Katar wstrzymuje produkcję LNG. Wracają zmory sprzed lat. Europa też to odczuje
Produkcja gazu w Katarze została wstrzymana po tym, jak dwie instalacje w północnej części kraju należące do QatarEnergy zostały zaatakowane. Informacja ta wywołała falę wzrostów cen na rynkach. Skutki odczują wszyscy.
Największy producent LNG QatarEnergy zawiesił w poniedziałek produkcję skroplonego gazu ziemnego LNG po ataku dronów na zakład energetyczny w Ras Laffan oraz zbiornik z wodą w elektrowni w Mesaieed Industrial City w północnym Katarze. We wtorek firma dodała, że wstrzymuje także produkcję innych produktów w tym mocznika, polimerów, metanolu, aluminium.
W kompleksie Ras Laffan znajdują się największe zakłady przetwórcze skroplonego gazu ziemnego przeznaczonego na eksport. Informacja ta, wzmocniona groźbą paraliżu transportów gazu i ropy przez kontrolowaną przez Iran Cieśninę Ormuz spowodowała wzrost cen energii na światowych rynkach, o 50 proc. w Europie i 39 proc. w Azji.
Katar, produkujący rocznie 106,9 mld metrów sześc. LNG (dane za Energy Institute, Statistical Review of World Energy 2025) należy do pierwszej trójki producentów na świecie, za Stanami Zjednoczonymi (115,2 mld metrów sześc. rocznie) i przez Australią (106,8 mld m sześc. rocznie). Nic więc dziwnego, że widmo utraty dostaw na rynki budzi poważny niepokój.
- Uszkodzenie infrastruktury LNG w Katarze, wywołało reakcję rynków, ale tak naprawdę niewiele wiemy o szczegółach zniszczeń. Procedury nakazują wstrzymanie produkcji i sprawdzenie wszelkich potencjalnych uszkodzeń. Może się okazać, że produkcja wróci za dwa-trzy dni, bo tyle zwykle zajmuje przegląd instalacji. Niewiadomą jest również możliwość transportu przez Cieśninę Ormuz. Czy dojdzie do paraliżu? Będzie to ryzyko wliczone w cenę surowca - ocenia w rozmowie z money.pl Tymon Pastucha, analityk Polskiego Instytutu Spraw Zagranicznych (PISM).
Skutki odczują wszyscy
Katarski eksport LNG stanowi 20 proc. światowego rynku. Co piąty transport skroplonego gazu musi przekroczyć Cieśninę Ormuz. Tymczasem, według agencji informacyjnej Anadolu, ruch związany z transportem LNG i ropy w tym rejonie spadł o 86 procent, po groźbach Irańskiej Gwardii Rewolucyjnej, że podpali każdą jednostkę próbującą przepłynąć przez ten szlak.
Najbardziej dotknięte będą rynki azjatyckie, zwłaszcza Bangladesz, Indie i Pakistan, ale również Chiny - podkreśla w rozmowie z money.pl dr Szymon Kardaś, analityk European Council on Foreign.
Jak dodaje, wciąż pozostają jednak dostawcy z Australii i USA. - Dla amerykańskich producentów Europa stała się rynkiem numer jeden, ale pytanie, jak będą reagować na oferty składane przez kraje z Azji, zwłaszcza na rynku spotowym - dodaje dr Kardaś. - Nie ulega wątpliwości, że globalny rynek odczuje ewentualny ubytek katarskiego gazu, zwłaszcza jeśli jego braki będą się przedłużać.
Chiny już zaczynają wywierać presję na Iran, w kwestii ograniczeń dostaw gazu z Zatoki Perskiej. Zareagowały również Indie, które są czwartym co do wielkości odbiorcą LNG na świecie i w dużym stopniu polegają właśnie na imporcie z Bliskiego Wschodu. Ten południowoazjatycki kraj jest głównym odbiorcą LNG dla Abu Dhabi National Oil Company i drugim co do wielkości odbiorcą katarskiego LNG - przypomina Al Jazeera.
Indyjskie firmy zmniejszyły dostawy gazu ziemnego dla przemysłu w obawie przed ograniczeniem dostaw. Jak podała agencja Reutera, cięcia wyniosły od 10 do 30 procent. Według jednego ze źródeł państwowy GAIL i Indian Oil Corp (IOC) poinformowały klientów o przerwach w dostawach gazu w poniedziałek późnym wieczorem.
- Większość, bo około 80 proc. gazu z Kataru trafia na rynki azjatyckie głównie do Chin. Japonii Indii i Korei Płd., a dla porównania do Europy trafia mniej niż 20 proc. To oznacza, że ewentualna utrata wolumenów produkowanych przez Katar najbardziej będzie dotkliwa dla odbiorców z Azji - podkreśla Pastucha.
