W niedzielę nad ranem doszło do ataku dronowego na zachodzie Ukrainy, w bezpośrednim sąsiedztwie polskiej granicy. - Jesteśmy pewni, że została zaatakowana stacja benzynowa lub jej pobliże, dwa kilometry od naszej granicy, od naszego przejścia, oraz skład pociągu towarowego na bocznicy - powiedział premier Tusk podczas popołudniowej odprawy służb z udziałem ministrów w siedzibie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Podkreślił, że "ważna jest precyzyjna informacja".
- Informacje o zaatakowaniu kolumny ciężarówek lub lokomotywy z pociągu pasażerskiego na trasie Kijów-Warszawa, które się pojawiały nie tylko u nas w mediach, ale też w niektórych relacjach ze strony ukraińskiej, nie mogę powiedzieć, że one są nieprawdziwe, ale my nie potwierdzamy takich zdarzeń – zaznaczył Tusk.
DLA CIEBIEWolność czy pieniądze? Zawsze płacisz jakąś cenę - Alina Sztoch II Pierwsza Praca #2
Pociąg pasażerski Kijów-Warszawa, którego lokomotywa według wcześniejszych doniesień miała zostać zaatakowana, został przyjęty od kolei ukraińskich z opóźnieniem ok. 370 minut, przekroczył przejście w Dorohusku i po zakończeniu odprawy kontynuował podróż w kierunku Warszawy. Dotarł do niej około godziny 16, PKP Intercity informowało, że podróżowało nim 206 osób, a wśród pasażerów nie było obywateli Polski.
Oprócz tego pociągu, rano z Kijowa w kierunku Polski jechał też specjalny pociąg, którym jechali uczestnicy konferencji bezpieczeństwa Yalta European Strategy. Według informacji tygodnika "Spiegel" jechał nim m.in. Günter Sautter, doradca ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa kanclerza Niemiec Friedricha Merza, a także były brytyjski premier Boris Johnson i doradcy ds. bezpieczeństwa innych rządów europejskich, posłowie do Bundestagu, dyplomaci i naukowcy.
Czego możemy się nauczyć od Ukraińców
Pociągiem jechał też Maciej Kuziemski, prezes Fundacji PKO Banku Polskiego. - Nad ranem nasz pociąg się zatrzymał, zostaliśmy obudzeni i poinformowano nas, abyśmy byli gotowi do ewakuacji. Ostatecznie do ewakuacji nie doszło, przynajmniej nie w moim wagonie. Po jakimś czasie pociąg ruszył w dalszą drogę - relacjonuje w rozmowie z money.pl.
- Dla nas to coś wyjątkowego, ale dla milionów Ukrainek i Ukraińców to jest codzienność, o której musimy pamiętać, będąc we wspieraniu Ukrainy solidarnym i cierpliwym. Zmieniają się taktyki tego konfliktu zbrojnego, w którym Rosji coraz bardziej zależy na tym, by brać na cel strategiczną infrastrukturę dotyczącą normalnego życia obywateli Ukrainy. I zgodnie z sygnałami, które potwierdzał Premier Donald Tusk w Bratysławie, musimy być gotowi na to, że tego rodzaju prowokacje będą coraz bardziej dotkliwe również w okolicach polskich granic - zwraca uwagę nasz rozmówca.
- Co powinniśmy z tym zrobić? Oczywiście na poziomie rządowym wspierać Ukrainę w każdy możliwy sposób - zabiegać o wzmocnioną obronę powietrzną i unijne finansowanie finansowania bieżącego funkcjonowania państwa. Ale myślę, że jako społeczeństwo obywatelskie możemy się dużo nauczyć od dzielnego ukraińskiego społeczeństwa w zakresie tego, jak być odpornym i jak adaptować się do tych nowych taktyk oraz jak ćwiczyć zaufanie do instytucji i państwa - tłumaczy Kuziemski.
Jak wyjaśnia, "ogromnym zaufaniem cieszy się wojsko, opierające się nie tylko o profesjonalistów, ale też o zaciąg zwykłych obywateli, którzy zostali do niego wcieleni, bo wymagała tego sytuacja, a w normalnym życiu są bankowcami, dziennikarzami, czy - jak Serhij Żadan - pisarzami". - Analogicznie, każdy z nas może odegrać rolę w systemie odporności, niekoniecznie jedynie w czasie wojny - tłumaczy.
- Ale warto też powiedzieć o tym, że infrastruktura, która w czasach pokoju ma jedno zastosowanie, w czasie wojny może mieć zupełnie inne. Można ją nazwać infrastrukturą dual-use. To coś innego niż schrony. Miejsca, które na co dzień odwiedzamy, jak na przykład oddziały banku, poczty, instytucje kultury, w sytuacjach kryzysowych mogą mieć dodatkowe zastosowania. W Ukrainie to się objawia np. w postaci punktów niezłomności - miejsc, do których można przyjść i naładować telefon, zrobić sobie herbatę czy spotkać innych, gdy zawiodą inne metody łączności - wylicza Kuziemski.
- Myślę, że warto też wspomnieć o warstwie technologicznej, gdzie różne zagrożenia, przed którymi musi się bronić społeczeństwo, mają swoje odzwierciedlenie w całym uniwersum różnych aplikacji. W dużych miastach alarmy dronowe są ogłaszane niemal non stop, ale to nie oznacza, że Ukraińcy i Ukrainki nie wychodzą ze schronów. Bo tak się nie da. W związku z tym powstają kolejne wersje tych aplikacji, których zadaniem jest ostrzeganie przed zagrożeniem. Dostarczają one coraz precyzyjniejszych informacji dotyczących ataku i okolicy, w której do niego dochodzi. I na ich podstawie każdy może dokonać oceny ryzyka. Ukraińskie miasta żyją pełnią życia, niezależnie od zbrodniczych planów Rosji - dodaje.
"Ciągły terror"
Na trudną sytuację Ukraińców zwróciła też uwagę prof. Katarzyna Pisarska, działaczka społeczna, ekspertka ds. bezpieczeństwa międzynarodowego oraz profesor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Ona również podróżowała pociągiem specjalnym z Kijowa.
"Po trzech dniach na Ukrainie mogę tylko podkreślić, jak sytuacja dramatycznie się tam zmieniła od sierpnia. Alarmy przeciwdronowe i przeciwrakietowe pojawiają się w trybie ciągłym, dzień i noc - a Kijów cierpli na brak ochrony przeciwlotniczej. Na skutek rosyjskich nalotów zniknęło z okolic Kijowa większość magazynów wielkopowierzchniowych, a teraz głównym celem są stacje benzynowe i pociągi. Ciągły terror, który ma zniszczyć morale Ukraińców. A zima dopiero za pasem" - skomentowała w serwisie X.
– To jest eskalacja wojny, która w coraz większym stopniu dotyczy bezpośrednio Polski. To dowód na to, że Polska powinna wspierać Ukrainę po to, żeby oddalać wojnę od własnego terytorium – tak natomiast poranny atak blisko granicy z Polską skomentował w rozmowie z money.pl Jakub Karnowski, prezes ukraińskiego KredoBanku z grupy PKO BP.