Trwa ładowanie...
Przejdź na
Spór o miliony. Klienci Getin Noble Bank żądają zwrotu pieniędzy i kierują sprawę do UOKiK
WP magazyn

Spór o miliony. Klienci Getin Noble Bank żądają zwrotu pieniędzy i kierują sprawę do UOKiK

(East News, Piotr Kamionka/REPORTER)

Prędzej wybuchnie wojna niż w Polsce upadnie bank - w taką deklarację, składaną przez pracowników jednego z największych banków w Polsce - Getin Noble Banku, uwierzyły tysiące ludzi. Dziś zostali z niczym. 680 mln zł wyparowało, im zostały bezwartościowe kartki papieru. I doprowadzające ich do szału i płaczu reklamy w telewizji.

  • Do prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zostało złożone zawiadomienie w sprawie nieuczciwych praktyk Getin Noble Bank przy sprzedaży obligacji.
  • Zawiadomienie przygotowały wspólnie cztery kancelarie prawne - w imieniu co najmniej 330 poszkodowanych.
  • Przeanalizowaliśmy sytuację 330 osób, które czują się oszukane przez Getin Noble Bank. Niemal 90 proc. to emeryci. Najmłodszy obligatariusz miał 18 lat, najstarsi byli pod dziewięćdziesiątkę. Średnio ludzie wpłacali po 110 tys. zł.
  • Zapoznaliśmy się z treścią znajdujących się w zawiadomieniu do UOKiK relacji byłych pracowników Getin Noble Banku. Relacje te opisują mechanizm, który według nich był stosowany przez bank, by przekonać niechętnych ryzyku ludzi do ryzykownej inwestycji.
  • Jedna z klientek Getin Noble Banku, po tym, jak dowiedziała się, że straciła pieniądze, dostała zawału serca. Mamy na to dowód.

Dzień dobry, jesteśmy bankiem

Getin Noble Bank (GNB) to była wschodząca perła polskiej bankowości. 10. największy bank w Polsce, któremu przewodził Leszek Czarnecki. Dla wielu: król biznesu.

W 2014 r. kurs notowanego na giełdzie GNB był rekordowo wysoki. Czarnecki był zaś gwiazdą - docenianą przez "Financial Times", "Forbesa", organizacje biznesu i media. Ba, w 2008 roku został uznany za 446. najbogatszego człowieka na świecie i jednocześnie najbogatszego w Polsce.

Po prostu kura znosząca złote jaja. Na dodatek z rzadko spotykanym w Polsce rozmachem - kto inny bowiem, na dowód swojej potęgi, wymyśliłby, że zbuduje we Wrocławiu budynek Sky Tower, najwyższy wieżowiec w Polsce, wyższy nawet od Pałacu Kultury i Nauki?

Ludzie więc wierzyli w imperium Czarneckiego.

Dzień płaczu

30 września 2022 r., poranek.

Bankowy Fundusz Gwarancyjny ogłasza, że wszczęta została przymusowa restrukturyzacja GNB. Zgodziła się na to Komisja Europejska. Gdyby to nie nastąpiło, bank najprawdopodobniej runąłby z hukiem. Państwowy organ uznał, że nie można na to pozwolić; trzeba ograniczyć straty. Za to ograniczenie strat sektor bankowy słono płaci - w sumie ponad 10 mld zł.

Powstaje nowy twór - VeloBank. Przejmuje on "zdrową" część biznesu prowadzonego przez GNB oraz część zobowiązań. Ale nie wszystkie bierze na siebie - by nie podzielić losu upadającego banku. Wynika to zresztą z przepisów – prawo zakłada, że część klientów banku na jego problemach finansowych może stracić.

Tracą więc akcjonariusze i obligatariusze GNB. Ich papiery zostają po prostu umorzone. Mówiąc wprost: nie są już nic warte.

Tysiące ludzi, którzy uwierzyli GNB i kupili obligacje banku, zostają więc z niczym. Dosłownie: zero złotych, zero groszy. I nie jest ważne, ile ktoś zainwestował.

Alfred

- To wszystko od tych sukienek na komunię się zaczęło - wzdycha pan Alfred. Przedstawia się tak: Alfred Laksa, 67 lat, ze Śląska. - W kłopoty wpędził mnie człowiek, który mógł być księdzem lub katechetą, a był doradcą finansowym - ironizuje.