Spirala się nakręca. Europa może zostać trafiona rykoszetem
Problemy odbiorców w Azji pośrednio stają się problemami Europejczyków, choć sumaryczny import katarskiego gazu przez UE nie jest znaczący. - Może ważyć indywidualnie więcej najwięcej dla Włoch, czy dla Polski, ale nie są to kluczowe wartości - przypomina dr Kardaś.
Jak podkreśla, Polska dysponuje rozbudowaną infrastrukturą przesyłową oraz regazyfikacyjną, co umożliwia odbiór gazu z różnorodnych kierunków na całym świecie. Według ostatniego całościowego raportu za 2024 r katarski gaz stanowił ponad 16 proc. dostaw, co odpowiadało 2,40 mld m sześć. gazu. Znacznie większym eksporterem do Polski są USA. W całym 2024 r. kupiliśmy 3,58 mld m sześc. gazu z USA za 1,1 mld euro. Jego udział w polskim imporcie gazu skroplonego sięgnął 56 proc. W 2025 r. było to już 5,62 mld m sześc. (czyli 4,07 mln ton LNG – wynika z wyliczeń Instytutu Studiów Energetycznych).
- To jednak nie oznacza, że Europa nie odczuje skutków wstrzymania produkcji przez Katar. W zależności, jak długo potrwa przerwa, rosnąć będzie konkurencja między importerami z Azji i Europy na rynku spotowym. To przełoży się na ceny. W tym kontekście Europa może zostać trafiona rykoszetem - dodaje analityk PISM.
Jak zaznaczają analitycy z którymi rozmawialiśmy, głównym powodem napięć będzie właśnie rosnąca rywalizacja o te wolumeny gazu, które pozostaną na rynku.
- Rynek jest wrażliwy. Prognozowana nadpodaż LNG dotyczy 2027-28 r., w tym roku rynek gazu pozostaje napięty. Otworzenie nowej instalacji, czy szybkie zwiększenie eksportu, aby pokryć ewentualny brak gazu z Kataru, jest mało realny. Dodatkowym problemem jest zapewnienie możliwości transportowych, ceny frachtu już wzrosły, część jednostek utknęło w Zatoce Perskiej.
Kryzys na miarę 2022 roku? Wracają zmory
Jak przypomina dr Kardaś, decyzja o wstrzymaniu produkcji gazu przez Katar jest świeżą, wciąż na rynku są dostawy, które dopiero co poszły w świat. - Na razie rynki reagują wahaniami cen, ale to efekt obaw i wyceniania ryzyk, a nie braków surowca. Faktyczne problemy mogą się zacząć w horyzoncie kwietnia i kolejnych miesięcy, jeśli sytuacja w Zatoce Perskiej będzie eskalować.
Choć Donald Trump początkowo informował, że bombardowanie Iranu może potrwać około 4-5 tygodni, to we wtorek rano stwierdził, że arsenał broni, jaką dysponują Amerykanie, pozwala "na prowadzenie wojny bez końca". Z drugiej strony premier Izraela Benjamin Netanjahu przekonywał, że amerykańsko-izraelska operacja przeciwko Iranowi będzie "szybką i zdecydowaną akcją", a nie wojną bez końca.
Zdaniem analityka PISM, Iran wciąż będzie wymierzał ciosy, a celem będzie również infrastruktura eksportowa. - Działania Iranu mające na celu podniesienie kosztów ekonomicznych operacji USA i Izraela, angażowanie świata poprzez wywoływanie globalnych napięć ekonomicznych poprzez uderzenia na infrastrukturę eksportową i produkcyjną ropy i gazu mogą się powtarzać. To z punktu widzenia Teheranu sposób na obronę - zaznacza Pastucha.
To rodzi obawy, że wrócą zmory sprzed kilku lat i zwłaszcza Europa, która zależna jest od importu gazu, może znów stanąć przed kryzysem porównywalnym do tego z 2022 roku. Czy takie ryzyko jest realne?
Według dra Kardasia, taki scenariusz razie nam nie grozi. - Takiego ryzyka nie widzę. Europa zainwestowała w swoją odporność. Mamy znacznie więcej możliwości dywersyfikacji dostaw niż te cztery lata temu. Nie ma powodu do paniki - ocenia.
Również Szymon Kardaś uspokaja. Europie nie grozi jednak kryzys na miarę tego z 2022 roku. Jesteśmy w innej sytuacji, znacznie korzystniejszej. Nie jesteśmy tak uzależnieni od jednego kierunku jak w 2022 roku. Głównie sprowadzamy gaz rurociągowy z Dani i Norwegii, mamy dostęp do infrastruktury LNG pozywającej pozyskiwanie surowca z innych rejonów świata. Mamy też już przećwiczone mechanizmy przeciwdziałania. Choćby poprzez obniżenie popytu gazu, przy rosnących cenach, wspólne zakupy i strategię jego magazynowania - wylicza analityk PISM.
Przemysław Ciszak, dziennikarz money.pl