Tusk zmienił taktykę, ale Glapińskiemu nie odpuścił. Za kulisami tej decyzji kryje się znacznie więcej [OPINIA]

Karolina Wysota
Donald Tusk, Karol Nawrocki, Adam GlapińskiPremier Donald Tusk, prezydent Karol Nawrocki, prezes NBP Adam Glapiński
Źródło zdjęć: © Getty Imges, PAP | Albert Zawada, Artur Widak, Piotr Kowala, Radek Pietruszka • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI

Politycy przez miesiące przeciągali linę nad bankiem centralnym. Dopiero widmo paraliżu NBP i reakcji zagranicznego kapitału skłoniło Donalda Tuska do ustępstwa. Premier nie pogodził się jednak z Adamem Glapińskim. Najpierw chce zabezpieczyć bank, a dopiero później rozliczyć jego prezesa.

Sytuacja wokół NBP obnaża jedną z największych słabości polskiej sceny politycznej. W państwie, w którym obie strony barykady nieustannie powołują się na rację stanu, dopiero groźba gospodarczych konsekwencji potrafi skłonić je do ustępstw. Nie troska o stabilność instytucji, lecz strach przed reakcją rynków finansowych i rachunkiem, który mogliby wystawić zagraniczni inwestorzy. Wtorkowa decyzja Donalda Tuska nie jest więc aktem pojednania z Adamem Glapińskim. To chłodna kalkulacja.

Premier kontrasygnował nominacje czterech osób do zarządu NBP. Na liście znaleźli się dokładnie ci sami kandydaci, których wiosną nie chciał zaakceptować: Marta Kightley, Przemysław Litwiniuk, Ludwik Kotecki i Marcin Zarzecki. Kightley to była wiceprezes NBP i obecna doradczyni Glapińskiego, pozostali są członkami Rady Polityki Pieniężnej. Do sfinalizowania nominacji potrzebne są jeszcze decyzje prezydenta Karola Nawrockiego.

Pośpiech nie był przypadkowy. W środę, 4 listopada, kończy się kadencja wiceprezesa Adama Lipińskiego. Bez uzupełnienia składu liczba członków zarządu NBP spadłaby poniżej ustawowego minimum, co groziłoby paraliżem decyzyjnym i sporami o ważność podejmowanych uchwał.


WIDEO
Ile zarabia premier? Donald Tusk pobiera pensję i trzy emerytury

Jeszcze niedawno w politycznych kuluarach rozważano daleko idące scenariusze ingerencji w funkcjonowanie NBP, włącznie z ustanowieniem zarządu komisarycznego. Teraz premier wykonał zwrot, który PiS może przedstawiać jako dowód jego słabości. Tyle że Tusk nie wywiesił białej flagi. Wycofał się z pola bitwy, na którym polityczne zwycięstwo mogłoby oznaczać gospodarczą klęskę.

Rachunek, który mogły wystawić rynki

Z rozmów z osobami znającymi kulisy decyzji premiera wyłania się obraz daleki od opowieści o politycznym pojednaniu. Otwarcie kolejnego frontu wojny o instytucje państwa, tym razem wokół banku centralnego, mogłoby mieć poważne konsekwencje dla gospodarki.

Międzynarodowych inwestorów nie interesuje, kto kogo bardziej nie lubi w Warszawie. Nie muszą też rozstrzygać, czy rację ma Tusk, Glapiński czy Nawrocki. Dla zarządów wielkich funduszy z Nowego Jorku, Londynu czy Oslo polskie przepychanki są przede wszystkim elementem oceny ryzyka. Liczą się bezpieczeństwo pieniędzy, przewidywalność państwa i stabilność jego instytucji.