Ale tylko na początku rozmowy pozwala sobie na żarty. Gdy mówi o żonie - płacze. Gdy mówi o oszczędnościach - raz po raz zawiesza głos. Gdy mówi o banku - wścieka się.

Kilka razy powtarza: 10 kwietnia 2017 roku to najgorszy dzień mojego życia.

- Wzięliśmy wnuki na zakupy, bo kupowaliśmy sukienkę na komunię. I przy okazji chciałem z żoną załatwić sprawę kończącej się lokaty bankowej. Ani ja, ani ona nie jesteśmy biegli przy komputerze, więc wygodniej było się po prostu przejechać samochodem raz i załatwić wszystko jednego dnia w oddziale banku. To raptem kilkanaście kilometrów od domu - opowiada.

Do banku - oddział GNB - zabrał wnuki ze sobą. Lokaty, z którą przyszedł, wcale nie przedłużył. Zamiast inwestycji na 36 tys. zł dość szybko pojawiła się w grze kwota 200 tys. zł. To wszystkie oszczędności rodziny, część ulokowana była w innych, wciąż aktualnych, lokatach.

Jak opowiada Alfred, usłyszał, że może zarobić, o wiele więcej niż na lokacie, kupując obligacje Getin Noble Banku.

- "Bank otwiera same nowe oddziały, z 10 lat będzie się tak prężnie rozwijał, to pożycza pieniądze od ludzi i sowicie ich za to wynagrodzi". Tak mi opowiadał doradca. I nawet ręką pokazywał na ten oddział, że taki ładny, taki nowy, kanapy eleganckie - wspomina mężczyzna.

Atutów miało być wiele: po pierwsze, wykup obligacji miał nastąpić po 7 latach, a więc skończyłyby się wycieczki do banku, by zdecydować, co dalej z krótkoterminowymi lokatami. Dla starszego małżeństwa było to ułatwienie. Do tej pory jeździli co kilka miesięcy, by wybrać nową ofertę. Podobało im się, że już nie będą musieli.

Po drugie, oprocentowanie było o wiele bardziej atrakcyjne: stawka WIBOR + 5 proc., co łącznie dawało około 7 proc. zysku w ciągu roku, czyli w przypadku ich inwestycji - kilkanaście tysięcy złotych.

Po trzecie, "żeby bank upadł, to musiałaby chyba wybuchnąć wojna". Tak usłyszał pan Alfred. I w końcu uwierzył. Bo kto to pamiętał, żeby duży bank, z oddziałami w całej Polsce, po prostu upadł? Niewielu.

- Nasz doradca kończył studia teologiczne, księdzem miał być! Mieliśmy do niego zaufanie, nie było powodów, by mu nie wierzyć. I dlatego nie przedłużyliśmy jednej lokaty, a resztę po prostu rozwiązaliśmy. I mam wciąż w głowie te słowa: jedynie wybuch wojny mógł spowodować, że te pieniądze znikną. A ja myślałem wtedy, że jak przyjdzie wojna, to i lokaty bankowe nie będą bezpieczne. I to nas przekonało. Choć mówiłem, że nie chcę żadnego ryzyka, żadnego. Żona to się trzęsie na myśl, że miałaby stracić choć jedną złotówkę, jakiś grosik. W życiu by się nie zgodziła - opowiada.

Alfred oszczędzanie zaczął jeszcze w Górnośląskim Banku Gospodarczym - ten zaczął działać w latach 90., a na początku XXI wieku zamienił się w Getin Bank (a potem, w ramach przejęć i połączeń, powstał Getin Noble Bank). Konto było od lat, więc i powodów do przenoszenia nie było. - Kolana niedomagają, słuch coraz gorszy, czas już odpoczywać - mówi. I wspomina, że pieniędzy dorobił się podczas wyjazdów na kontrakty: do byłego NRD, do Włoch. Tam budował papiernie. Pieniądze wysyłał niepracującej żonie, a ona odkładała na konto.

Bankowy doradca był przekonujący. W efekcie Alfred z żoną stali się posiadaczami obligacji Getin Noble Banku - seria PP6-VI; cokolwiek by to znaczyło. Z tych obligacji to zostały mu już tylko wydruki wszystkich dokumentów, odpowiedzi na reklamacje, wysłane wiadomości e-mail. Po zakończonej rozmowie wysyła zdjęcie stosu papierów.

