Notowania

Limit składek znika, pensje premiera i prezydenta spadają. Dostaną za to wyższe emerytury

Premier Mateusz Morawiecki (jeśli po wyborach ponownie obejmie to stanowisko) zarobi mniej, prezydent Andrzej Duda zarobi mniej, mniej dostaną też co miesiąc szefowie największych instytucji w Polsce. Zniesienie limitu 30-krotności składek ZUS to problem nie tylko najlepiej zarabiających pracowników, a również przedstawicieli władzy. A zmiana jest już niemal pewna.

Podziel się
Dodaj komentarz
(East News)
Pełniący najwyższe stanowiska w państwie stracą na zniesieniu limitu 30-krotności składek ZUS. (Fot: Bartłomiej Zborowski)

Jedna nowość i pensje najlepiej zarabiających lecą w dół. Więcej zapłacą za to ich pracodawcy - od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych w ciągu roku za etat. Mniej zarobi też prezydent, premier, szef Narodowego Banku Polskiego i wszyscy wysoko opłacani urzędnicy w kraju.

Jak wynika z szacunków money.pl, premier straci średnio około 400 zł miesięcznie, w ciągu roku ponad 4,5 tys. zł. Za to jego zatrudnienie będzie droższe o 10 tys. zł w ciągu roku. Po zmianach prezydent na rękę może mieć co miesiąc blisko tysiąc mniej, a szef NBP - zarabiający w tym gronie najwięcej - może stracić dwa razy więcej.

Pieniądze z ich portfeli powędrują na konta w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.

Zobacz także: 500+ dla niepełnosprawnych. Prezes ZUS tłumaczy, jak i kiedy ubiegać się o pieniądze

Identyczna sytuacja czeka menedżerów i wyspecjalizowanych pracowników, którzy co miesiąc inkasują przynajmniej kilkanaście tysięcy złotych na etacie. Wszyscy odzyskają pieniądze w wyższych emeryturach za kilkadziesiąt lat. Wyższe składki to wyższe świadczenia. Często mogą sięgać nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Dziś to mrzonka, w przyszłości rzeczywistość. Takie będą bowiem efekty zniesienia limitu składek na ZUS.

Mateusz Morawiecki może zdecydować o wycofaniu się z pomysłu 30-krotności
Zniesienie limitu 30-krotności. Narasta opór, nawet w środowisku premiera

Sprzeciw wicepremiera oraz szefa resortu nauki i szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina oraz minister przedsiębiorczości Jadwigi Emilewicz nie pomógł. Limit 30-krotności składek na ZUS odejdzie w 2020 roku najpewniej w zapomnienie.

- Na tę chwilę jest plan wprowadzenia tego rozwiązania - mówił wprost rzecznik rządu Piotr Müller. Jeszcze kilka dni temu Jarosław Gowin w Krakowie przekonywał dziennikarzy: wrócimy do tej sprawy po wyborach, jeszcze sprawa nie jest rozstrzygnięta. Z rządu płyną jednak inne sygnały.

Zmiany w limitach

O co chodzi z limitem składek? W tej chwili zarabiający ponad 11,5 tys. zł brutto miesięcznie w pewnym momencie przestają opłacać składki na ZUS. Im więcej zarabia dana osoba w miesiącu, tym szybciej przestaje płacić. Niektórzy w połowie roku, inni pod koniec, a niektórzy nie zapłacą składek tylko w ostatnim miesiącu roku. Efekt? W kieszeni mają więcej pieniędzy, ale nie tylko oni zyskują. Zyskuje też państwo i budżet.

- W 1999 roku ustawodawca uznał, że najlepiej zarabiający część środków mogą inwestować sami, z myślą o swojej przyszłości. W założeniu dodatkowe pieniądze miały trafiać na przykład na Indywidualne Konta Emerytalne, Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego lub pozostałe formy oszczędności i pomnażania kapitału. Dziś wiemy, że akurat te możliwości nie rozwinęły się w Polsce w dostatecznym stopniu - tłumaczy money.pl prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Jak zaznacza prof. Uścińska, państwo dzięki limitowi nie musi wypłacać wysokich emerytur.

Zmiany przepisów mogą dotyczyć 350 tys. etatowych pracowników i ich pracodawców. Najlepiej to pokazać na przykładach. Roczny koszt zatrudnienia osoby z pensją 25 tys. zł brutto podskoczy o 27 tys. zł. Teraz pracodawca na taką osobę musi przeznaczyć 333 tys. zł w ciągu roku. Po ewentualnych zmianach będzie to już 361 tys. zł.