Gdy państwo zaczyna sprawiać wrażenie, że nie potrafi zapewnić prawidłowego funkcjonowania własnego banku centralnego, inwestorzy mogą zażądać wyższej premii za ryzyko. A to oznacza realne koszty: presję na złotego, wzrost rentowności obligacji i droższą obsługę długu publicznego. Nie sposób przesądzić, czy taki scenariusz by się ziścił. Rząd musiał jednak uwzględnić to ryzyko, zwłaszcza przed zaplanowaną na 6 listopada oceną wiarygodności kredytowej Polski przez agencję S&P.

Zagraniczny kapitał jest obecny na warszawskiej giełdzie i finansuje część długu publicznego. Nie potrzeba nawet masowej wyprzedaży aktywów, by wzrost niepewności przełożył się na ich wyceny. Rynek nie musi przy tym wydawać politykom żadnych poleceń. Wystarczy groźba, że za ich awanturę wystawi Polsce rachunek.

Tusk rozumie, że gospodarcze koszty takiego konfliktu obciążyłyby przede wszystkim jego rząd. Wybrał więc pragmatyzm. Nie dlatego, że nagle polubił Glapińskiego, lecz dlatego, że dalsze przeciąganie liny przestało mu się opłacać.

Bank do uratowania, Glapiński do rozliczenia

Wtorkowa decyzja nie oznacza rozgrzeszenia prezesa NBP. Tusk zmienił taktykę, ale nie cel. Najpierw chce zabezpieczyć bank centralny przed paraliżem, a dopiero później wrócić do rozliczenia Glapińskiego. Chodzi o to, by przy okazji politycznej wojny z prezesem nie wysadzić w powietrze instytucji, którą kieruje.

Do zarządu NBP ma wrócić Marta Kightley, wieloletnia współpracowniczka Glapińskiego. Według moich rozmówców już wcześniej odgrywała kluczową rolę w bieżącym zarządzaniu bankiem. Z kolei przejście trzech członków RPP do zarządu oznacza przetasowania w organie ustalającym stopy procentowe. Następców Koteckiego i Litwiniuka wybierze Senat, w którym większość ma koalicja rządząca, a następcę Zarzeckiego – prezydent.

Sam Glapiński pozostaje na politycznym celowniku. Głosowanie w Sejmie nad postawieniem go przed Trybunałem Stanu planowano na koniec listopada. Jak jednak wynika z informacji money.pl, ma zostać przesunięte na początek stycznia. Powód? Na politycznej scenie płonie już zbyt wiele pożarów, by otwierać kolejny front wojny.

Finał tej rozgrywki jest zresztą daleki od przesądzenia. Wokół większości głosów wymaganej do postawienia prezesa NBP przed Trybunałem Stanu oraz skutków jego ewentualnego zawieszenia trwa poważny spór prawny. Według jednej z wykładni potrzeba do tego 276 głosów, których koalicja samodzielnie nie ma. Dochodzą do tego unijne gwarancje niezależności banku centralnego.

Nie wiadomo więc, czy rządzącym uda się odsunąć Glapińskiego od kierowania NBP. Podpis Tuska pod nominacjami nie kończy jednak politycznej wojny. Zmienia tylko jej przebieg.

Tusk gra odpowiedzialnego. PiS broni Glapińskiego

Obie strony próbują występować w kostiumach obrońców państwa. Tusk chce uchodzić za gwaranta stabilności gospodarczej, który potrafi wznieść się ponad polityczne animozje. Nawrocki i PiS przedstawiają się jako ostatnia linia obrony niezależności NBP przed zakusami obecnej większości.

Problem w tym, że żadna ze stron nie ma czystych rąk.

Premier przez miesiące odmawiał podpisania nominacji, choć termin wygaśnięcia kadencji Lipińskiego był znany od dawna. Trudno więc oklaskiwać go za odpowiedzialność, która objawiła się dopiero w obliczu kryzysu.

Opozycja z kolei przez lata nie dostrzegała problemu w politycznym uwikłaniu Glapińskiego. Jego demonstracyjna bliskość z obozem PiS i konferencje prasowe, podczas których zacierała się granica między komunikacją banku centralnego a polityczną agitacją, wyrządziły wiarygodności NBP niemałą szkodę. W pamięci wyborców pozostały też osobliwe wystąpienia prezesa z czasów, gdy inflacja zbliżała się do 20 proc.