- A gdy pytaliśmy, czy to wszystko ma ręce i nogi, to słyszeliśmy, że nikt nas nie pozwoli skrzywdzić. Nie uwierzyłby pan w to? Nigdy nie interesowaliśmy się bankowością, ale banki nie upadały w ostatnich latach. A na pewno nie takie duże! - mówi pan Alfred.

- Najpierw miałem żal do doradcy, dziś mam tylko do siebie. Widzę w oczach żony łzy, ma 829 zł emerytury, nie przepracowała co najmniej 20 lat (dlatego jej świadczenie jest poniżej emerytury minimalnej - red.), zajmowała się domem. Oszczędzała wszystko, co zarobiliśmy, właśnie po to, by mieć co na emeryturze wydawać. A nie ma z tego nic. A jak wnuczek zapytał, czy mamy za co żyć, to co mieliśmy odpowiedzieć? Na chleb i wodę jest. Nie wiem, czy przez ostatnie dwa lata przespałem choć jedną pełną noc. Latem człowiek na ogród wyjdzie, zimą tylko gapi się na te sterty dokumentów, reklamacje, wiadomości.

Teresa i Małgorzata

- Mama, Teresa, wiedzę o tym, że straciła oszczędności życia, przypłaciła zawałem - przekonuje Małgorzata, jej córka (dane do wiadomości redakcji). "Pacjentka skierowana przez lekarza rodzinnego z powodu zmian w EKG, uczucia kołatania w klatce piersiowej oraz wysokich wartości ciśnienia tętniczego" - notuje lekarz na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Proponuje leczenie krótkotrwałe, bo stan związany jest "ze stresującą sytuacją".

- Bałam się, że umrze. Że nie wytrzyma tego wszystkiego, że załamie się, podda. Dziś wraca do siebie, ale widzę, że to nie jest ten sam człowiek. Wszystkiego się boi, nawet podpisać się w urzędzie. Jakby była cały czas sparaliżowana, trochę w szoku. Czasami jej nie poznaję - dodaje córka.

O tym, że 50 tys. zł zmieniło się w zero tysięcy i zero złotych, Teresa najpewniej dowiedziała się tuż przed tegorocznymi świętami Bożego Narodzenia. Córka, oglądając materiały na YouTube, usłyszała o "aferze Getin Noble Banku". Więc sprawdziła, czym afera jest. Dowiedziała się, że "przymusowa restrukturyzacja Getin Noble Banku zamieniła warte setki milionów złotych obligacje w bezwartościowe zapisy na kartkach. Dziś nie ma ich już kto spłacać".

Na tych "bezwartościowych kartkach" Teresa zostawiła 50 tys. zł, na które pracowała z mężem całe życie. - Prowadzili niewielki kiosk. Raz pieniędzy było więcej, raz mniej, a raz wcale, ale odkładali, co mogli. I chyba to ją najbardziej w tym wszystkim zniszczyło. Dla wielu te 50 tys. zł to niewiele, ale dla niej to dorobek życia - mówi córka Małgorzata.

- Nie wiedziałam, czy jej mówić, czy nie mówić. W końcu miałam z tyłu głowy, że może ją to zabić, ale… miała się dowiedzieć od sąsiada? - zastanawia się.

Powiedziała.

Krótko po świętach Teresa trafia na SOR. Diagnoza też jest krótka: świeżo przebyty zawał mięśnia sercowego. A w szpitalnym wypisie ktoś nawet wpisał, że powodem były złe informacje na tle finansowym. "Pacjentka przyznaje, że dolegliwości pojawiły się od momentu dowiedzenia się o dużej stracie pieniędzy w banku" - to powody jej stanu zdrowia, wpisane wprost do karty informacyjnej na SOR. Medycy uznali, że zawał przez pieniądze jest możliwą wersją wydarzeń.

A jak się zaczęło? Tak samo jak u Alfreda. Teresa poszła do banku, by zdecydować, co dalej zrobić z lokatą. Wróciła do domu z obligacjami Getin Noble Banku. Co ważne dla tej historii - ona lokatę na obligacje zamieniła w Szczecinie, niemal 550 kilometrów od Alfreda.

- Nie wiem, czy mama w ogóle wiedziała, że kupuje obligacje banku, że w zasadzie pożycza bankowi pieniądze. Lata temu, jeszcze jak tata żył, kupowali kilka razy obligacje Skarbu Państwa i pewnie jej się dobrze kojarzyło - przypuszcza Małgorzata. - A czy ktoś jej powiedział, jaka jest różnica? Nie sądzę - mówi.

