Drugie podejście do "wolności słowa w internecie". Rząd szykuje nie jeden, a dwa projekty
Po wecie Karola Nawrockiego, resort cyfryzacji szykuje drugie podejście do wdrożenia unijnego rozporządzenia DSA, które ma regulować kwestie wolności słowa w internecie. Tym razem zamiast jednego projektu, są dwa. Money.pl dotarł do szczegółów szykowanych rozwiązań. Wiemy też, jakie korekty zajdą względem zawetowanej ustawy.
Rząd nie rezygnuje z wdrożenia unijnego rozporządzenia DSA (z ang. Digital Service Act - Akt o usługach cyfrowych). W założeniu celem regulacji jest zwiększenie ochrony użytkowników internetu przed nielegalnymi treściami. W grudniu Komisja Europejska nałożyła już pierwszą karę za naruszenie obowiązków wynikających z DSA - to 120 mln euro, które ma uiścić platforma X Elona Muska. Jak podaje Ministerstwo Cyfryzacji, stwierdzone przez Komisję naruszenia dotyczą braku przejrzystości w zakresie "niebieskiego znacznika" X, repozytorium reklam i zapewnienia badaczom dostępu do danych.
Polska jest w trakcie wdrażania DSA, jednak plany te pokrzyżowało, przynajmniej na razie, weto Karola Nawrockiego sprzed dwóch tygodni. Odmawiając podpisu pod ustawą, prezydent argumentował to m.in. nadmiernymi kompetencjami Urzędu Komunikacji Elektronicznej, usuwaniem treści z internetu na podstawie decyzji urzędników czy wychodzeniem założeń ustawy poza to, co przewiduje unijne rozporządzenie (dotowanie organizacji sygnalizujących nielegalne treści w internecie). Ogólnie rzecz biorąc - Pałac Prezydencki obawiał się, że regulacja grozi wolności słowa w internecie oraz że cenzura będzie dotykać głównie prawicowe narracje.
Szef kultowego serwisu bije na alarm. “Skala oszustw jest gigantyczna”
Weto ma swoją dodatkową cenę. W styczniu Komisja Europejska pozwała Polskę do TSUE z powodu niewdrożenia Aktu usług cyfrowych, a jako główny zarzut wskazano brak ustanowienia koordynatora ds. usług cyfrowych.
Z argumentacją prezydenta rząd kategorycznie się nie zgadzał, podkreślając, że ustawa precyzyjnie wskazuje, jakiego rodzaju wpisy mogą być uznane za nielegalne oraz że przewidziana jest droga odwoławcza w przypadku próby usunięcia danego wpisu np. w mediach społecznościowych. - To także powodowało, że oczyścilibyśmy częściowo internet z botów. Bo bot przecież się nie odwoła do sądu, w przeciwieństwie do człowieka - wskazywał nasz rządowy rozmówca.
Nie jeden projekt, a dwa
Teraz rząd szykuje drugie podejście do sprawy. Tym razem są dwa projekty ustaw, oba stanowiące nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz niektórych innych ustaw. Dlaczego dwa, a nie jeden? To kwestia taktyki względem prezydenta. Rządzący uważają, że jeden z projektów zawiera mniej kontrowersyjne rzeczy z wersji zawetowanej (dotyczy głównie koordynatorów ds. usług cyfrowych - o czym szerzej piszemy niżej), a drugi dotyka spraw bardziej kontrowersyjnych (m.in. tego, co zostanie uznane za treści nielegalne). W takiej konfiguracji ewentualne weto może ograniczyć się do tego bardziej kontrowersyjnego projektu i nie zablokuje wejścia w życie pozostałych regulacji.
Skoro jest szeroka i emocjonująca dyskusja na temat pewnego pakietu rozwiązań, to skupmy się na tej dyskusji w ramach jednego projektu ustawy, natomiast sprawy niekontrowersyjne możemy sobie spokojnie doprecyzować w drugim projekcie. Bo na dziś DSA chroni 420 mln użytkowników sieci w UE, a nie ochrania ok. 30 mln w Polsce - argumentuje nasz rozmówca z rządu.
- Zmianie co najwyżej ulec mogą kwestie kontroli Urzędu Komunikacji Elektronicznej, konsultujemy kwestię procedury sądowej, by jeszcze bardziej zabezpieczyć prawo do sądu w tym zakresie - dodaje.
Projekt pierwszy
Ten "mniej kontrowersyjny" wariant przewiduje, tak jak poprzednio, wskazanie Prezesa UKE jako właściwego organu sprawującego nadzór nad stosowaniem przepisów DSA oraz powierzenie mu roli koordynatora ds. usług cyfrowych. UKE będzie posiadać uprawnienie do przeprowadzania kontroli nad podmiotami zobowiązanymi do przestrzegania przepisów rozporządzenia oraz do nakładania administracyjnych kar pieniężnych. Prezes UOKiK oraz Przewodniczący KRRiT mają być z kolei organami sprawującymi nadzór nad stosowaniem DSA "w zakresie swojej właściwości".
Projekt także reguluje zasady i tryb przyznawania statusu "zaufanego podmiotu sygnalizującego" oraz "zweryfikowanego badacza". Główna zmiana, wydaje się, wychodzi naprzeciw oczekiwań prezydenta.
Nie przewidujemy na tym etapie finansowania zaufanych podmiotów sygnalizujących, usunęliśmy też dodatkowe przywileje dla nich, nie będzie żadnej bezpośredniej podstawy prawnej dla ich dofinansowania - zapewnia rozmówca z rządu.