Zresztą nie wszyscy w PiS palą się do obrony Glapińskiego. W partii nie brakuje przekonania, że prezes NBP stał się dla prawicy politycznym obciążeniem i najlepiej byłoby się od niego odciąć. Problem w tym, że Glapiński jest wieloletnim przyjacielem Jarosława Kaczyńskiego, a osobiste sympatie prezesa potrafią w PiS ważyć więcej niż rachunek politycznych zysków i strat. Jeśli więc Kaczyński uzna, że trzeba bronić Glapińskiego i rozbić pod NBP obóz na wzór tego spod Trybunału Konstytucyjnego, partyjni koledzy zapewne posłusznie ustawią się w szeregu. Nawet jeśli prywatnie uważają, że bronią sprawy przegranej.

W tym kontekście opowieści o obronie polskiego złota przed wywiezieniem do Frankfurtu czy przedstawianie każdej próby rozliczenia Glapińskiego jako zamachu na suwerenność brzmią groteskowo. Nie przesądza to jednak o zasadności stawianych mu zarzutów. Odpowiedzialność konstytucyjna nie może służyć politycznej zemście, podobnie jak niezależność banku centralnego nie może być tarczą chroniącą jego prezesa przed kontrolą.

Tyle że takie rozróżnienie trudno sprzedać własnemu elektoratowi. Znacznie łatwiej ogłosić przeciwnika wrogiem państwa, a siebie jego jedynym obrońcą.

Kto naprawdę pilnuje polskiej racji stanu?

Najbardziej przygnębiający wniosek z tej historii wykracza poza spór o stanowiska i przyszłość Glapińskiego. Polska klasa polityczna po raz kolejny pokazała, że nie potrafi porozumieć się nawet w sprawach fundamentalnych dla funkcjonowania państwa.

Paradoks polega na tym, że obie strony, tak chętnie odwołujące się do suwerenności, szukają potwierdzenia swoich racji za granicą. Rządzący powołują się na instytucje unijne, a Glapiński zwracał się o ochronę do Europejskiego Banku Centralnego. Samo korzystanie z europejskich mechanizmów prawnych nie jest niczym nagannym. Problem zaczyna się wtedy, gdy stają się one narzędziem wewnętrznej politycznej wojny.

Jeszcze bardziej wymowna jest rola zagranicznego kapitału. Obawa przed reakcją inwestorów mogła okazać się argumentem skuteczniejszym niż wielomiesięczne apele o stabilność NBP. Politycy mogą zapewniać, że bronią konstytucji, demokracji czy interesów narodowych. Nie zmienia to faktu, że gospodarka rządzi się prawami, których nie da się zakrzyczeć na partyjnym wiecu.

Zaufania inwestorów nie można zadekretować, a wiarygodności banku centralnego odbudować konferencją prasową.

Donald Tusk podjął ostatecznie decyzję, która ogranicza ryzyko destabilizacji NBP. I dobrze. Trudno jednak oklaskiwać strażaka, który przez tygodnie patrzył, jak pod Trybunałem Konstytucyjnym gromadzą się kanistry z benzyną, a do akcji ruszył dopiero wtedy, gdy pojawiło się widmo podobnego pożaru pod NBP. Polityczne i gospodarcze konsekwencje pożaru na dwóch frontach mogłyby wystawić jego formacji rachunek, który przyszłoby jej zapłacić w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.

Premier zostawił sobie przy tym jeszcze jedno wyjście. Jeśli prezydent Nawrocki odmówi powołania kandydatów, których nominacje Tusk właśnie kontrasygnował, odpowiedzialnością za dalszy impas będzie można obciążyć głowę państwa. A jeśli konflikt odbije się na gospodarce, polityczny rachunek trafi pod zupełnie inny adres.

Wybrane dla Ciebie