Władimir Putin i jego administracja stają przed brutalną rzeczywistością ekonomiczną, ponieważ koszty konfliktu zbrojnego przekraczają możliwości państwowej kasy. Przy obecnej intensywności działań zbrojnych Moskwa posiada rezerwy finansowe, które wystarczą maksymalnie na 1,5 roku. Takie wnioski płyną z najnowszych analiz makroekonomicznych, które obnażają strukturalne problemy rosyjskiego państwa.
Kryzys nie jest tylko powierzchowny. Z każdym miesiącem standard życia zwykłych obywateli spada, deficyt budżetowy rośnie w niepokojącym tempie, a finansowe pole manewru dla władz na Kremlu drastycznie znika.
Rosyjska gospodarka nie będzie w stanie dotrzymać kroku globalnym wskaźnikom wzrostu – ocenia ekonomistka Alexandra Prokopenko w rozmowie z dziennikiem "Frankfurter Allgemeine Zeitung".
Główny problem stanowi sam sposób, w jaki Rosja finansuje ten konflikt. Władze w Moskwie zdecydowały się na najdroższy z możliwych wariantów. Zamiast powszechnej mobilizacji, która niesie ryzyko polityczne, Kreml opiera się na bardzo drogiej armii kontraktowej. Wysokie żołdy, które mają przyciągnąć ochotników, pochłaniają lwią część wydatków państwa i generują ogromny deficyt. Dodatkowo mechanizm ten potęguje fatalną dynamikę biurokratyczną. Władze wojskowe coraz częściej zmieniają status żołnierzy. Osoby, które do tej pory figurowały w dokumentach jako zaginione, otrzymują oficjalny status poległych w akcji.
Zmiana statusu żołnierzy z zaginionych na poległych uruchamia ogromne wypłaty, których budżety federalne i regionalne po prostu nie mogą udźwignąć – wyjaśnia Alexandra Prokopenko.
Sektor finansowy na krawędzi ryzyka
Aby zrozumieć obecną sytuację, trzeba spojrzeć w przeszłość. Wcześniej, w pierwszych miesiącach po nałożeniu zachodnich sankcji, rosyjska gospodarka wydawała się wyjątkowo odporna na wstrząsy. Państwo zarabiało miliardy na eksporcie surowców energetycznych, a bank centralny szybko ustabilizował kurs rubla. To dawało złudzenie, że Moskwa może finansować konflikt w nieskończoność. Dziś jednak ten obraz ulega całkowitej zmianie, a dawne bufory bezpieczeństwa po prostu przestały istnieć.
Widmo niewypłacalności i drogie kredyty
Sektor finansowy znajduje się pod ogromną presją. Chociaż banki nadal wykazują zyski, ich marże drastycznie spadają, a regulacje stają się coraz bardziej surowe. Największy problem stanowi jednak jakość portfeli kredytowych. Liczba kredytów, których klienci nie spłacają w terminie, rośnie w bardzo szybkim tempie. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy są rekordowo wysokie stopy procentowe. Firmy i obywatele muszą płacić tak wysokie odsetki, że wypracowanie jakiegokolwiek zysku staje się dla nich praktycznie niemożliwe.
Najbogatszy Polak bije na alarm i uderza w OZE. "Mamy tylko 6 lat"
Mimo tych oczywistych zagrożeń, rosyjski bank centralny traktuje obecny poziom ryzyka jako akceptowalny. Największe państwowe instytucje finansowe, które posiadają największy udział w rynku kredytowym, mają status podmiotów zbyt dużych, aby upaść. Państwo uratuje je za wszelką cenę. Ewentualne problemy i bankructwa mogą dotknąć jedynie mniejsze banki spółdzielcze oraz pojedyncze przedsiębiorstwa. Eksperci nie spodziewają się jednak reakcji łańcuchowej, która mogłaby zniszczyć cały system bankowy z dnia na dzień.
Warto zwrócić uwagę na relacje na szczytach władzy. Władimir Putin nie wydał bezpośredniego rozkazu, aby obniżyć stopy procentowe. Niezależność banku centralnego w Rosji nadal funkcjonuje w pewnym ograniczonym zakresie. Ten stan rzeczy utrzymuje się wyłącznie dzięki osobistemu zaufaniu, którym prezydent darzy szefową tej instytucji, Elvirę Nabiullinę. To ona przez ostatnie lata chroniła rosyjską gospodarkę przed całkowitym załamaniem, ale teraz jej narzędzia również tracą na skuteczności.
