Władimir Putin i jego administracja stają przed brutalną rzeczywistością ekonomiczną, ponieważ koszty konfliktu zbrojnego są ogromne. Alexandra Prokopenko - specjalistka od kształtowania rządowej polityki gospodarczej i finansowej, absolwentka Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego - ocenia, że Rosja ma pieniądze "na kolejny rok lub nawet półtora roku wojny". "Są (one - red.) zdecydowanie dostępne" - mówi w wywiadzie dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung".
Jaki scenariusz gospodarczy musiałby nastąpić, by Putin był zmuszony do zakończenia działań w Ukrainie?
"Mógłby to być globalny kryzys, w wyniku którego Rosja stanęłaby w obliczu wstrząsów gospodarczych, nad którymi nie byłaby w stanie zapanować ani ich złagodzić. Ponieważ nie dysponuje już rezerwami i nie jest pełnoprawnym uczestnikiem światowego systemu gospodarczego. Zwłaszcza jeśli do tego dojdzie jeszcze silna turbulencja w chińskiej gospodarce" - tłumaczy ekspertka w rozmowie z niemieckim medium.
Przeniósł fabrykę z Chin do Polski. Nie gryzie się w język
"Rosja bardzo mocno liczy na to, że pomoc dla Ukrainy osłabnie"
Jak mówi, w takim scenariuszu można by założyć, że Rosja będzie zmuszona zakończyć wojnę.
"Jednak patrząc na obecną sytuację i biorąc pod uwagę intensywność działań wojennych, środki finansowe na następny rok lub półtora roku są zdecydowanie dostępne. Co prawda pozyskiwanie tych środków staje się coraz trudniejsze, dlatego rząd wykazuje się coraz większą kreatywnością, ale środki te nadal są dostępne" - ocenia.
Co dalej? Jak mówi Prokopenko, wiele zależy od tego, jak sytuacja wojenna się rozwinie.
"Od tego, co dzieje się na froncie, jak intensywne są tam walki i jakie zasoby będą potrzebne. Rosja bardzo mocno liczy na to, że międzynarodowa pomoc dla Ukrainy osłabnie i że dzięki temu uda jej się zwiększyć własną przewagę" - wskazuje ekspertka.
Marże drastycznie spadają
Aby zrozumieć sytuację, w jakiej znajduje się teraz Rosja, trzeba spojrzeć w przeszłość. W pierwszych miesiącach po nałożeniu zachodnich sankcji rosyjska gospodarka wydawała się wyjątkowo odporna na wstrząsy. Państwo zarabiało miliardy na eksporcie surowców energetycznych, a bank centralny szybko ustabilizował kurs rubla. To dawało złudzenie, że Moskwa może finansować konflikt w nieskończoność. Dziś jednak ten obraz ulega całkowitej zmianie, a dawne bufory bezpieczeństwa po prostu przestały istnieć.
Teraz sektor finansowy znajduje się pod ogromną presją. Chociaż banki nadal wykazują zyski, ich marże drastycznie spadają, a regulacje stają się coraz bardziej surowe. Największy problem stanowi jednak jakość portfeli kredytowych. Liczba kredytów, których klienci nie spłacają w terminie, rośnie w bardzo szybkim tempie.
"Struktura gospodarki jest głęboko niezdrowa"
Sytuacji nie ratują nawet surowce. Rosja nie potrafi w pełni wykorzystać wysokich cen ropy naftowej na światowych rynkach. Przeszkodę stanowi specyficzne prawo podatkowe. Przepisy te zmuszają państwo, aby zwracało koncernom naftowym część zysków w formie specjalnych rekompensat. W efekcie, wysokie ceny surowca nie przekładają się wprost na bogactwo państwowej kasy.
Rosyjska gospodarka tkwi w głębokim, strukturalnym kryzysie. Jak mówi Alexandra Prokopenko, nie jest to jednak klasyczna recesja ani podręcznikowy kryzys bankowy. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem znacznie bardziej złożonym.
"Nie chodzi tu o recesję ani o niewypłacalność systemu bankowego. Chodzi raczej o to, że struktura gospodarki jest głęboko niezdrowa: w Rosji ukształtował się model dwusektorowy, który przenosi zasoby z jednego sektora do drugiego (cywilnego do wojskowego - red.).
Zdaniem ekspertki sytuacja Rosjan "będzie się coraz bardziej pogarszać".
"Już teraz obserwujemy, jak obniża się poziom życia ludności. Nie oznacza to jednak, że ta konstrukcja po prostu się zawali, ani też, że ludność wyjdzie na ulice i obali reżim" uważa Prokopenko.
Źródło: "Frankfurter Allgemeine Zeitung", money.pl