Na granicy z Ukrainą znów zrobiło się nerwowo. Wszystko za sprawą protestu polskich przewoźników. Rodzime firmy transportowe rozpoczęły kilka dni temu blokadę drogi w Dorohusku, niedaleko przejścia granicznego z Ukrainą. Chcą zwrócić uwagę na problem nierównej konkurencji z ukraińskimi firmami transportowymi, korzystającymi z dostępu do unijnego rynku.
Protest w Dorohusku. Przewoźnicy stracili cierpliwość
Sprawa znalazła swój finał w sądzie, gdzie następowały zwroty akcji. Sąd Apelacyjny w Lublinie ostatecznie uwzględnił zażalenie wójta gminy Dorohusk, który zakazał protestu i blokady drogi przy granicy z Ukrainą. Sąd niższej instancji uchylił bowiem ten zakaz. Sprawa rozstrzygnęła się w jeden dzień. Przewoźnicy z regionu zapowiedzieli, że nie złożą broni i w inny sposób będą walczyli o swoje interesy.
To nie pierwsze takie wydarzenia. Niecałe półtora roku temu protesty z blokowaniem granicy trwały kilka tygodni i to w czasie zmiany rządu. Interweniował sam premier, który poruszył tę sprawę w Kijowie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. W styczniu minister Dariusz Klimczak poinformował, że udało się porozumieć i protestujący zawiesili protest.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Co najmniej 5 mld zł z dywidend ze spółek Skarbu Państwa. Minister ujawnia
Kilkanaście miesięcy później przewoźnicy znów użyli jednak radykalnego środka. W środę pojawili się w Sejmie, gdzie ich spotkanie z przedstawicielami rządu zainicjował wicemarszałek Krzysztof Bosak. Domagają się m.in:
- przywrócenia limitu zezwoleń dla ukraińskich przewoźników na wjazd do Polski,
- zakazu rejestrowania firm transportowych z kapitałem spoza UE,
- wprowadzenia przez Ukrainę oddzielnej kolejki w systemie elektronicznym dla pustych ciężarówek jadących do Polski.
Ministerstwo widzi problem. Narady w UE
Przedstawiciel resortu infrastruktury, wiceminister Stanisław Bukowiec udał się w środę do Brukseli, gdzie rozmawiał o tej sprawie z europosłami. Jak podkreśla ministerstwo, skutkiem obecnej umowy jest "nieograniczone dopuszczenie przewoźników z Ukrainy do rynku Unii Europejskiej".
"Co prowadzi do nieuczciwej konkurencji dla przewoźników unijnych, w tym polskich" - przyznaje resort.
MI podkreśla, że na spotkaniu w Brukseli poruszono tę kwestię. Zapytaliśmy ministerstwo o najnowsze ustalenia w tej sprawie i czy przełożą się one realnie na zmianę funkcjonującej do końca tego roku umowy UE-Ukraina. Do czasu publikacji artykułu nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Marcin Potapczuk z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Przewoźników (OSP), podkreśla, że branża chce bronić polskich firm.
Dla nas to niewytłumaczalne, jak można dopuścić, aby firmy z krajów spoza Wspólnoty miały takie same możliwości, a nawet większe niż firmy z UE. Jeżeli dopuszczane są do rynku bez 'ścieżki wejścia', bez konieczności sprostania wymogom fiskalnym, nie mamy szansy na konkurencję. Tracimy rynki, to jest desperacja firm transportowych, nie tylko ze wschodniej Polski - mówi w rozmowie z money.pl członek zarządu OSP.
Podkreśla, że firmy z Zachodu przekazują polskim odpowiednikom, że kursy ukraińskich przewoźników wypadają korzystniej. - Bo przewoźnicy ukraińscy mają propozycje (kursu - przyp. red.) na tych samych trasach o 100-200 euro taniej. Problem polega na tym, że my nie możemy robić tego taniej. Z uwagi na obciążenia fiskalne, nas zjadają koszty. Przegrywamy tę nierówną konkurencję - mówi Potapczuk.
I wskazuje, że obecna umowa UE-Ukraina została przedłużona do końca roku. - Nasze ministerstwo mówiło, że nie było czasu na zbudowanie wspólnej koalicji z państwami UE, by móc się przebić z tym problemem. A teraz jest czas - do końca roku. To być albo nie być polskich firm transportowych na rynku europejskim - podkreśla nasz rozmówca.
Rafał Mekler przewodniczący Komitetu Obrony Przewoźników i Pracodawców Transportu, w środę na konferencji w Sejmie mówił, co zmieniło się od ostatniego protestu polskich przewoźników sprzed ponad roku.
- Jesteśmy w gorszej sytuacji. Wtedy protest zakończył się regulacjami, które na pewien czas rynek uspokoiły. Przewoźnicy z Ukrainy zauważyli, że nasze rozwiązania można obchodzić - mówił Mekler. Zdaniem Meklera, który jest też liderem lubelskich struktur Konfederacji, "Ukraińcy wiedzą, jak zawalczyć o swoje interesy", czego nie może powiedzieć o polskich decydentach.
Słychać też jednak inne głosy. Jak mówi nam jeden z ekspertów z branży transportowej, problem dotyczy jedynie małego odsetka przewoźników ze wschodniej Polski, a środowiska wokół Konfederacji "podgrzewają" temat tuż przed wyborami.
To problem lokalny. Dobrze, że ministerstwo pochyla się nad sprawą, ale nie zgodzę się z tym, że jest to problem całego transportu drogowego - słyszymy. - Można to rozwiązać np. przez rewizję umowy, ale proszę nie utożsamiać tego z całą branżą. Trzeba zacząć egzekwować i zwalczać nieuczciwą konkurencję - mówi nasze źródło.
PUIG: to podważa pozycję Polski jako hubu wsparcia Ukrainy
Do sprawy odniosła się Polsko-Ukraińska Izba Gospodarcza (PUIG). Zaapelowała o rozwiązanie sporów w drodze dialogu i negocjacji. "Rozumiemy, że przedstawiciele różnych sektorów gospodarki mogą doświadczać trudności, jednak żadna grupa interesów nie powinna realizować swoich postulatów kosztem innych przedsiębiorców, konsumentów oraz obywateli, zwłaszcza w sytuacji toczącej się wojny za polską granicą" - oświadczył zarząd Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.
"Jako organizacje przedsiębiorców budujących relacje gospodarcze Polski i Ukrainy stanowczo sprzeciwiamy się blokadom przejść granicznych. Takie działania przyniosły w przeszłości straty gospodarcze szacowane w setkach milionów dolarów. Blokady utrudniają funkcjonowanie gospodarki Ukrainy, broniącej swojej niepodległości i bezpieczeństwa Europy. Taka forma protestu podważa też pozycję Polski jako hubu wsparcia Ukrainy" - dodaje PUIG.
Bartłomiej Chudy, dziennikarz i wydawca money.pl