W październiku lekarze podejrzewali lub diagnozowali grypę u 12 tysięcy Polaków dziennie. Jak co roku w okresie jesiennym liczba zachorowań lawinowo wzrasta, a wirus pustoszy nie tylko organizm, ale również gospodarkę. Co roku tracimy przez niego około 1,5 miliarda złotych, a niekiedy kwota ta wzrasta do ponad 4 miliardów.
Grypa jest chorobą sezonową, ale wbrew powszechnemu przekonaniu nie pojawia się tylko w chłodniejszych miesiącach, ale przez cały rok. - Sezon epidemiczny, zgodnie z wytycznymi WHO, zaczyna się 1 października i kończy się 30 września następnego roku - wyjaśnia w rozmowie z money.pl prof. Lidia Brydak, kierownik Krajowego Ośrodka ds. Grypy w Warszawie, jednego ze 142 na świecie.
Istotnie, wraz z rozpoczęciem października lawinowo wzrasta liczba zachorowań i podejrzeń choroby wśród Polaków. W pierwszych trzech tygodniach tego miesiąca lekarze przyjęli ponad 250 tysięcy osób z objawami pasującymi do grypy. To oznacza, że każdego dnia było takich ludzi ponad 12 tysięcy.
To niewiele więcej niż 12 miesięcy temu, ale już dużo więcej niż dwa i trzy lata wstecz. Wtedy przez cały październik takich osób było odpowiednio 246 i 179 tysięcy.
Tegorocznemu październikowi daleko jednak do rekordu ostatnich lat. Najmocniej grypa szalała w styczniu 2013 roku, kiedy to podejrzewano lub zdiagnozowano ją u ponad 777 tysięcy Polaków. To daje średnią prawie 25 tysięcy osób na dzień. Z danych publikowanych przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego wynika jednak, że z roku na rok liczby te są coraz większe.
Prof. Lidia Brydak nie kryje jednak sceptycyzmu, widząc takie zestawienia. - Takie porównania są bezzasadne, przede wszystkim ze względu na fakt, że liczby podawane przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego - Państwowy Zakład Higieny dotyczą nie tylko faktycznych zachorowań, ale też ich podejrzeń - tłumaczy. - W tym samym czasie krąży również około 200 wirusów oddechowych, często mylonych z grypą.
Ile nas to kosztuje?
Choroba nie tylko sieje spustoszenie w organizmie, ale również negatywnie wpływa na gospodarkę. Kwota, którą Polska traci przez grypę, zależy oczywiście od liczby chorych. Większa zatem będzie, gdy będziemy mieli do czynienia z prawdziwą epidemią wirusa, a mniejsza, gdy liczba zachorowań jest niższa niż zwykle.
Kiedy można zatem mówić o epidemii? Wcale nie chodzi tutaj o podawanie konkretnych liczb, przed czym przestrzega prof. Brydak. - Epidemią możemy nazwać wzrost zachorowań na daną jednostkę chorobową, znacznie przewyższającą poprzednie sezony - wyjaśnia. - Epidemie grypy są więc co sezon, ale z różnym nasileniem. Z tym że dane Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego, powtarzam, dotyczą również podejrzeń grypy i chorób wywoływanych przez wirusy grypopodobne.
Próbę oszacowania strat dla gospodarki z tytułu zachorowań na grypę podjęła firma EY w raporcie "Grypa i jej koszty w Polsce". Jeśli mowa o kosztach, to można je rozumieć na przykład jako wynagrodzenia lekarzy, którzy grypę diagnozują czy wydatki na lekarstwa. Te są jednak trudne do oszacowania z kilku względów.
"Duża część kosztów jest generowana w podstawowej opiece zdrowotnej, gdzie pacjenci zgłaszają się z objawami choroby. Pojedyncze wizyty nie są wyceniane w ramach Podstawowej Opieki Zdrowotnej. Ponadto nie ma statystyk wyceniających zakupy leków w handlu detalicznym, których dokonano w związku z zachorowaniami na konkretną chorobę. Trzecią przyczyną trudności w oszacowaniu bezpośrednich kosztów grypy jest niewystarczająca ilość informacji publikowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia odnośnie do kosztów leczenia chorób według szczegółowych kategorii" - czytamy w raporcie.
Na drugiej stronie dowiedz się, ile polską gospodarkę kosztuje każdy chory na grypę
Każda choroba wiąże się jednak również z kosztami pośrednimi, które jeszcze bardziej dotykają gospodarkę. Do najpopularniejszych należy nieobecność w pracy (ze względu na chorobę własną lub np. dziecka), a jeśli już chory pracownik pojawi się w niej, to jest znacznie mniej wydajny, niż gdyby był w pełni sił. Czasami powikłania prowadzą też do trwałej niezdolności do pracy, przez co choremu należy się renta. W skrajnych przypadkach natomiast, w wyniku powikłań może dojść nawet do śmierci chorego.
Przy optymalnym scenariuszu, gdy liczba zachorowań utrzymuje się na względnie stałym poziomie, grypa co roku kosztuje nas około 1,5 miliarda złotych. Z drugiej strony, gdy liczba chorych znacząco wzrasta i jest na tyle duża, że można już mówić o epidemii, to lawinowo rosną również straty. Wtedy bowiem można już mówić o kosztach rzędu 4 miliardów złotych.