Oczywiście im droższy pracownik, tym bardziej rosną koszty. Za zarządcę z pensją 35 tys. zł pracodawca będzie musiał dołożyć 47 tys. zł rocznie. W przypadku pracownika z pensją 45 tys. zł (a tacy są na umowach o pracę) koszty urosną o 67 tys. zł w ciągu roku. Z 584 tys. zł na 651 tys. zł.

To tylko jedna strona medalu. Dlaczego? Bo w tym wszystkim część pieniędzy będą też oddawać sami zatrudnieni. W przypadku pensji 15 tys. zł brutto miesięcznie, po roku z portfela wyparuje prawie 4 tys. zł (netto). Pracownik z pensją 25 tys. zł miesięcznie pożegna się w ciągu roku z 12 tys. zł. Osoba, która może się pochwalić miesięcznymi zarobkami na poziomie 45 tys. zł, netto w ciągu roku zarobi o 30 tys. zł mniej. A to już spora różnica.

Mniej dla prezydenta, mniej dla premiera

Trzeba podkreślić jasno, że wyższe koszty pracownicze poniosą nie tylko firmy. Dotkną one też... ministerstwa i instytucje rządowe. Przykład? Zatrudnienie Mateusza Morawieckiego na stanowisku premiera będzie droższe. Jak wynika z danych ZUS, blisko 20 proc. osób, które odczują skutki zmian, pracuje właśnie w sektorze publicznym.

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów co miesiąc wykłada na jego wynagrodzenie około 17 tys. zł brutto. Z konta KPRM znika jednak 20 tys. zł (te dodatkowe 3 tys. zł to koszt pracodawcy). Po ewentualnych zmianach roczny koszt zatrudnienia premiera urośnie o dodatkowe 20 tys. zł - choć na pasku wynagrodzenia premiera kwota brutto pozostanie dokładnie taka sama. O tyle więcej będzie musiał wyłożyć sam pracodawca. A to nie koniec zamieszania finansowego z wypłatami.

Dlaczego? Bo jednocześnie premier na konto będzie dostawał mniej netto. On - ze swojej działki - będzie musiał więcej przelać do ZUS (choć oczywiście formalnie robi to jego pracodawca). I dlatego urośnie jego przyszła emerytura.

Jak wynika z szacunków money.pl, zniesienie limitu składek sprawi, że świadczenie premiera po pełnej kadencji będzie o około 250 zł wyższe niż przed zmianą.

Kancelaria Prezydenta zapłaci zaś więcej za prezydenta Andrzeja Dudę. Prezydent co miesiąc pobiera pensję w wysokości około 20 tys. zł brutto. I Kancelaria na jego umowę przeznaczy w ciągu roku o ponad 22 tys. zł więcej niż teraz. Sam prezydent oczywiście też mniej zarobi. Przez zmiany w ciągu roku straci około 10 tys. zł na rękę. Jednocześnie - środki te trafią na jego konto emerytalne, więc dostanie więcej na starość.

Każdy rok prezydentury i wyższych składek na ZUS to około 200 zł więcej na wypłacie z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W ciągu całej kadencji znacznie powiększy się jego kapitał, a więc i ostateczne świadczenie. Podskoczy o około 1 tys. zł. Warto jednak pamiętać, że prezydent nie jest zatrudniony na podstawie umowy o pracę - wyboru nie można utożsamiać z nawiązaniem stosunku pracy. Jednocześnie wynagrodzenie to stanowi przychód Prezydenta RP, od którego odprowadzana jest zaliczka na podatek dochodowy, składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne oraz składka na Fundusz Pracy. Więc i jego dotknie zniesienie limitów.

Jak liczyliśmy? Wzięliśmy pod uwagę dodatkowe składki na ubezpieczenie rentowe i emerytalne, które opłaca pracodawca oraz składki na ubezpieczenia społeczne pracownika. Uzyskany wynik podzieliliśmy przez przewidywany czas pobierania emerytury w Polsce. W efekcie uzyskaliśmy ewentualną nadwyżkę nad dzisiejszymi składkami.

Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
18-09-2019

FDAW każdym artykule się wypisuje ile to stracą specjaliści.NIE W TYM PROBLEM!!!Jest to draństwo w stosunku do przyszłego pokolenia które te pieniądze … Czytaj całość

18-09-2019

AdamBardzo dobrze! Dlaczego ktoś miałby być traktowany ulgowo w tym temacie?

18-09-2019

PolakNo i bardzo dobrze wszyscy sie powinni zrzucac do ZuS albo nikt.

Rozwiń komentarze (167)