Zainwestowali w token Zondacrypto. Jego wartość spadła o kilkadziesiąt procent
Problemy z Zondacrypto to nie tylko utracony dostęp do elektronicznych walut przechowywanych na kontach użytkowników. Część klientów giełdy straciła, inwestując w specjalny token oferowany przez Zondę. - W moim wypadku może chodzić o ok. 10 tys. zł, ale takich jak ja jest cała masa - mówi nam Piotr Bujak, emerytowany wojskowy, jeden z inwestujących.
Sytuacja wokół jednej z najbardziej rozpoznawalnych platform do handlu cyfrowymi aktywami staje się z każdym dniem coraz bardziej napięta. Zondacrypto przeżywa poważne kłopoty wizerunkowe i operacyjne. Z informacji płynących z rynku wynika, że użytkownicy zgłaszają narastające problemy z wypłatą powierzonych środków finansowych. Dodatkowy niepokój wzbudziła niedawna decyzja członków Rady Nadzorczej, którzy w obliczu niejasnej sytuacji spółki zdecydowali się złożyć rezygnacje ze swoich funkcji.
Poszkodowanymi są jednak nie tylko ci, którzy trzymali na giełdzie swoje kryptowaluty, ale i użytkownicy, którzy zainwestowali w token Zonda. Dotarliśmy do jednego z takich użytkowników.
O co chodzi w aferze Zondacrypto? "Prezes celowo nam nie odpowiedział"
Kłopoty Zondacrypto. Dwie grupy inwestorów i token ZND
Piotr Bujak, emerytowany wojskowy, który tematyką kryptowalut zajmuje się od wielu lat, nie zdążył wypłacić przechowywanych w Zondacrypto elektronicznych walut, zanim pojawiły się problemy z transakcjami. A mimo to dziś szacuje własne straty. Dlaczego?
Jest grupa osób, która trzymała różne, powszechnie znane kryptowaluty na kontach giełdy. Jest też druga grupa inwestorów, która kupiła ich autorski token giełdowy o nazwie ZND. Ten token był sprzedawany jako pewna obietnica. Oferowano nam udział w zyskach giełdy, dostęp do ekskluzywnych wydarzeń sportowych, mniejsze opłaty transakcyjne i specjalne programy premium. Ludzie masowo kupowali ten token, ponieważ widzieli w tym świetną ofertę inwestycyjną. Zostaliśmy jednak najprawdopodobniej oszukani co do tego, co faktycznie za tym stało i jakie były realne fundamenty tego projektu - tłumaczy.
Jak wskazuje, wartość tokena spadła nawet dwudziestokrotnie. - Firma sprzedawała token po określonej cenie, powiedzmy w okolicach pół złotego w okresie, gdy ja decydowałem się na zakup. Obecnie jest on warty zaledwie ułamek grosza. Można podejrzewać, że nastąpił gigantyczny transfer kapitału od masy drobnych inwestorów, którzy - tak jak ja - w ten token inwestowali - wskazuje nasz rozmówca.
Ile ostatecznie stracił na inwestycji w token ZND? - To trudne do policzenia, bo zakupy były rozbite na wiele transakcji po różnych kursach - przyznaje.
Szacuję, że straciłem około 10 tysięcy złotych. Dla jednych to mało, dla innych dużo, ale dla mnie to kwota wystarczająca, by czuć się po prostu okradzionym - wylicza Piotr Bujak.
Użytkownik Zondy mówi też, że reklamy z Borysem Szycem czy Wojciechem Szczęsnym nie miały dla niego większego znaczenia, choć na pewno budowały otoczkę wiarygodności. - Kluczowy był "patriotyzm lokalny". Chciałem działać na polskiej giełdzie, z Polakami, w rodzimym języku. Niestety, ta "polskość" okazała się w bardzo dużym cudzysłowie, bo oficjalne siedziby tych firm i tak znajdują się poza granicami kraju - podkreśla.
Zapytaliśmy go o to, czy wyjaśnienia, które wielokrotnie w mediach składał prezes Zondacrypto, są wiarygodne. - Tych komunikatów nie da się racjonalnie zrozumieć. Niezależnie od tego, czy założymy, że mamy do czynienia z oszustem, czy z człowiekiem uczciwym, ta narracja się nie klei. Jeśli właściciel jest uczciwy, to całkowitym nonsensem jest twierdzenie, że przejmuje giełdę bez dostępu do jej aktywów. Gdyby ktoś kupił firmę i nie dostał kluczy do sejfu, następnego dnia byłby w prokuraturze. A tutaj? Mija 10 miesięcy, pan Suszek rzekomo zniknął, w grze są setki milionów złotych, a panuje cisza - wskazuje Piotr Bujak.
