Jazda bez trzymanki. Wszyscy jesteśmy na wojnie informacyjnej. I przegrywamy [OPINIA]

Michał Wąsowski
Tucker CarlsonTucker Carlson (na zdjęciu) postraszył Amerykanów mrocznym scenariuszem
Źródło zdjęć: © GETTY | Velishchuk, J. Raedle, A. Widak, A. Altun

W minionych dniach wybory midtermowe w USA oraz sytuacja pod Trybunałem Konstytucyjnym w Polsce pokazały jasno, jak bardzo jako społeczeństwo nie panujemy już nad dezinformacją i fejkami. Szczególnie w Stanach, gdzie część Amerykanów dosłownie spodziewała się nuklearnej zagłady. Ale w Polsce, przy okazji awantury o TK, było niewiele lepiej.

Wirtualna Polska dołącza do akcji "Media Przeciw Dezinformacji". To wspólna inicjatywa społeczna redakcji radiowych, telewizyjnych, prasowych i internetowych, której celem jest budowanie społecznej odporności na dezinformację. Kampania pokazuje jej wpływ na codzienne życie, wyjaśnia mechanizmy manipulacji i podpowiada, jak rozpoznawać fałsz oraz na niego reagować.

W akcji uczestniczą: Wirtualna Polska, Grupa RMF, Telewizja Polsat, Interia, Polska Press, Wydawnictwo Bauer, Dziennik Gazeta Prawna, Press, Wirtualne Media oraz media zrzeszone w Stowarzyszeniu Gazet Lokalnych.

© Licencjodawca | Wirtualna Polska

Tucker Carlson wywołał panikę w USA

Poniedziałek, 2 listopada, 2:47 polskiego czasu. Jeden z najbardziej popularnych publicystów w USA, Tucker Carlson, niegdyś zagorzały zwolennik Donalda Trumpa, pisze na Twitterze: "Pod presją izraelskiego premiera Benjamina Netanyahu, administracja Trumpa może być o kilka dni od uruchomienia ataku nuklearnego na Iran". Carlson wskazuje, że celem miałby być kompleks w irańskich górach, gdzie mają trwać prace nad wzbogacaniem uranu.

Wpis Carlsona, kreślący bardzo mroczny scenariusz eskalacji, błyskawicznie obiega internet, a także część mediów. 400 tys. polubień, podany ponad 100 tys. razy, zbierający 29 tys. odpowiedzi. Szybko zaczyna żyć własnym życiem.

Profile z "niebieskim ptaszkiem" na X, czyli nazywane "zweryfikowanymi", a w rzeczywistości po prostu opłacające abonament, zaczynają nakręcać panikę.

Wskoczyłem w poniedziałek w tę króliczą norę i było to mocne doświadczenie. Straszenie atakiem nuklearnym, odwetem, Rosją, wreszcie – III wojną światową, powszechną wojną nuklearną. Zachęcanie do tworzenia zapasów jedzenia, wody, broni, wszystkiego. Zdjęcia pustych półek w amerykańskim markecie Costco. Relacje z rzekomo "wielkich kolejek" w sklepach i tłumów, które mają masowo kupować wodę i trwałe produkty żywieniowe, takie jak ryż czy makaron.


WIDEO
Ma 4 tysiące sklepów. Nikt go nie rozpoznaje. "To jest luksus"

Jak Amerykanie bali się nuklearnej zagłady

Do tego, z drugiej strony, uaktywniły się liczne konta bazujące na strachu przed cyberatakami. Ostrzeżenia, że zaraz wypłyną wszystkie nasze dane, jakie kiedykolwiek zamieściliśmy w sieci. Fałszywe doniesienia o wyłączeniach sieci elektrycznych, elektrowni. I liczne wpisy anonimowych profili, które stosują ten sam schemat: "jestem ekspertem z 20-letnim doświadczeniem w cyberbezpieczeństwie/służbach/wojsku/policji itd., nigdy czegoś takiego nie widziałem, szykujcie się".