Z kolei przy stosunkowo niskiej zachorowalności gospodarka traci w ten sposób około 800 milionów złotych rocznie. W 2011 roku przez choroby straciliśmy 2,6 miliarda złotych, a Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego odnotował niespełna 1,2 miliona zachorowań. Na każdą chorobę przypada więc ponad 2300 złotych strat dla gospodarki, a na każdy dzień grypy - 6 złotych od osoby.
Co się składa na tę kwotę? Przede wszystkim nieobecność pracownika w pracy i związane z tym opóźnienia lub koszty zatrudnienia zastępstwa. Rzadziej zdarza się, że pracownik zostaje w domu ze względu np. na chorobę dziecka.
Choroby to zatem spory problem dla pracodawców. - Wiem, że firmy przygotowują się na to, że w okresie jesienno-zimowym liczba nieobecności pracowników zdecydowanie wzrasta - twierdzi Jeremi Mordasewicz, ekspert Konfederacji Lewiatan, zrzeszającej przedsiębiorców i pracodawców. - Przede wszystkim inaczej podchodzą do planowania zadań i często mają więcej ludzi, którzy mogliby zastąpić innych w razie choroby.
Pracodawcy mają również inne sposoby na to, by sprawić, że grypa nie zdezorganizuje pracy w przedsiębiorstwie. - Coraz powszechniejsze stają się wykupowane pakiety medyczne dla pracowników, żeby nie musieli długo czekać na wizytę u lekarza. Ponadto wielu pracodawców funduje również szczepienia przeciwko grypie - tłumaczy Mordasewicz i zaznacza, że Konfederacja Lewiatan nie prowadzi szczegółowych statystyk, dotyczących liczby takich pracodawców.
Nie wszyscy jednak decydują się, żeby iść na zwolnienie i mimo wirusa pojawiają się w pracy. Takie podejście jednak również kosztuje, bo chory pracownik pracuje znacznie mniej wydajnie, co wiąże się w najlepszym wypadku (przy roku bez epidemii) ze stratą dla gospodarki rzędu 280 milionów złotych rocznie.
Dużo rzadziej, w wyniku powikłań pogrypowych, zdarza się trwała niezdolność do pracy i konieczność wypłacania renty, która kosztuje nas co roku około 80 milionów złotych lub śmierć pracownika (ok. 100 milionów).
Szczepienie lekiem na całe zło?
Zdaniem prof. Lidii Brydak, sposobem na walkę z grypą powinny być przede wszystkim szczepionki. - Każdy, kto mówi o tym, że szczepionki nie działają lub są szkodliwe, jest kompletnym ignorantem - twierdzi ekspert i za przykład podaje światowe pandemie XX wieku: tzw. hiszpanki w latach 1918-1919 (zginęło od 50 do 100 mln ludzi) i grypy azjatyckiej w latach 50. (od 1 do 4 mln zgonów).
- Podczas tej drugiej pandemii nikt nie kwestionował skuteczności szczepionek, wyprodukowanych po raz pierwszy w 1941 roku. Poza tym, ciekawa jestem, czy przedstawiciele ruchów antyszczepionkowych pokryją koszty leczenia osób, które się nie szczepiły i cierpią na powikłania pogrypowe - zastanawia się prof. Brydak.
Ekspert podaje również za przykład inne kraje, w których szczepienia dla niektórych pracowników są wręcz obowiązkowe. - We Francji czy w Stanach Zjednoczonych nikt nie dopuści pracownika służby zdrowia do pracy, jeżeli nie będzie miał ważnego szczepienia przeciwko grypie - mówi prof. Lidia Brydak. - I nie ma przy tym znaczenia, czy jest to szanowany pracownik naukowy, lekarz, pielęgniarka czy sanitariusz.
Przeciwnicy szczepionek twierdzą natomiast, że to tylko metoda na zarobek dla firm farmaceutycznych. - Nie sposób zgodzić się z takim argumentem - odpowiada Monika Wróbel-Harmas, rzeczniczka Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego - Państwowy Zakład Higieny. - Szczepionka kosztuje około 30 złotych, a za leki na grypę często trzeba zapłacić więcej. Gdyby firmy farmaceutyczne chciały tylko zarabiać, to wręcz odwrotnie, zależałoby im na jak największej liczbie chorych.
DLA CIEBIEPrzetestował setki zawodów. Który wybrałby na start? - Wojciech Kaczmarczyk II Pierwsza praca #4
W sezonie epidemicznym 2014-2015 zaszczepiło się przeciwko grypie tylko 3,55 proc. Polaków. Dlaczego ta liczba jest taka mała? - Jest wiele przyczyn takiego stanu rzeczy. Po pierwsze, pracownicy służby zdrowia w dużej mierze sami nie akceptują takiej formy profilaktyki - diagnozuje prof. Brydak. - Druga sprawa natomiast to fakt, że lekarze nie znają przepisów i nie wiedzą, że w wielu przypadkach mają obowiązek zalecenia szczepień zgodnie z ustawą o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi. Nie rozpatrują też powikłań pogrypowych w aspekcie wymiernych kosztów finansowych, które ponosi państwo.
Prof. Brydak ostrzega jednocześnie, że ignorowanie szczepień, także u dzieci, może doprowadzić do nawrotu chorób wieku dziecięcego, takich jak świnka, odra, różyczka czy polio. - Czy dzisiaj widzimy na ulicach ludzi chorych na polio, które dziesiątkowało populacje świata w poprzednim wieku? - pyta. - To właśnie szczepionki pozwoliły uratować miliony osób przed tą chorobą.