Teresa ma więc na koncie obligacje serii PP6-IX. Tak jak Alfred nie potrafiłaby rozszyfrować, co to w zasadzie oznacza. Ma ich 50, po 1 tys. zł za sztukę każda. W ankiecie wiedzy o produkcie inwestycyjnym nie jest wypełnione żadne pole. Jest tylko podpis doradcy i pieczątka placówki. W dokumencie "Wyniki ankiety wiedzy klienta o produkcie inwestycyjnym" stoi jasno: wiedza klienta jest nieodpowiednia. Klient został o tym ostrzeżony i… tyle.

- Mama jest cały czas na lekach uspokajających, oczywiście bierze też środki na serce. Utrzymuję ją w nadziei, że powalczymy o pozytywne rozwiązanie, ale w zasadzie tematu nie poruszamy. Ogląda teleturnieje, rozwiązuje krzyżówki, ale wiem, że czuje się jak ofiara. I wstydzi się tego. Nie chce mówić rodzinie, nie chce nikomu opowiadać, że dała się tak nakręcić na ryzyko - opowiada córka.

Był nawet moment, gdy Teresa chciała zrezygnować z obligacji. Było to wtedy, gdy z rynku znikał Idea Bank (na początku 2021 r., wskutek działań Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, klienci Idea Banku zostali przeniesieni do Pekao SA). Usłyszała jednak w oddziale, że nie ma powodów do zmartwień, bo Idea Bank z Getin Noble Bankiem niewiele ma wspólnego. Choć w rzeczywistości oba banki to przecież dzieła Leszka Czarneckiego.

Renata i Wiesław

- 960 zł na koncie. I ani złotówki więcej, nic. I dom w trakcie budowy. Zapamiętam do końca życia ten moment, gdy zorientowałam się, że mamy z Wiesławem tylko tyle - opowiada Renata (pełne dane do wiadomości redakcji). Mają po 50 lat. On przez kilka dekad prowadził piekarnię. "Pracujący właściciel", taki był, tak go opisuje. Ona była kierowniczką produkcji w jednej z lokalnych, kaliskich firm. Poznali się dziesięć lat temu. I jeszcze niedawno w planach mieli ślub.

- Ślub trochę na stare lata, ale człowiek z wiekiem zaczyna zwracać uwagę na kwestie formalne, czyli chociażby dostęp do informacji o stanie zdrowia, inne kwestie majątkowe. Może i mało romantyczne, ale tak sobie mówiliśmy, że warto to wszystko sformalizować, tak na wszelki wypadek - opowiada Renata.

Żadnych planów jednak dziś nie realizują. - Zawieszone są - ucina krótko.

Na obligacje Getin Noble Banku wydali blisko 4 mln zł. W portfelu mieli ponad 4 tys. obligacji (po 1 tys. zł każda). Kupowane w różnym czasie, więc różne serie papierów; jak zobaczyli, że bank płaci odsetki, to dokładali. Widzieli, że to pewna firma. Raz przelew na niemal 2 mln zł, innym razem na 160 tys. zł. I tak raz po raz.

Kalkulacja była prosta - pieniądze całego życia wędrują na bezpieczne inwestycje, a oni żyją z odsetek. Przy takiej kwocie mieliby w sumie nieco ponad 200 tys. zł rocznie - czyli po niespełna 20 tys. zł miesięcznie. Na przeżycie i życie na dobrym poziomie wystarczy.

- Wystarczało i na przeżycie, i na wiele więcej, na podróże po całym świecie - wspomina Renata.

Najwspanialsza na liście? Dominikana. Bo ludzie są tam wyjątkowo serdeczni. Zamiast słonecznej Dominikany Renata ma jednak dziś dwa etaty: pracuje na stacji benzynowej i w piekarni. Łączy nocki z pracą w ciągu dnia. I ma 4,5 tys. zł na życie. Wiesław nie pracuje.

- Nie jest w stanie. Nie ma w nim woli pracy, uśmiechu, życia. Pracę z tylu dekad oddał do banku, bo miało być bezpiecznie. Nie ma dziś z tego nic, a życie wywróciło się do góry nogami - opowiada.

- "Ciężko" nam to mało powiedziane. Nie rozmawiamy o tym temacie, bo Wiesława to denerwuje. Sami się z tym mierzymy, bo przecież nie ma komu opowiedzieć historii o tym, że 4 mln zł po prostu wyparowały. Kto nam będzie współczuł? Kto pomyśli, że nas szkoda? Chyba nikt. Nie sądzę, by ktoś nas pożałował. "Włożyli pieniądze, powinni liczyć się ze stratą" - myślę, że tak ludzie będą mówić - mówi Renata.

Rozmawiamy tuż po tym, gdy wróciła z nocnej zmiany w pracy. - Nie będę oszukiwać, nie byłam przygotowana na taką zmianę w życiu. Nie boję się pracy, ale… To nie jest życie, to walka o przetrwanie - mówi. I dodaje: o pomoc nikogo prosić nie będziemy.

Sprzedali dwa samochody, żeby jakoś się utrzymać. Z garażu wyparowały BMW i Mercedes, budowę domu po prostu zawiesili. Majątek stanowiło jeszcze jedno mieszkanie, więc w nim żyją. 37-metrów kwadratowych, salon z kuchnią. Renata jeździ do pracy starym Nissanem. - Czasami niektórzy się patrzą na mnie krzywo. Wiedzieli, że przecież kiedyś czymś innym jeździłam. A może sama sobie to już wmawiam? - pyta.

Wiesław rozmawiać nie chce. Jest pod opieką specjalistów.

Dlaczego cały majątek postanowili włożyć do jednego banku, de facto w jeden produkt? Jednej odpowiedzi nie ma. Pieniądze były wpłacane partiami, obligacje dokupowane z kolejnymi emisjami. Za każdym razem doradca przekonywał, że to produkt podobny do lokaty. Podobny, czyli bezpieczny. I w żadnym momencie przez gardło nie przeszło nikomu w banku jedno słowo: dywersyfikacja.

Renata i Wiesław po prostu go nie znali, a doradcy go nie użyli.

I tak całe oszczędności wylądowały w jednym miejscu. Dopóki odsetki się zgadzały, dopóty nie było podejrzeń. O tym, że pieniędzy nie ma i nie będzie, dowiedzieli się 30 września 2022 roku, wraz z informacjami od Bankowego Funduszu Gwarancyjnego o przymusowej restrukturyzacji Getin Noble Banku.

- To wyda się dziwne, ale tego dnia pojechaliśmy do Warszawy na imprezę "Roztańczony Narodowy", bo lubimy disco polo. Nic z koncertu nie pamiętam. Byłam w szoku, w zasadzie wszystko robiłam automatycznie. I już od kolejnych dni wiedziałam, że trzeba będzie walczyć o pieniądze. Jak dziś sobie przypominam ten "roztańczony" stadion, to… Nie wiem, jak to nawet wyjaśnić - opowiada Renata.

- Bankowy Fundusz Gwarancyjny stworzył na naszej krzywdzie perfekcyjny twór. Bez obciążeń, bez frankowiczów, bez problemów i bez obligacji do spłacenia. Jak widzę reklamy VeloBanku w telewizji, to mi się od razu gorzej robi.

Podjęta rękawica

Ludzie, gdy dowiedzieli się o stracie pieniędzy, czuli osamotnienie. Stracili nie tylko pieniądze, lecz także poczucie wartości - własnej.

- Byłem głupi, naiwny, omamiony - powtarza niemal każdy, z kim rozmawiamy.

I większość wcale nie kryje, że się wstydzi. Bo ludzie wyśmieją. Bo będą pouczać, że tylko idiota kupowałby obligacje prywatnego banku. Bo przecież gdy kupowali, to już w specjalistycznej prasie dwóch analityków mówiło, że imperium Czarneckiego będzie schodziło z piedestału, a nie wdrapywało się jeszcze wyżej.

Bo banki, wy głupcy – będą pouczać - upadają, czego najlepszym przykładem jest Lehman Brothers, amerykański bank inwestycyjny, i historia jego upadłości z 2008 r. W świecie finansów nie ma świętych krów. Paść może każdy.

Kilka osób stwierdziło jednak, że trzeba walczyć; że przecież winni sytuacji są nie oszukani, lecz ten, kto oszukiwał. Bo o tym, że doszło do oszustwa - co najmniej w potocznym tego słowa rozumieniu - przekonani są wszyscy.

Ludzie zaczęli gromadzić się w internecie. Na Facebooku, w grupie "Poszkodowani akcjonariusze i obligatariusze Getin Noble Bank", kolejne osoby dzielą się swoimi historiami oraz planują, jak odzyskać pieniądze.