Nie potrafię odpowiedzieć, czy odzyskam pieniądze. To zależy od tego, czy te środki w ogóle jeszcze istnieją. Historia uczy, że przy upadkach giełd procesy trwają latami i czasem udaje się odzyskać część funduszy. Ale w tej chwili nikt nic nie wie. Zarząd i rada nadzorcza podali się do dymisji, twierdząc, że sami nie mieli wiarygodnych informacji. To jest mataczenie - ocenia.
Nasz rozmówca jest też zaskoczony postawą władz, które, jego zdaniem, są zbyt opieszałe. - Minister Sikorski (Radosław Sikorski, szef MSZ - red.) pisał apele na X, by "oddać pieniądze", ale to jest bezcelowe. Jeśli tych pieniędzy już nie ma, to nikt ich dobrowolnie nie odda. Tu powinno zadziałać państwo: Europejski Nakaz Aresztowania, zabezpieczenie dokumentów, wejście do firmy. Musimy wiedzieć, czy te pieniądze zostały wydane na reklamy, czy może trafiły do prywatnego majątku właścicieli - wylicza użytkownik Zondacrypto.
- Być może ich model biznesowy od początku zakładał, że sfinansują koszty marketingu-z wpłat użytkowników, licząc na wzrost kursu, który nigdy nie nastąpił. Bez "wejścia w kwity" nigdy nie poznamy prawdy - podsumowuje.
"Możemy zapomnieć o tych pieniądzach"
Wśród poszkodowanych, którzy mają problem z wypłatą środków powierzonych Zondacrypto, jest też Michał "Kołcz Majk" Wawrzyniak, autor książek, mentor i strateg marki osobistej. Zondacrypto jest mu "winna" ok. 1,5 mln zł. Czy pogodził się już z utratą środków?
Szczerze? Z własnego doświadczenia wiem, że możemy zapomnieć o tych pieniądzach. W Polsce wygrana sprawa wobec prezes spółki, która przejadła nasze pieniądze, nic nie znaczy. Trzeba kogoś znaleźć i ściągnąć z niego pieniądze - wskazuje.
Jego zdaniem wszystko zależy od zabezpieczonych przez służby środków, ale i struktury prawnej. - Po pierwsze, żeby coś zabezpieczyć, to coś tam musi być - a gdzie jest - gdzieś poleciało, zniknęło, ktoś te pieniądze przepalił. Struktura porozrzucana po wielu spółkach, które są w różnych państwach, to temat na lata i najprawdopodobniej najwięcej zarobią na tym prawnicy, a nie poszkodowani - zaznacza.
Niemniej światełkiem w tym tunelu zamętu może być akcja zbiorowa. Bo tysiące poszkodowanych składających się na kancelarię zmniejszą drastycznie koszty takiej operacji i kto wie, może ktoś coś tam za wiele lat odzyska - ocenia Wawrzyniak.
Inwestor czuje się poszkodowany i nie zamierza spoczywać na laurach. - Jak już wspomniałem, na odzyskanie środków nie liczę, ale to nie oznacza, że nic nie robię. To byłaby głupota. Sprawę równolegle lokalnie na policji oraz do prokuratury w Katowicach zgłosiłem już 13 kwietnia 2026, zaraz po tym, gdy zobaczyłem, że nie ma w sieci nikogo, kto by dostał realny przelew - wskazuje.
- Przecież chyba każdy to wie, że "pisanie w komentarzach" nie działa. W badaniach nad egzekwowaniem roszczeń widać jasno: wygrywa ten, kto jest uporządkowany, udokumentowany i działa w ramach systemu, a nie chwilowych emocji. Albo niestety często ten, który był pierwszy po swoje pieniądze - podkreśla.
Od piątku w śląskiej prokuraturze toczy się śledztwo w sprawie działania Zondacrypto. W chwili obecnej poszkodowanych jest kilkaset osób, które nie mogą wypłacić środków zdeponowanych w postaci kryptowalut na giełdzie. Łączną kwotę szkód oszacowano na 350 mln zł, ale należy się spodziewać, że zarówno ta kwota, jak i liczba poszkodowanych będą rosły.
Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl