuwzględniającemu rosnących cen w sklepach, które sprawiają, że podwyżki pensji są dla nas realnie mniej odczuwalne. Według GUS średnia płaca w gospodarce narodowej wyniosła w zeszłym roku niemal 9 tys. zł brutto (niecałe 6,4 tys. zł na rękę, jeżeli skończyliśmy 26. rok życia). Mówiąc precyzyjnie, było to 8 903,56 zł brutto. Suma była wyższa od tej z 2024 roku o dokładnie 721,84 zł, czyli nominalnie o niemal 9 proc.
Stworzył potężną firmę. Mówi, kiedy Polacy będą dużo zarabiać
Wielu osobom w tym miejscu pojawią się dwie myśli. Po pierwsze, że mało kto tyle zarabia. A po drugie, że przecież towary również podrożały, co zapewne spowodowało, że podwyżki były w najlepszym razie niemal nieodczuwalne, a w gorszym - żadne.
Dużo prawdy jest w tym pierwszym stwierdzeniu. Rzeczywiście dane o przeciętnym miesięcznym wynagrodzeniu są podatne na pewne zjawisko statystyczne. Średnią w górę ciągną najzamożniejsi. Realnie więc – jeżeli mówimy o osobach zatrudnionych na umowach o pracę – znaczna większość zarabia zauważalnie mniej, niż wynosi średnia krajowa. Szacuje się, że przeciętną płacę lub powyżej otrzymuje nie więcej niż jedna trzecia, a nawet jedna czwarta pracowników.
Z perspektywy tak zwanego zwykłego człowieka lepiej rynek pracy opisuje mediana. Jest to kwota, powyżej której połowa etatowców zarabia więcej i poniżej której połowa zarabia mniej. GUS nie dysponuje uśrednionymi danymi odnoszącymi się do mediany za cały zeszły rok. Ale z innych jego badań wynika, że od lat jest ona od średniej mniej więcej o 20 proc. niższa. Z niewielkimi odchyleniami to w dół, to w górę. Według danych za sierpień 2025 roku (najnowsze informacje) mediana była niższa od przeciętnego wynagrodzenia o 18 proc. Choć więc przeciętnej pensji nie zarabia większość pracowników (stąd ich irytacja za każdym razem, kiedy widzą informacje o niej w mediach), to wraz z jej wzrostem rośnie też mediana.
Tu na marginesie dodajmy, że informacje GUS o "przeciętnym wynagrodzeniu w gospodarce narodowej" (tak fachowo nazywa się kategoria, o której mówimy) odnoszą się do wszystkich osób zatrudnionych na umowach o pracę – również tych w sektorze publicznym, jak i tych pracujących w najmniejszych firmach. Jest to o tyle istotne, że miesięczne czy kwartalne dane GUS o średniej krajowej ograniczają się do etatowców w przedsiębiorstwach zatrudniających powyżej 9 osób.
Pensje rosną, nawet jeśli uwzględnimy inflację
To teraz przyjrzyjmy się kwestii drożyzny. Bardzo często pod artykułami na temat wzrostu zarobków pojawiają się komentarze, które kontrują informacje o podwyżkach pensji faktem wzrostu cen. W ten sposób część osób próbuje dowieść, że podwyżki są de facto iluzoryczne. Główny Urząd Statystyczny bierze również na to poprawkę i co roku publikuje informacje o tak zwanym realnym wzroście wynagrodzeń. Realnym, czyli właśnie skorygowanym o podwyżki cen na sklepowych półkach.
Oczywiście w najnowszej historii nie zawsze mieliśmy do czynienia z realnym wzrostem płac. Zdarzały się lata, kiedy Polacy odczuli spadek realnych wypłat. Ale takich okresów od przełomu 1989 było stosunkowo niewiele. Cechował się nimi najcięższy pierwszy okres transformacji. Od 1990 do 1993 roku zarabialiśmy coraz mniej i mniej. Przez ten czas siła nabywcza naszych pensji spadła o ponad jedną trzecią.
Od tamtego czasu taki scenariusz zrealizował się tylko raz – w 2022 roku, w szczycie inflacyjnym. Wtedy rzeczywiście płace nie nadążały za wzrostem cen. Jednak już w 2023 roku w porównaniu do 2022 mieliśmy rachityczny, ale dodatni bilans wzrostu płac realnych (o 1,6 proc.). Oznaczało to, że w 2023 roku zarabialiśmy realnie mniej więcej tyle, ile w 2021.