Część o całe zło obwinia GNB - bo nikt nie chciał ryzyka, a wszyscy skończyli z obligacjami. Ale wiele osób największe pretensje ma do organów państwa – bo politycy nie uchronili, bo Komisja Nadzoru Finansowego i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przez wiele lat nie reagowały na "oczywiste oszustwa", bo Bankowy Fundusz Gwarancyjny "umorzył oszczędności życia". Zdarzają się pojedyncze głosy, że gdyby tylko nie było przymusowej restrukturyzacji, to bank by zaraz wszystko każdemu zapłacił. Bo kiedyś przecież płacił.

Ale fakty są takie, że restrukturyzacja była, a GNB był na skraju upadku.

Działającym wspólnie poszkodowanym klientom szybko udało się znaleźć prawników i ekspertów, którzy zadeklarowali, że pomogą za darmo. Część z nich sama kiedyś "utopiła" pieniądze lub dał się wkręcić ktoś z ich rodzin, inni biorą co jakiś czas sprawę pro bono, jeszcze inni - zapewne - chcą rozreklamować swoje usługi. Dziś dla ludzi to nieważne; istotne, że chcą pomóc i nie trzeba im płacić, bo prawda jest taka, że wielu nie miałoby jak.

Ustalony przez koordynatorów akcji wspólnie z prawnikami plan zakładał, że trzeba znaleźć jak najwięcej osób, które wypełnią ankietę. 63 pytania podzielone na 19 sekcji. W tym wiele szczegółowych.

Ostatecznie kwestionariusz wypełniło 330 osób.

Oto obraz, jaki wyłania się z wersji wydarzeń podawanych przez klientów banku.

W zasadzie każdy, kto kupił obligacje GNB, jest przekonany, że został wprowadzony w błąd.

Przytłaczająca większość obligatariuszy szła do banku, by założyć lub przedłużyć lokatę bankową.

Doradcy klienta mieli przekonywać jednak, że lokaty są już nieopłacalne, że lepiej "założyć" - takiego słowa niektórzy z nich używali - obligacje. I z tego wynikać miały same korzyści: wyższe oprocentowanie, dłuższy czas związania umową, co wielu się podobało, bo nie będzie trzeba częściej się zastanawiać. A ryzyko? "Jakie ryzyko? Pieniądze pewne jak w banku" - o takich sformułowaniach od doradców mówią dziś byli klienci.

Pracownicy GNB, zgodnie z przepisami, powinni sprawdzać, czy oferowany przez nich produkt jest dostosowany do potrzeb klienta. Miał to powiedzieć tzw. formularz MiFID.

"Pracownicy banku albo w ogóle nie przeprowadzali ankiety MIFID z klientami banku, albo też wypełniali te dokumenty za konsumentów, a jedyną czynnością konsumentów - działających w zaufaniu do swoich doradców - było podpisanie uzupełnionej ankiety" - czytamy w zawiadomieniu do prezesa UOKiK.

W odpowiedziach udzielonych w ankietach niemal wszyscy wskazują to samo: że formularz wypełniał albo pracownik banku i dawał jedynie do podpisu, albo mówił, co należy zaznaczyć, by doszło do transakcji.

"To taka tam nieistotna biurokratyczna formalność" - usłyszało wiele osób. Jak relacjonują - wierzyli, bo przecież to ani pierwsza, ani ostatnia "nieistotna biurokratyczna formalność" w ich życiu. A zwłaszcza w banku.

Z odpowiedzi obligatariuszy w ankietach wynika też, że większość z nich nie zdawała sobie sprawy z różnicy pomiędzy "bezpieczną lokatą" a obligacjami.

Klienci w ankietach deklarują, że pracownicy GNB nie ostrzegali ich, że lokaty są objęte gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego do równowartości 100 tys. euro, a obligacje nie. W ankietach pojawia się też informacja, że pracownicy banku przekonywali, że obligacje też są "gwarantowane"; choćby przez to, że Komisja Nadzoru Finansowego nie dopuściłaby do robienia przekrętów i pokrzywdzenia ludzi przez bank.

Spowiedź

Przeciwko GNB coraz częściej występują też byli pracownicy. Niektórzy opowiadają jak wyglądała sytuacja z ich perspektywy. Część deklaruje, że jeśli tylko UOKiK będzie chciał z nimi porozmawiać - to - z zachowaniem anonimowości, by nie narazić się na nieprzyjemności ze strony byłego pracodawcy - porozmawiają.