W skrócie: jeden wielki festiwal straszenia cybernuklearno-wojenną apokalipsą, która nadejdzie już we wtorek. W tym chaosie nie ma możliwości ocenić, czy ktoś mówi prawdę, czy zdjęcie, które pokazuje, jest prawdziwe. Po wnikliwej analizie tekstu czy zdjęć widać, że część z nich jest generowana przez AI. Niektóre powtarzają się, są schematyczne. Ale jest ich tak dużo i są napędzane z jednej strony reakcjami botów, a z drugiej reakcjami zwykłych ludzi, że wszystko to jest poza jakąkolwiek kontrolą. Jeden wielki, dezinformacyjny kocioł, podlany paniką i strachem.

Fejki o Trybunale Konstytucyjnym

Na polskim podwórku, gdy w piątek wybuchła awantura pod Trybunałem Konstytucyjnym, było niewiele lepiej. Po platformie X szybko zaczęła krążyć fałszywa grafika, przedstawiająca przepychającego kobietę prezydenta Karola Nawrockiego. Podawali to dalej uznani publicyści, politycy. Polacy komentowali coś, co się nie wydarzyło.

Tymczasem Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa (NASK) zgłosiła do moderacji m.in. wpis wiceministra cyfryzacji Pawła Olszewskiego. Chodzi o publikację zawierającą wspomnianą grafikę. Obraz, przygotowany na podstawie kadrów z autentycznego nagrania przez aktywistę Barta Staszewskiego, rozpowszechniali również inni politycy, w tym Radosław Sikorski, który później usunął swój wpis.

NASK poinformował portal Zero.pl, że zgłoszenia wysłano 1 listopada, powołując się na zasady oznaczania materiałów zmodyfikowanych przez AI. Instytut nie przesądził jednak, czy publikacje stanowiły dezinformację. Olszewski, który kieruje rządowym Centrum Walki z Dezinformacją, wcześniej oświadczył, że nie zamierza usuwać grafiki, ponieważ odbiorcy mieli wiedzieć, że została wygenerowana przez AI.

Niektórzy mieli na tyle honoru, by przyznać się do błędu, przeprosić. Ale wiele osób się nie przejęło, że podało dalej fejka. Wpisy albo kasowali i udawali, że nic się nie stało, albo wręcz mówili, że może i to była fałszywka, ale przecież "prezydent wtargnął do Trybunału".

Nie chcę tych postów i wypowiedzi przytaczać, żeby kadry nie robiły kolejnej rundy po internecie. Powiem tylko: publicyści, komentatorzy, politycy – wstydźcie się.

Dezinformacja pojawiła się też w odniesieniu do policji. Jak opisywał PAP, chodziło o nieprawdziwe twierdzenia, że przed Trybunałem stacjonowali niemieccy policjanci.

Miały o tym świadczyć białe kaski funkcjonariuszy z sześciocyfrowymi oznaczeniami, które internauci porównywali do kasków hamburskiej Policji Gotowości (Bereitschaftspolizei). Jeden z takich wpisów uzyskał na platformie X 409 tys. wyświetleń.

"Choć hamburscy policjanci również noszą białe kaski, różnią się one oznaczeniami od polskich. Zgodnie z rozporządzeniem MSWiA z 19 grudnia 2024 r. funkcjonariusze polskich oddziałów prewencji noszą białe kaski z sześciocyfrowym znakiem identyfikacji indywidualnej. Takie oznaczenia widać na zdjęciach wykonanych przed TK. Z kolei kaski hamburskiej policji mają logo z przodu i dwucyfrowe oznaczenia po bokach" – wyjaśniał PAP.

Ale informacja poszła w świat. Kiedy już trafi na X i wpadnie w algorytm, który ją podbija, zaczyna żyć własnym życiem. Wychodzi poza X – zaczynają ją cytować na Facebooku, Instagramie, na TikToku. Po jednej stronie sporu krążą fałszywe grafiki z prezydentem, po drugiej – fałszywe oskarżenia o udział niemieckiej policji. Emocje sięgają zenitu. Wygranym tego chaosu jest zawsze tylko jeden: Rosja, dla której każdy społeczny ferment to pozytywny sygnał.

Dezinformacja poza kontrolą. Media walczą, ale big techy niezbyt

Piszę o tym, by pokazać jedną, kluczową rzecz: w mediach społecznościowych, szczególnie na X, dezinformacja jest już poza kontrolą.

