Liczby nie kłamią: bezrobocie rośnie. "Stan ostrzegawczy, ale nie alarmowy"
Nie grozi nam sytuacja, w której co piąta osoba nie będzie miała pracy. Wykluczam scenariusz z tak wysoką stopą bezrobocia. Ale na rynku coś się zmienia i trzeba się temu przyglądać - mówi w wywiadzie dla money.pl Monika Fedorczuk, dyrektorka urzędu pracy w Warszawie.
- Warszawski urząd pracy przechodzi coś w rodzaju "małego kryzysu", a winne temu są co najmniej dwa powody - mówi money.pl Monika Fedorczuk.
- Ryzyko powrotu do bezrobocia w Polsce na poziomie 20 proc. jest właściwie żadne - ocenia szefowa stołecznego urzędu pracy.
- Ekspertka mówi też o tym, na co muszą przygotować się osoby poszukujące nowej pracy i co jest poważniejszym problemem od rosnącej stopy bezrobocia.
Tomasz Setta, dziennikarz money.pl: Przeżywacie w ostatnim czasie oblężenie?
Monika Fedorczuk, dyrektorka Urzędu Pracy m.st. Warszawy: Oblężenie może nie, ale coś na kształt małego kryzysu, wywołanego przez dwa czynniki: zmianę przepisów i zmianę na rynku pracy.
Dlaczego zarabiasz za mało? Ekspert wskazuje jeden nawyk
To po kolei, zacznijmy od zmiany przepisów. Rozumiem, że chodzi o nowe zasady rejestracji bezrobotnych?
Tak, ale umówmy się: możliwość rejestrowania rolników w urzędzie pracy właściwie nas nie dotknęła. Ale już możliwość rejestracji tam, gdzie się mieszka - a wcześniej decydujące było miejsce zameldowania - ta zmiana istotnie nas dotknęła, ponieważ w Warszawie mieszka dużo ludzi. Sporo ludzi tutaj pracowało bądź pracuje, albo po prostu uważa, że lepiej być zarejestrowanym w Warszawie ze względu na tutejszy rynek pracy.
To kwestie czysto formalno-prawne. Ale jest też drugi element: widzimy pewne zmiany na rynku pracy. Po pierwsze, wcale nie tak łatwo znaleźć nową pracę i mówimy tu o jakiejkolwiek pracy, a nie o pracy takiej samej bądź lepszej. Widzimy też rosnące trudności z wejściem na rynek pracy osób młodych. Procent młodych, którzy są w rejestrach bezrobotnych, rośnie. Efekt jest taki, że ledwo dyszymy, ale dajemy radę i robimy wszystko w terminach.
Pytam o to "oblężenie", bo mam przed sobą ostatnie dane Głównego Urzędu Statystycznego. A tam stopa bezrobocia w lutym na poziomie 6,1 proc. To najwięcej od prawie pięciu lat. Bezrobocie w całej Polsce rośnie właśnie z tych dwóch powodów: formalnych i strukturalnych?
Jeśli chodzi o siłę tych czynników, to mamy tu proporcje 1:3. "Jeden" to zmiana przepisów, a "trzy" to zmiany na rynku pracy. Umówmy się: jaki wpływ na wzrost bezrobocia może mieć to, że rolnicy mogą się teraz zarejestrować w Warszawie, Katowicach czy w Krakowie? Moim zdaniem ten wpływ jest zerowy. Widzimy natomiast dużo większą ostrożność pracodawców w zatrudnianiu. To jest kwestia tego, co się dzieje w gospodarce i w polityce międzynarodowej…
Przykład ostatnich dni doskonale pokazuje, że mało czego można dzisiaj być pewnym.
Tak, ale pamiętajmy, że to skumulowana niepewność, bo mieliśmy ją też w poprzednich latach. Chodzi o wysokie ceny energii, szybko rosnącą płacę minimalną. Teraz mamy jeszcze większą niepewność, ale też spowolnienie wynikające z sytuacji gospodarczej naszego głównego partnera (Niemiec - przyp. red.).
Nie widzę także żadnych istotnych inwestycji w Polsce, które mogłyby rozruszać gospodarkę. Nawet ten mityczny KPO nie ma takiego wpływu na rynek pracy, jakbyśmy chcieli.
To problemy po stronie pracodawców. A po stronie osób poszukujących zatrudnienia?
Powiem tak: część pracowników musi dostosować się, szczególnie ci "sektorowi". Mój dyżurny przykład to informatycy. Trochę to upraszczam, ale dla nich zmiana pracy to było zawsze: lepiej, lepiej, lepiej. Teraz ta branża może się nie załamała, ale widać hamowanie.
I teraz znowu: jeśli ktoś oczekuje, że wraz ze zmianą pracy będzie zwiększał swoje wynagrodzenie, zyskiwał nowe benefity, to może się rozczarować i ten proces szukania pracy będzie dłuższy. I albo skończy się zgodnie z oczekiwaniami, albo, niestety, dojdzie do sytuacji, kiedy pracownik będzie musiał obniżyć te oczekiwania.
Drugim elementem jest bezrobocie młodych. Widać, że w ich przypadku rosną bariery wejścia na rynek pracy. Mówimy o osobach, które nie mają doświadczenia, kończą szkoły i chcą rozpocząć pracę.
