Nie każde zlecenie to "śmieciówka". Ale rośnie ich liczba [OPINIA]
Niskie bezrobocie nie powoduje, że zmniejsza się odsetek osób pracujących na umowach-zleceniach. A tak przecież powinno się dziać na rynku pracownika – pisze w opinii dla money.pl Kamil Fejfer, dziennikarz piszący o gospodarce. I podkreśla, że to dowód na potrzebę reformy PIP, wbrew temu, co mówił o niej w styczniu premier.
Na polskim rynku pracy wciąż bardzo wiele wskaźników pozostaje na satysfakcjonującym poziomie. Wbrew temu, co można niekiedy przeczytać w medialnych nagłówkach, tak też jest z bezrobociem. Istnieje jednak przynajmniej jeden obszar, który wyraźnie niepokoi. Chodzi o wzrost liczby osób zatrudnionych na umowach-zleceniach.
Według danych GUS ludzi pracujących w tej formie w czerwcu 2025 roku (najświeższe dane) było niemal 1,5 mln. To też pokazuje, jak potrzebne jest wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy. I przeczy stanowisku Donalda Tuska ze stycznia, kiedy to, sprzeciwiając się pierwszej wersji reformy PIP, mówił o "przesadnej władzy urzędników" w tworzeniu relacji zatrudniający-pracownik. Dzisiaj, co widać po wspomnianych statystykach, taką władzę realizują pracodawcy.
Nowe dane o bezrobociu w Polsce. I sposób liczenia
Zanim przejdziemy dalej, powiedzmy kilka słów o zasygnalizowanym bezrobociu. W mediach ostatnio głośno jest o tym, że jego poziom w lutym osiągnął rekordowe 6,1 proc., co miałoby się przekładać na ponad 950 tys. osób bez pracy. Należy jednak pamiętać, że jest to tak zwane bezrobocie rejestrowane. A miara ta jest wadliwa. Oddaje ona liczbę ludzi zarejestrowanych w urzędach pracy. Tymczasem część z nich realnie pracuje, ale pozostaje zarejestrowana w celu uzyskania ubezpieczenia zdrowotnego.
Piloci i stewardessy na umowach B2B. "Rozwiązanie co najmniej kuriozalne"
Mało tego, w czerwcu zeszłego roku mieliśmy do czynienia ze zmianami w sposobie rejestrowania bezrobotnych. Od tamtego czasu w PUP-ach można się zapisywać według miejsca zamieszkania, a nie zameldowania. Jako bezrobotni mogą się zgłaszać również rolnicy posiadający gospodarstwo większe niż 2 ha.
Resort pracy szacuje, że sama zmiana procedur podbiła liczbę osób zapisanych w PUP-ach o około 100 tys. Jeżeli rzucimy okiem na liczbę zarejestrowanych bezrobotnych w poprzednich latach i odejmiemy od najnowszego odczytu (przypomnijmy – około 950 tys. osób) wspomniane 100 tys., to okaże się, że z bezrobociem w zasadzie nic się nie dzieje. Gdyby nie reforma, to mielibyśmy mniej więcej tyle samo bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach, co w lutym 2025, 2024 i 2023 roku.
Lepsza miara bezrobocia
Lepszym wskaźnikiem niż bezrobocie rejestrowane jest tak zwane bezrobocie według BAEL. Jest to akronim od dużego, ankietowego Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności przeprowadzanego przez Główny Urząd Statystyczny. Według tej miary bezrobocie w naszym kraju wynosi 3,2 proc. I wciąż pozostaje na jednym z najniższych poziomów w historii.
Niskie bezrobocie nie powoduje jednak, że zmniejsza się odsetek osób pracujących na umowach-zleceniach. A tak przecież powinno się dziać na rynku pracownika. Ba, liczba osób tak zatrudnionych rośnie! Przypomnijmy, że zatrudnianie "na zlecach" jest jednym ze sposobów omijania kodeksu pracy. Osoby na zleceniach nie mają na przykład prawa do urlopu, zwolnienia chorobowego, najczęściej nie mają też okresu wypowiedzenia.
Kiedy umowa-zlecenie omija prawo?
Oczywiście, nie każda umowa-zlecenie jest omijaniem prawa. Stosunek pracy ma miejsce wtedy, kiedy zadania zawodowe są wykonywane na rzecz pracodawcy, pod nadzorem, w określonych godzinach oraz w określonym miejscu. Już z tych przesłanek można wywnioskować, że spora część "zleców", o których informuje GUS, de facto powinna być kodeksowymi umowami o pracę.
W danych Głównego Urzędu Statystycznego znajdziemy informacje o osobach zatrudnionych na zleceniach z rozbiciem na branże. Najliczniej reprezentowanym sektorem jest "działalność w zakresie usług administrowania i działalność wspierająca". Pod tą kategorią mieszczą się w dużej mierze agencje zatrudnienia. Ponad 300 tys. osób na zleceniach pracuje właśnie w tym segmencie rynku.
