Notowania

wiadomości
16.03.2017 14:55

Handlowcy chcą powołać sieć tanich jadłodajni. Po co? By nie marnować żywności

Opłatę w wysokości 10 groszy za każdy kilogram zmarnowanej żywności proponują senatorowie sklepom. Te odpowiadają, zamiast tego zbudujmy ogólnopolską sieć tanich jadłodajni. Pierogi, rosół czy schabowego ugotujemy w nich z produktów, które mielibyśmy wyrzucić. Sieć miałaby liczyć nawet 100 lokali.

Podziel się
Dodaj komentarz
(Ana Paula Hirama/wikipedia/CC BY-SA 2.0)

Opłatę w wysokości 10 groszy za każdy kilogram zmarnowanej żywności proponują senatorowie sklepom. Te odpowiadają: nie chcemy kar, zbudujmy ogólnopolską sieć tanich jadłodajni. Pierogi, rosół czy schabowego ugotujemy w nich z produktów, które mielibyśmy wyrzucić. Sieć miałaby liczyć nawet 100 lokali.

Bigos, mielony, grochówka i pomidorowa – tak mogłoby wyglądać menu nowej polskiej sieci tanich jadłodajni. Ceny miałyby być przystępne dla każdego. Powód? Bary gotowałyby z produktów otrzymanych za darmo ze sklepów spożywczych lub od producentów żywności. Te często nie wiedzą, co zrobić z serem czy wędliną, którym za dwa czy trzy dni kończy się termin przydatności do spożycia.

Z jednej strony jadłodajnie pomagałyby najuboższym, a z drugiej - przeciwdziałałyby marnowaniu żywności.

- Jest w Polsce bardzo dużo osób, które potrzebują tego typu miejsc. Mogliby tam zjeść tanio i dobrze, a żywność ze sklepów by się nie marnowała. I na dodatek promowalibyśmy tradycyjną polską kuchnię - mówi WP money Waldemar Nowakowski, szef Polskiej Izby Handlu. To on jest pomysłodawcą jadłodajni z odzysku.

Jego zdaniem, sieci handlowe chętnie przekażą do nich żywność, której kończy się termin przydatności do spożycia, bo dzięki temu zaoszczędzą na kosztach utylizacji.

Nowakowski twierdzi też, że aby cały proces spiął się biznesowo, jadłodajnie musiałyby dostawać pewną pomoc od państwa. To mogłaby być dotacja na wynajęcie lokalu czy dopłaty do wynagrodzeń pracowników. Bary otwierać mógłby każdy. Ale zdaniem szefa PIH najlepiej, jeśli zrobią to same sieci handlowe. W sumie w kraju mogłaby powstać nawet setka tego typu lokali.

- Zmniejszy to problemy logistyczne i da dodatkowy przychód dla przedsiębiorców. Ja sam chcę otworzyć taki lokal w Brześciu. To ma być właśnie taka tania jadłodajnia – mówi Nowakowski, który poza szefowaniu PIH jest też właścicielem sieci sklepów spożywczych.

Skąd nagle taki pomysł? Wszystko przez ustawę o marnowaniu żywności, którą zgłosili senatorowie. Ta zakłada, że sklepy powyżej 250 mkw. musiałyby płacić 10 groszy za każdy kilogram wyrzucanej przez nie żywności. Opłatę miałoby więc płacić nawet kilkanaście tysięcy placówek. Pozyskane w ten sposób pieniądze miałyby posłużyć do budowy systemu odbierania jedzenia o krótkim terminie przydatności do spożycia i edukowaniu konsumentów.

Pomysłodawcą projektu ustawy jest senator PO Mieczysław Augustyn, ale projekt tak się spodobał, że prace nad nim przejął senator z PiS Antoni Szymański. W jego procedowanie włączyły się też resorty rolnictwa czy środowiska.

Jadłodajnie czyli marchewka

Nowakowski przyznaje, że nie podoba mu się pomysł nowej opłaty, bo zaszkodzi szczególnie małym sklepom. Twierdzi też, że lepiej zamiast kija w postaci kar zaproponować marchewkę jako zachętę. I stawiać jadłodajnie.

Zgadzają się z nim przedstawiciele banków żywności. To one dziś współpracują głównie z dużymi sieciami handlowymi, od których odbierają produkty bliskie przeterminowania. Następnie rozdają je ubogim czy bezdomnym. Część jest przerabiana w stołówkach czy darmowych jadłodajniach, np. Brata Alberta.

Jak twierdzi Dorota Napiórkowska z Federacji Banków Żywności, tego typu organizacje mogą niedługo nie być w stanie przerobić wszystkiego, co dostaną od sklepów. Podobne uwagi miały też inne organizacje, z którymi konsultowano projekt ustawy.

