Białoruskie łagry chcą robić biznes w Polsce

Cztery polskie firmy odwiedziła białoruska delegacja. A w niej Oleg Łaszczynowski z departamentu wykonywania wyroków tamtejszego MSW. Po co przyjechali? Żeby nawiązać współpracę. Problem w tym, że ma się ona opierać na białoruskich obozach pracy. W nich kodeks pracy bynajmniej nie obowiązuje.

Obraz
Źródło zdjęć: © Rennett Stowe/Flickr
Jakub Ceglarz

Cztery polskie firmy odwiedziła białoruska delegacja. A w niej Oleg Łaszczynowski z departamentu wykonywania wyroków tamtejszego MSW. Po co przyjechali? Żeby nawiązać współpracę. Problem w tym, że ma się ona opierać na białoruskich obozach pracy.

Historię wizyty opisuje "Dziennik Gazeta Prawna". Czytamy w nim, że w składzie delegacji oprócz Łaszczynowskiego znaleźli się dyrektorzy zakładów karnych nr 11 i 5. Ten ostatni jest owiany złą sławą.

Zajmujący 15 hektarów łagier położony jest w miejscowości Iwacewicze - ok. 150 km od Brześcia i nieco ponad 100 km od granicy z Polską. Karę odbywa w nim ok. 2600 osób.

Osadzeni w łagrze zarabiają na swoje utrzymanie. Tyle, że pracują w nieludzkich warunkach. Jak wspomina Mykoła Autuchowicz, dwa razy dziennie dostają do jedzenia zupę rybną. A wie co mówi, bo sam spędził tam kilka wyroków.

- To samo dawali do jedzenia świniom. Znajomi, którzy pozostali w kolonii nr 5, opowiadają, że od moich czasów zaczęli dawać mniejsze porcje, a i jakość jedzenia jeszcze się pogorszyła - mówi "DGP" były więzień.

Właśnie dyrektor zakładu nr 5 pojawił się niedawno w Polsce. Po co? By nawiązać współpracę z naszymi firmami. Dyrektor chce, by więźniowie produkowali dla naszych firm lub przy użyciu naszych surowców.

Choć delegacji przewodniczył urzędnik państwowy z ramienia białoruskiego MSW, to polskie władze nic o jego wizycie nie wiedzą. Tak nasze MSWiA, jak i MSZ. - Nieważne, że reprezentujemy MSW. Kierujemy się zasadami producenta, a nie urzędnika - tłumaczy Łaszczynowski i dodaje, że w Polsce był "w interesach".

Według dziennika, przybysze spotkali się w Polsce z przedstawicielami czterech firm: Lecha z Kostrzyna, Utalu spod Poznania, a także Zakładów Mechanicznych Hamech oraz firmy Streamled.

- Zadeklarowali zainteresowanie naszymi materiałami, ale ich proces decyzyjny jest bardzo wydłużony - mówi Hubert Świątek, dyrektor ds. rozwoju w Lechu. - Sytuacja jest specyficzna, bo po tamtej stronie w sprawę są zaangażowane struktury państwowe. Nasi handlowcy raczej nie szukają tego typu kontrahentów. To tamci wyszli z inicjatywą.

"Aleksandr Łukaszenka najbardziej boi się Rosji"

Lech zajmuje się produkcją tkanin obiciowych. Z kolei Utal dostarcza surowce do produkcji tablic rejestracyjnych. To właśnie te dwie branże działają najprężniej w białoruskich łagrach. Pozostałe dwie firmy zajmują się natomiast produkcją komór suszarni oraz drewna.

Jak mówi były więzień "piątki", każdy obóz to osobne państwo. Nie obowiązują w nich żadne normy BHP, a praca jest bardzo niebezpieczna. Czy naszym firmom to przeszkadza?

- To, że tablice są produkowane w więzieniach, jest typowe w niektórych krajach. Państwo zawsze jest zainteresowane, by więźniowie nie siedzieli bezczynnie - powiedział "DGP" jeden z menedżerów podpoznańskiego Utalu. - Poza tym w więzieniach jest lepsza kontrola. Nie ma ryzyka, że towar ścisłego zarachowania, jakim jest tablica rejestracyjna, zostanie wyniesiony z zakładu i użyty nielegalnie do zmylenia policji.

Mykoła Autuchowicz nie jest tego taki pewien. - Jeśli ktoś zechce oszukać waszych biznesmenów, to ich oszuka tak, że żaden sąd im nie pomoże. Zresztą sami więźniowie kradną. Choćby po to, by mieć czym korumpować oficerów - puentuje były więzień zakładu nr 5 w Iwacewiczach.

Aktywność Białorusinów w kontaktach z polskim biznesem to nie nowość. O współpracy gospodarczej z krajem Aleksandra Łukaszenki pisaliśmy już w money.pl kilka miesięcy temu.

Wybrane dla Ciebie