Z czego może to wynikać? Winna jest automatyzacja, czyli możliwość powierzenia pewnych prostych, rutynowych prac dla początkujących np. sztucznej inteligencji?
To jest jeden z elementów, bo w części branż rzeczywiście "wycięło" nam stanowiska juniorskie. Ale jest jeszcze druga rzecz. Kiedy pracodawca nie mógł pozyskać pracownika, to dotąd myślał sobie tak: wezmę juniora, włożę w niego pieniądze, podszkolę, zwiążę umowami, a potem liczę na pewną lojalność - na tyle, na ile to możliwe. Ale w momencie dużej niepewności pracodawca mówi w ten sposób: muszę zainwestować, ale nie wiem, czy ta inwestycja się zwróci.
W związku z tym pracodawcy, moim zdaniem, próbują inaczej podzielić zadania między już istniejących pracowników, dokładają im obowiązków, czasem nadgodzin, czasem też zmieniają formę zatrudnienia, ale bez konieczności inwestycji w pracownika.
I tu wracamy trochę do początku rozmowy. Niepewność blokuje różne inwestycje w biznesie: od tych "klasycznych", w dobra trwałe, po inwestycje w kapitał ludzki.
Ale to widać po firmach i po konferencjach HR-owych. Kiedyś mówiło się: zainwestuj w pracownika, zbuduj listę benefitów i tak dalej. A teraz coraz częściej pojawiają się słowa "optymalizacja", "skuteczność", "efektywność". Mniej mówimy o dobrostanie człowieka, a więcej o tym, jak to wszystko finansowo spiąć.
Wróćmy jeszcze na chwilę do liczb. W ostatnich latach przyzwyczailiśmy się do stopy bezrobocia w okolicach 5 proc., może nawet trochę poniżej. Teraz mamy ponad 6 proc. To jest powód, żeby bić na alarm?
Trzeba intensywnie przyglądać się sytuacji na rynku pracy. Przede wszystkim pamiętajmy, że ryzyko powrotu do bezrobocia na poziomie 20 czy 22 proc. jest właściwie żadne.
Mamy kurczące się zasoby pracy i nie widzę możliwości, żeby co piąta osoba nie miała pracy. Powiedziałabym, że stopa bezrobocia powyżej 5 proc. oznacza, że podchodzimy pod stan ostrzegawczy, ale nie jest to jeszcze stan alarmowy.
Poziom bezrobocia jest bardzo mocno zróżnicowany. Są powiaty, np. Szydłowiec na Mazowszu, gdzie ten wskaźnik sięga 20 proc., niezależnie od tego, co się dzieje. Z drugiej strony mamy duże miasta - Poznań, Wrocław, Kraków, Warszawa - gdzie to bezrobocie jest bardzo niskie, poniżej takich "książkowych" 2 proc.
Problem pojawia się tam, gdzie mamy obszary związane tylko z jedną branżą. Jeśli np. branża meblarska ma zakład w jednym powiecie, to zatrudnia tam bardzo dużo osób: na produkcji, w pracy biurowej. W momencie, kiedy taki zakład upada, ci ludzie nie mają alternatywy. Szczególnie, jeśli w grę wchodzi wykluczenie komunikacyjne.
I nawet jeśli w tym powiecie jest, powiedzmy, sklep wielkopowierzchniowy, to on nie zatrudni wtedy 600 czy 200 osób. I to jest chyba dużo ważniejszy problem niż to, że bezrobocie wzrosło nam o 0,1 punktu procentowego.
Ostatnia rzecz - zwolnienia grupowe. W ubiegłym roku to był bardzo głośny temat, mieliśmy wtedy rekordową liczbę zgłoszeń do urzędów pracy. Pracodawcy złożyli wnioski o zwolnienie łącznie blisko 100 tysięcy osób, finalnie było to niespełna 30 tysięcy.
To jest temat, któremu trzeba się przyglądać. W zeszłym roku mieliśmy dwie duże firmy, które zadeklarowały zwolnienie dużej liczby osób - mówię o Poczcie Polskiej i PKP Cargo. I nagle te słupki "wybiły", mieliśmy stan ostrzegawczy.
Tylko to, że firma deklaruje zwolnienie określonej liczby osób, wcale nie oznacza, że tylu pracowników zwolni. Nasze doświadczenia są takie, że takich zwolnień jest z reguły mniej. Pamiętajmy też, że część osób ujętych w tego typu statystykach to osoby do zwolnienia, a w przypadku części pracowników będą zmieniane warunki pracy.
W Warszawie z dużą uwagą obserwujemy takie firmy, gdzie w wyniku zwolnień pracownicy będą mieli trudność ze znalezieniem nowego zatrudnienia, bo zamyka się dany sektor.
Czasem, kiedy jeden pracodawca zwalnia, inni zamieniają w swoich firmach umowy o pracę na kontrakty rozluźniają w ten sposób relacje z pracownikami. W efekcie, nawet jeśli nie ma zwolnień grupowych, to i tak liczba pracowników zmniejsza się.
W takich sytuacjach zwolniona osoba musi przejść - jak to ładnie mówimy - cały proces "reskillingu", czyli nabycia nowych kompetencji. Tak naprawdę musi ona też czasami przewartościować swoje przekonania na temat pracy. A to jest często bardzo trudne.
Rozmawiał Tomasz Setta, dziennikarz money.pl