Kolejny rok oznaczał rekordowe podwyżki "nadganiające" inflacyjne zawirowania – realne płace wzrosły o 9,3 proc. W potransformacyjnej historii Polski wynagrodzenia nigdy nie rosły tak szybko. Było to związane i z rekordowymi podwyżkami minimalnej krajowej, i z dużymi podwyżkami dla budżetówki rekompensującymi lata stagnacji. Był to więc rok, w którym do rekordowych podwyżek w dużej części dołożyło się państwo.
I tu dochodzimy do kwestii realnego wzrostu wypłat w 2025 roku względem roku 2024. Wyniósł on 5,5 proc. I z pominięciem wspomnianego roku 2024 był to największy wzrost płac od 2008 roku. W całym okresie od 1989 roku tylko 3 razy mieliśmy do czynienia z wyższymi podwyżkami – w 1997, 2008 oraz wspomnianym 2024 roku (natomiast w 1996 i 2007 roku mieliśmy podwyżki na poziomie 2025 roku - przyp. red.).
Wskaźnik rocznych przeciętnych miesięcznych wynagrodzeń realnych brutto w gospodarce narodowej:
Podwyżki w większości gałęzi gospodarki
Żeby było ciekawie, kiedy przyglądamy się poszczególnym sektorom, to nie widać wyraźnie zarysowujących się koni pociągowych tego wzrostu. I tu również dwa słowa o metodologii. Główny Urząd Statystyczny wyróżnia w swoich opracowaniach 15 sektorów gospodarki. Znajdują się w nich między innymi: rolnictwo i leśnictwo, górnictwo, przetwórstwo przemysłowe, budownictwo, handel, zakwaterowanie i gastronomia, IT. GUS podaje również informacje o wzroście płac w tych sektorach. Nie mapuje jednak wszystkich zatrudnionych, tylko tych pracujących w przedsiębiorstwach (odpada więc administracja) zatrudniających powyżej 9 osób. Ma więc oko na około 9,5 mln etatowców. Tymczasem w Polsce pracuje nieco ponad 17 mln osób.
Rzeczywiście istnieje kilka branż, w których podwyżki były bardzo wysokie. Na przykład w sektorze "rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo" płace rok do roku wzrosły o absurdalne wręcz niemal 37 proc. To jednak nie tłumaczy podwyżek w całej gospodarce, ponieważ w tym sektorze zatrudnionych jest zaledwie nieco ponad 32 tys. osób, z czego 25 tys. to pracownicy Lasów Państwowych. Wystarczy więc, że największa firma podciągnie pensje zauważalnie w górę i przekłada się do na odczyt całego sektora.
W większości gałęzi gospodarki płace nominalne jednak rosły w przyzwoitym tempie – we wszystkich, z wyjątkiem górnictwa, podskoczyły o co najmniej 6 proc. (zazwyczaj więcej).
Z pewnością do wzrostu wynagrodzeń dołożyła się niemała nominalna podwyżka płacy minimalnej na poziomie 8,5 proc. Znów więc państwo dorzuciło się do wzrostu dobrobytu obywateli.
Czy trend będzie kontynuowany? I tak, i nie. Z jednej strony niemal na pewno pensje w 2026 roku będą wyższe niż w 2025. Również realnie, czyli z korektą o inflację. Oczywiście przy założeniu, że nie będziemy mieć do czynienia z kolejnym czarnym łabędziem. Miejmy jednak nadzieję, że wyczerpaliśmy limit pecha na kolejną dekadę. Wzrost nie będzie prawdopodobnie tak gwałtowny jak w zeszłym roku. Wiemy, że nie dołoży się do niego choćby płaca minimalna, która w tym roku podskoczyła w porównaniu do roku poprzedniego o ledwie ponad 3 proc. Co nie wystawia zbyt dobrej oceny kierowanemu przez Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk, lewicową przecież polityczkę, resortowi pracy.
Autorem jest Kamil Fejfer, dziennikarz piszący o gospodarce, współtwórca podcastu i kanału na YouTube "Ekonomia i cała reszta"