Więcej progów podatkowych w Polsce? Czas o tym poważnie porozmawiać [OPINIA]
Powinniśmy rozważyć wprowadzenie większej liczby progów podatkowych. Może powinniśmy ulżyć nieco tym "trochę powyżej średniej", ściąć drugi próg ze wspomnianych 32 proc. np. do 20 proc. i zostawić go jako "ogniwo pośrednie" między tymi umiejscowionymi na dole drabiny i tymi naprawdę wysoko - proponuje w opinii dla money.pl dziennikarz ekonomiczny Kamil Fejfer.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Według "Dziennika Gazety Prawnej" w 2024 r. niemal 2 miliony Polaków "załapało się" na drugi próg podatkowy, czyli osiągnęło dochód powyżej 120 tys. zł brutto. Nie mamy jeszcze danych za rok 2025, możemy jednak zakładać, że było to co najmniej o kilkaset tysięcy podatników więcej. Tymczasem w roku 2022, czyli w momencie "waloryzacji" progów było to 800 tys. pracowników. Skąd ten wzrost? Wynika on po pierwsze ze zwiększenia się naszych dochodów, a po drugie z mrożenia samego progu. Coraz częściej pojawiają się głosy, że powinniśmy go podnieść. Zwłaszcza, że za 2-3 lata wyższe podatki zaczną płacić osoby zarabiające… średnią krajową.
Zacznijmy od podstaw. W polskim systemie podatkowym obowiązuje kwota wolna od podatku do 30 tys. zł. Każda osoba, która uzyskała w danym roku dochód do wspomnianej wysokości środków nie zapłaci żadnego podatku (ale odprowadzi składki). Od dochodów mieszczących się w przedziale 30 tys. zł brutto - 120 tys. zł brutto płacimy 12 proc. podatku – właśnie to nazywane jest pierwszym progiem podatkowym. Drugi próg zaczyna się od wspomnianych 120 tys. zł dochodu rocznie. Od środków powyżej tej kwoty (i tylko od nich, a nie od całości dochodu, jak sądzą niektórzy) zapłacimy fiskusowi 32 proc. daniny.
Kiedy ostatni raz podniesiono drugi próg podatkowy?
Mało kto pamięta, że w systemie obowiązuje jeszcze tzw. danina solidarnościowa, która obciąża dochody roczne powyżej miliona złotych podatkiem w wysokości 4 proc..
Drugi próg został "zwaloryzowany" w momencie wprowadzenia Nowego Ładu i zaczął obowiązywać od stycznia 2022 roku (został podniesiony z 85 tys. zł). Wtedy też średnia płaca wynosiła dokładnie 6346,15 zł brutto. Waloryzacja skali podatkowej ma swoje uzasadnienie we wzroście dochodów społeczeństwa. A przynajmniej jest to uzasadnione z perspektywy podatników. W 2024 roku średnia płaca w gospodarce wynosiła niemal 8200 zł brutto (wciąż czekamy na dane o średnim wynagrodzeniu za rok 2025), co dawało roczny dochód w wysokości nieco powyżej 98 tys. zł. Oznacza to, że gdyby drugi próg nie został podniesiony, to dzisiaj byłby nim objęte osoby zarabiające sporo mniej niż średnia krajowa.
Oczywiście to, co jest korzystne z perspektywy indywidualnego podatnika nie musi być korzystne z perspektywy rządzących. Dla tych drugich bardziej racjonalne jest "zamrożenie" progów podatkowych, ponieważ dzięki temu mogą oni uzyskać więcej wpływów do państwowej kiesy.
Jest to oczywiście grube uproszczenie. Tak naprawdę wpływy do budżetu są korzystne niemal dla wszystkich. Również dla tych, którzy chcieliby płacić możliwie niskie podatki. Wyższe daniny oznaczają bowiem więcej środków na drogi, mosty czy usługi publiczne takie jak szkoły, żłobki, policja, czy sprawna administracja. Te mogą być finansowane albo ze wzrostu gospodarczego, albo z długu, albo właśnie z podatków. Na opodatkowaniu – wbrew temu, co wielu osobom może się wydawać, korzysta ogromna większość społeczeństwa. Nie wszystkich bowiem stać na to, żeby dzieci posyłać do prywatnych szkół i wynajmować prywatnych ochroniarzy. W zasadzie niewielu na to stać.
Kwestią jest więc nie to, żeby podatki były jak najniższe. Kwestią jest, żeby były możliwie najmniej uciążliwe. A to oznacza, że daniny płacone przez najbiedniejszych powinny być proporcjonalnie do dochodu możliwie niewielkie. A najwyższe daniny powinni płacić najzamożniejsi – ci, którzy mają i tak duże dochody i bardzo wygodne życia. To sedno tak zwanej progresji podatkowej, koncepcji, która jest stosowana od dekad (ze sporym powodzeniem) w ogromnej większości krajów rozwiniętych.