Jak zatem wyglądał proces sprzedaży obligacji GNB z perspektywy pracowników banku?

Ich relacje znajdują się m.in. w dokumentach przekazanych do UOKiK. Zapoznaliśmy się z ich treścią. Można z niej wyodrębnić kilka zasad:

Po pierwsze - opisują byli bankowcy - każdy klient, któremu kończyła się lokata, miał dostać propozycję zapisu na obligacje. Jeśli miał inną lokatę - należało zaoferować przeniesienie środków na obligacje. "Zerwanie" lokaty miało być korzystne dla klienta - wypłacano mu odsetki.

Po drugie, "każdy" klient oznaczał naprawdę każdego klienta - czyli młodego, starego, świadomego i nieświadomego.

"Skoro jest w stanie przyjść do banku i się podpisać, to znaczy, że jest świadomy" - takie rzeczy byli pracownicy mieli słyszeć na szkoleniach.

Mieli też być szkoleni, by pokazywać obligacje jako "tak samo bezpieczne jak lokata" i bardziej zyskowne dla klienta od lokaty.

Na szkoleniach - według relacji byłych pracowników GNB – prowadzący mieli też podkreślać, że klienci nie powinni się bać związania z bankiem aż na 7 lat, bo przecież w każdej chwili mogą sprzedać obligacje na rynku wtórnym z zyskiem (co było kłamstwem, bo z czasem chętnych na obligacje GNB było niewielu, a wartość papierów była znacznie niższa niż w chwili pierwotnego zakupu - red.).

Pracownicy banku mieli też mówić klientom, że praktycznie nie mogą stracić pieniędzy, bo w praktyce bank w Polsce nie może upaść, jest silny nadzór KNF nad bankami, a nawet gdyby jakiś bank miał upaść, to wykupi go inny i przejmie wszystkie obligacje. Z relacji wynika, że tworzono przemawiające do wyobraźni porównania: "prędzej wojna wybuchnie, niż bank upadnie", "szybciej globalna zaraza nas wszystkich pozabija, niż pieniądze przepadną".

Sprzedaż miała być "agresywna". Placówki miały wyznaczone plany do realizacji, za dobre wyniki były premie. Jeśli więc ktoś chciał pracować i lepiej zarabiać, musiał oferować obligacje klientom.

Na szkoleniach doradcy klienta ponoć słyszeli, że najważniejsze są dwie rzeczy: stworzenie aury wyjątkowości i przemijalności oferty ("tylko dzisiaj mamy takie warunki, jutro będą gorsze"). Pomagał w tym fakt, że emisje były ograniczone. I często klienci ostatecznie kupowali mniej obligacji, niż wstępnie deklarowali. Najczęściej wracali i tak w kolejnej serii - skoro bowiem jest tylu chętnych, a "towar" wręcz reglamentowany, to chyba jest to najlepszy dowód na to, że warto, prawda?

Istotą było to, by klient poczuł się ważny i by zgodził się na zakup obligacji podczas wizyty w placówce. Gdy bowiem pójdzie do domu, zastanowi się, doczyta w internecie lub spyta znajomych - wtedy może obligacji już nigdy nie kupić.

To dopiero początek

Zdaniem prawników, którzy przygotowali zawiadomienie do prezesa UOKiK, to dopiero początek walki ludzi o odzyskanie pieniędzy. Najprawdopodobniej bowiem nawet po wyczekiwanym przez poszkodowanych działaniu UOKiK trzeba będzie w każdej sprawie iść oddzielnie do sądu. Po prostu będzie łatwiej uzyskać korzystny wyrok.

- Klienci banku nie wiedzieli, co kupują, nie było im przedstawiane ryzyko inwestycji, bardzo często było to porównywane do zamiennika lokaty bankowej, równie bezpiecznego - podkreśla Kamil Hupajło, radca prawny i partner w kancelarii KHG Hupajło Grzegorczyk i Partnerzy.

I dodaje, że obligatariusze byli wprost zapewniani o bezpieczeństwie twierdzeniami, że przecież "bank w Polsce by nie upadł" oraz że "Getin ma 60 mld zł, więc ma dużo środków na spłatę".

- Kierujemy zawiadomienie do UOKiK, bo wierzymy, że prezes urzędu dostrzeże krzywdę tysięcy nabywców obligacji. Stwierdzenie, że doszło do missellingu [proponowanie konsumentom usług finansowych niedostosowanych do ich potrzeb - red.] - co wydaje się oczywiste - bardzo ułatwiłoby konsumentom prowadzenie sporów m.in. z VeloBankiem w sądach - przyznaje adwokat Magdalena Musiał, prowadząca własną praktykę.