W maju, podczas spotkania z polskimi przedsiębiorcami i przedstawicielami rumuńskiej administracji, zostałem zapytany właśnie o to: jak radzimy sobie w Polsce z dezinformacją, rosyjską propagandą, fake newsami. Odpowiedź była prosta: jako społeczeństwo sobie nie radzimy.

Media dziennikarskie – telewizje, radia, prasa, uznane portale internetowe takie jak Wirtualna Polska, Money.pl – starają się, jak mogą. Weryfikują, sprawdzają, trzymają się zasad. Czasem ktoś się potknie, ale co do zasady można ufać, że podają sprawdzone informacje.

Ale już media tożsamościowe – mocno powiązane politycznie, jawnie wspierające konkretne partie – nie wahają się podgrzewać emocji poza jakimikolwiek zasadami. Wkraczają wtedy w swego rodzaju szarą strefę pomiędzy informowaniem, manipulowaniem i dezinformacją.

Ich pracownicy puszczają na Twitterze niesprawdzone plotki, które "równie dobrze mogłyby być prawdziwe", ale czy są – okazuje się dopiero po czasie (i zwykle nie są). A np. telewizje z tej samej stajni podają to jako coś pewnego. Wszak odbiorca przyjmie wszystko, ważne jest stworzenie odpowiedniej narracji i atmosfery. To, że widz czy ich czytelnik został w gruncie rzeczy okłamany bądź zmanipulowany, nie ma żadnego znaczenia.

Najgorzej jednak jest właśnie w mediach społecznościowych: Twitter, Facebook, Instagram, TikTok. Big techy, oczywiście, opowiadają o swojej walce z fake newsami czy farmami botów. I faktycznie, coś tam robią, ale trzeba powiedzieć jasno: to, co tam się dzieje, jest absolutnie poza czyjąkolwiek kontrolą.

Jazda bez trzymanki. Politycy tylko wciskają gaz

Jeszcze kilka lat temu można było udawać, że być może uda się jakoś, nawet częściowo, to wyzwanie podjąć. Dzisiaj, w erze AI, zalewanie wszelkimi treściami: tekstowymi, wideo, grafikami jest prostsze niż kiedykolwiek wcześniej. I nie widzę szansy, żeby big techy to opanowały. A wspomniane wcześniej wydarzenia: wybory midtermowe w USA oraz awantura pod Trybunałem Konstytucyjnym w Polsce dobitnie pokazały, że w przypadku dezinformacji w social media możemy już tylko próbować wykonywać tzw. damage control.

W sierpniu 2024 r. pisałem o tym, że AI przekracza Rubikon realizmu w generowaniu obrazów i filmów. Dwa lata później trudno już, szczególnie na telefonie, odróżnić prawdziwe zdjęcia i wideo od sztucznych. Podkreślałem wówczas, że tak się stanie, bo postęp w rozwoju tych technologii jest błyskawiczny. I swoje zdanie podtrzymuję: musimy być mentalnie gotowi na dosłownie zalew dezinformacji w mediach społecznościowych.

Jedni będą to robić w celu zwiększenia zasięgów, inni – by zdobyć polityczne poparcie, jeszcze inni dla zabawy, by po prostu wystraszyć obywateli i wywołać chaos. Pośród tego nie brakuje profesjonalnych grup, które mają tworzyć i szerzyć konkretne narracje, służące np. Rosji czy Iranowi.

Dopóki nie nauczymy się w tym żyć, poruszać się, czeka nas jednak kilka lat jazdy bez trzymanki. Niestety, politycy, którzy powinni być na pierwszej linii frontu walki z dezinformacją, póki co – poza nielicznymi, chlubnymi wyjątkami – krótkowzrocznie pozwalają sobie na manipulowanie opinią publiczną, byle tylko zdobyć więcej lajków, uderzyć w oponenta i podbić notowania.

Trzymając się samochodowej metafory: nie tylko nie trzymają kierownicy, ale jeszcze dociskają gaz na zakręcie. Albo się opamiętają, albo wszyscy skończymy na przydrożnej latarni.

Wybrane dla Ciebie