Cięcia wydatków i naftowa pułapka
Moskwa wykorzystała już wszystkie możliwe opcje łatwych oszczędności. Rząd centralny drastycznie obciął fundusze na budowę dróg, rozwój infrastruktury oraz tak zwane projekty narodowe. Pieniądze, które miały służyć rozwojowi państwa, trafiają bezpośrednio na front. Paradoksalnie, wydatki na poziomie regionalnym nadal trwają w najlepsze. Doskonałym przykładem jest stolica kraju. Moskwa realizuje potężny plan infrastrukturalny, który zakłada, że do 2030 r. w mieście powstanie około 30 nowych stacji metra. Ta dysproporcja między biedniejącą prowincją a bogatą stolicą staje się coraz bardziej widoczna.
Teoretycznie rząd centralny ma jeszcze jedną opcję ratunkową. Może silniej opodatkować najbogatsze regiony kraju i wymusić redystrybucję tych środków do budżetu centralnego lub do biedniejszych prowincji. Taki ruch przeniósłby znaczny ciężar kosztów wojny bezpośrednio na barki lokalnych samorządów. Jednak nawet ta przestrzeń do manewru szybko znika. Ministerstwo Finansów musi zaciągać coraz większe długi, co dobitnie pokazuje, że tradycyjne metody łatania dziury budżetowej przestały działać.
Sankcje uderzają w zyski surowcowe
Sytuacji nie ratują nawet surowce. Rosja nie potrafi w pełni wykorzystać wysokich cen ropy naftowej na światowych rynkach. Przeszkodę stanowi specyficzne prawo podatkowe. Przepisy te zmuszają państwo, aby zwracało koncernom naftowym część zysków w formie specjalnych rekompensat. W efekcie, wysokie ceny surowca nie przekładają się wprost na bogactwo państwowej kasy.
Dodatkowo zachodnie sankcje mocno komplikują sytuację. Z powodu ogromnych problemów logistycznych i konieczności omijania embarga, wpływ wysokich cen ropy na dochody państwa nie ma już charakteru liniowego. Koszty transportu i ubezpieczeń pożerają lwią część zysków. Co więcej, ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie i zakłady przetwórstwa ropy naftowej drastycznie redukują przyszłe dochody państwa. Zakłady, które stoją w miejscu lub wymagają kosztownych napraw, stanowią ogromne obciążenie dla budżetu. Wydatki państwa rosną znacznie szybciej, niż budżet potrafi gromadzić nowe środki.
Rosyjska gospodarka tkwi w głębokim, strukturalnym kryzysie. Nie jest to jednak klasyczna recesja ani podręcznikowy kryzys bankowy. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem znacznie bardziej złożonym. Gospodarka funkcjonuje w chorym modelu dwusektorowym. Całe zasoby finansowe, ludzkie i materiałowe płyną do sektora zbrojeniowego, podczas gdy sektor cywilny ulega powolnej degradacji. W efekcie standard życia obywateli nieustannie spada.
Mimo tak fatalnych wskaźników, eksperci nie przewidują nagłego buntu społeczeństwa ani rewolty na szczytach władzy. Taki stan rzeczy wynika z głębokiego fatalizmu, który ogarnął rosyjskie elity. Przedstawiciele biznesu i polityki widzą problemy, nie akceptują braku wizji na przyszłość, ale czują, że nie mają absolutnie żadnych alternatywnych opcji działania. Kreml nie oferuje żadnej pozytywnej wizji rozwoju – ani w wymiarze gospodarczym, ani politycznym, ani społecznym.
Aby doszło do wewnętrznych zmian, ludzie muszą poczuć się bezpieczniej, a elity muszą dostrzec alternatywny projekt dla państwa – podsumowuje Alexandra Prokopenko dla niemieckiego dziennika.
Ostateczny cios dla rosyjskiej kasy wojennej może nadejść z zewnątrz. Globalny kryzys gospodarczy postawiłby Rosję przed szokami, których Moskwa nie potrafiłaby ani kontrolować, ani złagodzić. Państwo nie posiada już wystarczających rezerw walutowych, a jego rola w globalnym systemie gospodarczym drastycznie zmalała. Szczególnie niebezpieczny dla Putina byłby scenariusz, w którym problemy gospodarcze dotknęłyby Chiny. Gdyby Pekin ograniczył zakupy rosyjskich surowców, Moskwa straciłaby ostatnie źródło stabilnych dochodów. W obliczu takiego załamania globalnych rynków, brak pieniędzy mógłby w sposób brutalny i ostateczny zmusić władze na Kremlu, aby zakończyły ten konflikt.