- Zarazem skorzystałby na tym wymiar sprawiedliwości - w każdej z setek, a być może tysięcy spraw sąd mógłby posiłkować się ustaleniami UOKiK, a nie każdorazowo prosić urząd o pomoc lub samodzielnie analizować to, co zostało już przeanalizowane przez wyspecjalizowany państwowy organ - dodaje.

Z kolei radca prawny Beata Strzyżowska, prowadząca własną kancelarię, przyznaje, że ofiarami misselingu najczęściej padają osoby starsze. Ale przecież każdy konsument w świetle prawa jest tak samo chroniony.

- Ludzie młodzi i wykształceni wcale nie byli całkiem odporni na stworzoną machinę kłamstwa, w której naczelnym hasłem było, że obligacje Getin Noble Banku to "produkt bezpieczny jak lokata". Rozliczać trzeba przedsiębiorców, którzy wprowadzali w błąd, a nie konsumentów, którzy dali się w błąd wprowadzić - konkluduje Strzyżowska.

Pan Alfred: - To wina państwa.

Pani Renata: - Na naszej krzywdzie ktoś teraz będzie robił doskonały biznes, będzie zarabiał dalej, a my zostaliśmy z niczym.

Pani Małgorzata: - Naprawdę nikt nie wiedział, że to wszystko upadnie?

Wraz z upadkiem i restrukturyzacją formalnie zniknął poprzedni zarząd i rada nadzorcza Getin Noble Banku. Obligacje, które emitował Getin Noble Bank, umorzył Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Ten sam Fundusz wydzielił z upadłego GNB "zdrową" część, czyli VeloBank.

Co to oznacza? Że w tej chwili najbardziej oczywista strona sporu w praktyce nie istnieje. VeloBank na ten moment - prawnie - ma z całą sprawą niewiele wspólnego. Do Getin Noble Banku obligatariusze nie mają po co iść, odpowiedzialność VeloBanku nie jest wcale ustalona. Sprawa przed UOKiK to dopiero pierwszy krok, by w tej sprawie ludzie, którzy stracili pieniądze, mieli się w ogóle z kim o nie sądzić.

Olaf Maciejowski, radca prawny w kancelarii Kozak-Hamala Maciejowski, wyjaśnia, że wobec Getin Noble Banku nie jest możliwe wszczynanie postępowań egzekucyjnych, a sprawy cywilne mogą być na wniosek Bankowego Funduszu Gwarancyjnego zawieszane. Natomiast uważa, że poszkodowani mogą dochodzić roszczeń od VeloBanku.

Istotą zawiadomienia do prezesa UOKiK jest więc otwarcie ścieżki do walki z VeloBankiem, którego zarządzający przekonują, że w ciągu trzech lat osiągnie 1,5 mld zł zysku. Miałby więc z czego płacić za błędy poprzednika.

Zapytaliśmy VeloBank, czy czuje się odpowiedzialny za spłatę obligatariuszy. W skrócie: nie czuje, bo uważa się za całkowicie niezależną instytucję od GNB.

Zapytaliśmy również o to, ilu pracowników Getin Noble Banku pozostało w nowym banku oraz czy nowe władze zainteresowały się oskarżeniami o proponowanie konsumentom usług finansowych niedostosowanych do ich potrzeb, czyli wspomniany misselling.

VeloBank odsyła do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego wszystkich tych, którzy chcą pytać o akcje i obligacje. "(…) jest całkowicie niezależny od Getin Noble Banku w restrukturyzacji. Wszelkie pytania dotyczące kwestii związanych z akcjami i obligacjami Getin Noble Banku powinny być kierowane bezpośrednio do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego" - tłumaczy Artur Newecki, rzecznik prasowy VeloBanku.

- VeloBank nie prowadzi przeglądu historycznych procesów biznesowych niezwiązanych z bieżącą działalnością banku - zaznacza. A jednocześnie potwierdza, że 90 proc. pracowników VeloBanku to byli pracownicy Getin Noble Banku.

Autorzy:

Mateusz Ratajczak - mateusz.ratajczak@grupawp.pl

Patryk Słowik - patryk.slowik@grupawp.pl

Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Źródło:
WP magazyn