Zgrzyt
I właśnie tu pojawia się pewien zgrzyt w kontekście naszego II progu podatkowego. Spójrzmy na liczby. Wspomniałem, że kiedy rozwiązanie było wprowadzane to średnia płaca w gospodarce nie dobijała nawet 6350 zł brutto. Aby przekroczyć II próg należało zarabiać więcej niż 10 tys. zł brutto miesięcznie. Granica progu była więc wyższa niż średnia krajowa o 58 proc.
Jak wspomniałem nie mamy wciąż danych na temat przeciętnego wynagrodzenia w 2025 roku. Możemy je jednak ostrożnie wyestymować. Główny Urząd Statystyczny systematycznie informuje o miesięcznej średniej krajowej. Najświeższe dane odnoszą się do sierpnia 2025 roku. Przeciętne wynagrodzenie wynosiło wtedy dokładnie 8827 zł brutto. Możemy je porównać z analogicznym miesiącem 2024 roku i wyliczyć jaki przez ten czas był średni wzrost płac. Wyniósł on około 8 proc. Załóżmy więc ostrożnie, że płace w całej gospodarce w roku 2025 wzrosły względem roku 2024 tak jak urosły sierpień do sierpnia. To by oznaczało, że średnia krajowa za ubiegły rok wyniosła około 8850 zł brutto miesięcznie.
To z kolei oznacza, że granica załapania się na II próg była wyższa od średniej o… 13 proc. Mało tego. Jak wyliczałem dla Money.pl przeciętne miesięczne wynagrodzenie dobije do 10 tys. zł (a więc do poziomu załapania się na wyższe opodatkowanie) w okolicach 2028 roku.
Pójdźmy dalej – od momentu wprowadzenia nowego ładu do dzisiaj średnia płaca wzrosła o około 40 proc. W tym samym czasie skumulowana inflacja wyniosła około 30 proc. Jeżeli wysokość II progu rosłaby razem ze średnią pensją to dzisiaj 32 proc. płacilibyśmy od niemal 170 tys. rocznie. Czy więc II próg powinien być podniesiony? Cóż, on będzie musiał być podwyższony. I to prawdopodobnie już niedługo.
Jak zmienić system podatkowy?
Być może warto przy okazji zastanowić się nad nieco bardziej rozbudowaną koncepcją skali podatkowej. Po pierwsze przydałby się jakiś mechanizm automatycznej waloryzacji. Dzisiaj podwyższanie progów podatkowych zależy od widzimisię polityków. Tymczasem może wysokość opodatkowania powinna być współbieżna do wzrostu dochodów – kiedy średnia płaca rośnie od 20 proc. to z automatu również podwyższamy progi. Mogłoby to się również odbywać w inny sposób – na przykład adekwatnie do umiejscowienia na rozkładzie dochodowym. Kwota wolna mogłaby być tożsama z dochodami na poziomie dwunastokrotności minimalnej krajowej. Kolejne progi byłyby "zaczepione" na kolejnych szczeblach rozkładu.
I tu dochodzimy do kwestii drugiej - powinniśmy rozważyć wprowadzenie większej liczby progów podatkowych. Może powinniśmy ulżyć nieco tym "trochę powyżej średniej" i ściąć drugi próg ze wspomnianych 32 proc. np. do 20 proc. i zostawić go jako "ogniwo pośrednie" między tymi umiejscowionymi na dole drabiny i tymi naprawdę wysoko.
Dla kogo 32 proc. podatku?
Wtedy 32 proc. (lub próg o zbliżonej wartości) mogłoby być zarezerwowane dla wyższych rewirów klasy średniej (na przykład dla górnego decyla dochodowego). A na samej górze moglibyśmy dodać jeszcze jeden szczebelek na poziomie ponad 40, albo ponad 50 proc. np. na poziomie wejścia do grona 2-3 proc. najlepiej zarabiających.
Czy taki pomysł wydaje się rodem z komunistycznych snów? Cóż, jeżeli tak, to w takim razie znaczna większość krajów starego kontynentu realizuje taki właśnie koszmar. Według Tax Foundation niemal wszystkie państwa zachodu i północy Europy mają górne stawki podatków od osób fizycznych zaczepione na poziomie co najmniej 45 proc.
Autorem jest Kamil Fejfer, dziennikarz piszący o gospodarce, współtwórca podcastu i kanału na YouTube "Ekonomia i cała reszta"