Pojawiły się też głosy, że sieci najczęściej przekazują żywność na jeden dzień przed przeterminowaniem. A to bardzo krótki czas na jej zużycie.

- Nam ten pomysł z jadłodajniami się podoba. Nie jesteśmy za karaniem sklepów za marnowanie żywności. Bardziej racjonalne jest podejście zachęt, na przykład w postaci ulg podatkowych czy na przykład dopłat do takich jadłodajni. Choć muszę przyznać, że pierwszy raz słyszę o takim rozwiązaniu – mówi Dorota Napiórkowska, koordynatorka ds. darowizn żywności z sieci handlowych.

Przyznaje jednocześnie, że podobne inicjatywy już teraz powstają. Przykładowo w Olsztynie z lokalnym bankiem żywności współpracuje spółdzielnia socjalna, która prowadzi właśnie taki tani bar.

Szczytny cel czy polityczny majstersztyk?

Jednak senator Augustyn krytykuje pomysł jadłodajni Nowakowskiego. Twierdzi, że może to być jedynie próba odwlekania w czasie wejścia w życie przepisów, które zmuszą sklepy do oszczędzania żywności.

- Umówmy się, że jak wejdzie w prace (nad tym pomysłem - przyp. red.) minister finansów, to projekt zostanie odłożony na nie wiadomo kiedy. Rząd oszczędza teraz na wszystkim. Nie da więc pieniędzy na taką inicjatywę. A już na pewno nie da ich szybko - mówi senator.

Trzeba pamiętać, że od paru lat problemy mają już bary mleczne. Wielokrotnie opisywaliśmy ich problemz urzędnikami, którzy kwestionowali ich rozliczenia finansowe. Skończyło się na tym, że wiele barów zostało zamkniętych, a inne zrezygnowały z państwowych dotacji i podwyższyły ceny.

Augustyn zauważa też, że choć sieci handlowe mówią o karach za wyrzucanie żywności, to de facto mają to być jedynie opłaty. A pozyskane w ten sposób pieniądze zostaną skierowane nie do budżetu państwa, ale organizacji takich jak banki żywności czy Caritas. Te będą mogły za to kupić nowe samochody czy zorganizować lepszą i wydajniejszą sieć dystrybucji.

- Ulgi podatkowe zamiast tych opłat? Nie żartujmy. Ministerstwo Finansów nigdy się na to nie zgodzi. Procedowałem już dwie ustawy związane z niepłaceniem VAT za produkty oddawane organizacjom pożytku publicznego. Proszę mi wierzyć, że to była droga przez mękę. Urzędnicy resortu nigdy na coś takiego nie pójdą – stwierdza Augustyn.

Ile jedzenia marnujemy?

Najnowsze dane o ilości marnowanej żywności nie są zbyt świeże, bo pochodzą z 2006 roku. Komisja Europejska oszacowała, że było to około 9 mln ton żywności rocznie. Najwięcej strat jest na etapie produkcji - aż 6,6 mln ton. Do koszów w naszych domach trafia 2 mln ton. Reszta to tzw. inne źródła, czyli głównie sklepy. W przeliczeniu każdy Polak wyrzuca około 52 kg żywności rocznie.

- Niestety wciąż brakuje stałego monitoringu strat i marnotrawstwa żywności w Polsce, który mógłby przyczynić się do aktualizacji danych na temat skali marnotrawstwa dla poszczególnych etapów łańcucha żywności - pisały w zeszłym roku w raporcie "Nie marnuj żywności" Federacji Polskich Banków Żywności.

Prawdopodobnie dane z 2006 roku przez ostatnią dekadę się pogorszyły. I dziś utylizowanych jest jeszcze więcej pokarmu. Z badań ankietowych MillwardBrown wynika, że w zeszłym roku aż 31 proc. badanych deklarowało, że zdarza mu się wyrzucać jedzenie do kosza. Najczęściej marnujemy w ten sposób wędliny, pieczywo oraz warzywa.

Tagi: wiadomości, gospodarka, najważniejsze, gospodarka polska
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
16-03-2017

DanTakimi produktami powinni też wyposażać więzienia.

16-03-2017

ale mi nowośćPrzecież każdy market ma grill i wszytko idzie własnie tam, nawet kurczaki po terminie.

16-03-2017

polakjestem ...Za....jest tylu ludzi potrzebujących chleba ,by po prostu żyć.......najwiekszym draństwem naszych czasów jest marnotrawienie … Czytaj całość

Rozwiń komentarze (125)