Dalej jest handel, przetwórstwo przemysłowe i opieka zdrowotna (po 150 tys. osób). Trudno się spodziewać, że w sklepie, w fabryce albo w szpitalu ktoś wykonuje zlecenia. To jest książkowe kodeksowe zatrudnienie, które jest obchodzone metodą "na zlecenie".
Jak wskazuje Polski Instytut Ekonomiczny, liczba osób zatrudnionych w ten sposób rośnie od wspomnianego 2023 roku. Wtedy pracujących jedynie w oparciu o umowę zlecenia było nieco ponad 1,3 mln. Oznacza to 15-procentowy wzrost w niecałe trzy lata.
Problem dla obcokrajowców
Problemem szczególnie dotknięci są obcokrajowcy. Niemal jedną trzecią wszystkich wykonujących umowy zlecenia stanowią właśnie przybysze zza granicy. Jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że w naszym kraju legalnie pracuje około 1,1 mln cudzoziemców, to oznacza, że na zleceniach pracuje ponad 40 proc. z nich.
Wynika to z prostego faktu – są to pracownicy o najniższej sile przetargowej na rynku. Często gorzej posługują się językiem polskim, mniej znają przepisy, znacznie rzadziej posiadają siatkę zabezpieczeń społecznych i finansowych, którymi dysponujemy my – miejscowi.
Tu zróbmy krok wstecz i powiedzmy, że nie każda pozakodeksowa forma zatrudnienia jest śmieciówką. Fikcyjne samozatrudnienie, nawet jeśli nie jest do końca legalne, często jest korzystne zarówno dla zatrudnionego, jak i zatrudniającego. Nierzadko osoby pracujące w formie B2B to specjaliści w swoich dziedzinach, którzy uciekają przed progresją podatkową w preferencyjne opodatkowanie, jakie dają jednoosobowe działalności gospodarcze. Mają oni siłę przetargową, żeby wynegocjować sobie urlopy i płatne zwolnienia na wypadek choroby.
Ze śmieciówkami mamy do czynienia w sytuacji, w której beneficjentem innej niż umowa o pracę formy zatrudnienia jest jedynie pracodawca. A "uelastycznienie" dzieje się kosztem pracownika. I zazwyczaj z takimi przypadkami mamy do czynienia w przypadku zleceń. Widać to zresztą w kontekście wspomnianych branż. Jako żywo, ani agencje zatrudnienia, ani handel, ani przetwórstwo przemysłowe nie są miejscami, gdzie zarabia się 15 tys. zł brutto miesięcznie lub więcej.
Nie bez powodu więc prawie 70 proc. Polaków pytanych przez CBOS jest zdania, że uelastycznienie zatrudnienia jest częściej "narzucane przez pracodawców". Jedynie 22 proc. respondentów jest zdania, że to pracownicy wybierają tego typu formy pracy sami.
Premier Donald Tusk nie miał racji
I tu wracamy do słów Donalda Tuska, który mówił o pierwszym projekcie reformy Państwowej Inspekcji Pracy, że jest to "przesadna władza dla urzędników" w kreowaniu sposobów zatrudnienia. Przypomnijmy, że w pierwszej wersji przepisów inspektorzy pracy mieli mieć władzę zamiany "śmieciówki" na etat, kiedy zauważyliby, że wykonywana praca wyczerpuje znamiona kodeksowego stosunku pracy. Jeżeli to nie urzędnicy mają ową "władzę", to mają ją pracodawcy. Zwłaszcza nad bardziej wrażliwymi grupami: osobami młodymi, ludźmi gorzej wykształconymi czy migrantami.
Obecnie na biurku prezydenta leży nieco złagodzona wersja ustawy reformującej PIP. Zgodnie z nowymi regulacjami inspektor pracy, jeśli stwierdzi nieprawidłowości, będzie miał możliwość wydania polecenia dostosowania formy zatrudnienia do obowiązujących przepisów (po konsultacji z pracodawcą i pracownikiem). Jeśli polecenie nie zostanie wykonane, okręgowy inspektor pracy będzie mógł wszcząć postępowanie administracyjne, które może zakończyć się przekształceniem umowy w etat.
W porównaniu do poprzedniej wersji jest to więc dodanie kilku "szczebelków" na drodze do realizacji prawa pracy. Lepsze jednak takie rozwiązanie niż niezobowiązujące sugestie. Trudno inaczej nazwać obecnie obowiązujący rygor prawny, biorąc pod uwagę wzrost liczby osób przymuszanych do pracy na zleceniach.
Autorem jest Kamil Fejfer, dziennikarz piszący o gospodarce, współtwórca podcastu i kanału na YouTube "Ekonomia i cała reszta".