W projekcie ustawy przewidziano procedurę certyfikacji podmiotów, które byłyby zainteresowane prowadzeniem polubownych postępowań. Certyfikacji dokonywał będzie Prezes UKE jako koordynator do spraw usług cyfrowych. Takie zezwolenie będzie ważne przez pięć lat, ale jeżeli podmiot w międzyczasie przestanie spełniać warunki określone w rozporządzeniu unijnym, Prezes UKE cofnie certyfikację w drodze decyzji.
Projekt dotyczy też funkcjonowania "zaufanych podmiotów sygnalizujących, działających w wyznaczonych dziedzinach", które mogłyby zgłaszać nielegalne ich zdaniem treści w sieci. "Status zaufanego podmiotu sygnalizującego należy przyznawać wyłącznie podmiotom (a nie osobom), które to podmioty wykazały między innymi, że posiadają szczególną wiedzę ekspercką i kompetencje w zakresie zwalczania nielegalnych treści oraz że działają w sposób dokładny, obiektywny i z zachowaniem należytej staranności" - przewiduje OSR projektu. Wykaz takich zaufanych podmiotów sygnalizujących prowadzić ma Prezes UKE.
W projekcie ustawy przewidziano nakładanie kar pieniężnych na dostawców za nieprzestrzeganie rozporządzenia DSA. Prezes UKE będzie mógł nałożyć na dostawcę usług pośrednich obowiązanego do przestrzegania przepisów rozporządzenia DSA trzy rodzaje kary. Pierwszy to administracyjna kara pieniężna, w wysokości nie większej niż 6 proc. światowego obrotu osiągniętego przez ten podmiot w roku obrotowym poprzedzającym rok nałożenia kary. Drugi to okresowa kara pieniężna w wysokości nieprzekraczającej 5 proc. średniego dziennego obrotu dostawcy usług pośrednich osiągniętego w roku obrotowym poprzedzającym rok nałożenia kary za każdy dzień opóźnienia. Trzeci rodzaj to administracyjna kara pieniężna w wysokości nie większej niż 1 proc. rocznego dochodu lub światowego obrotu danego podmiotu w roku obrotowym poprzedzającym rok nałożenia kary.
Przedmiotowe rozwiązania wpłyną na wielkość wpływów finansowych do budżetu państwa. Jednocześnie ze względu na istotne novum przedmiotowych rozwiązań określenie nawet przybliżonych skutków finansowych jest utrudnione - oceniają projektodawcy.
Projekt drugi
Drugi projekt resortu cyfryzacji dotyka już bardziej drażliwych kwestii dotyczących treści internetowych uznanych za nielegalne. Wniosek o wydanie nakazu podjęcia działań przeciwko nielegalnym treściom będą mogły złożyć: policja, Krajowa Administracja Skarbowa, uprawniony z tytułu praw autorskich lub praw pokrewnych, usługobiorca oraz Straż Graniczna (w przypadku handlu ludźmi).
Podobnie jak wcześniej, tak i w nowym projekcie stworzono zamkniętą listę czynów zabronionych, których może dotyczyć procedura nakazowa. To m.in. takie kwestie jak handel ludźmi, groźby karalne, namawianie do samobójstwa, pornografia dziecięca, kradzież tożsamości, oszustwa, mowa nienawiści, naruszenia praw autorskich czy handel podrobionymi towarami.
Na tym etapie lista przesłanek jest podobna do tej z zawetowanej wersji. Punktem wyjścia jest zresztą zawetowana ustawa, a nie pierwotna wersja, która wpłynęła do Sejmu. Ta zawetowana stanowi już efekt wielu konsultacji i zmian wdrożonych na ich podstawie. Tam nie było już treści "pochwalających" czyny zabronione, to wypadło w toku prac sejmowych, w związku ze słuszną poprawką opozycji, że pochwalanie przestępstwa może być interpretowane np. jako polubienie posta zawierającego przestępstwa. Zostaje więc "nawoływanie" do przestępstwa - tłumaczy rozmówca z rządu.
"Postępowanie w przedmiocie nakazu uniemożliwienia dostępu do nielegalnej treści będzie skorelowane z postępowaniem w przedmiocie nakazania przywrócenia dostępu do treści, do której dostęp został bezzasadnie ograniczony" - czytamy w ocenie skutków regulacji tego projektu. Usługobiorca będzie mógł złożyć wniosek do organu właściwego o wydanie nakazu usunięcia ograniczeń nałożonych przez dostawcę usługi hostingu na usługobiorcę, jeżeli ograniczenia zostały nałożone ze względu na fakt, że informacje przekazane przez usługobiorcę stanowią potencjalnie nielegalną treść. W wyniku postępowania zapadnie jedna z czterech decyzji:
- nakazująca umożliwienie dostępu do nielegalnej treści, w przypadku potwierdzenia nielegalności,
- nakaz usunięcia ograniczeń nałożonych przez dostawcę usługi hostingu na usługobiorcę (jeżeli na podstawie dowodów zgromadzonych w postępowaniu stwierdzi, że informacje umieszczone przez usługobiorcę nie stanowią nielegalnej treści lub w sposób oczywisty doszło do nałożenia ograniczenia w wyniku błędu dostawcy usługi hostingu),
- odmowa nakazania uniemożliwienia dostępu do treści,
- odmowa nakazania usunięcia ograniczeń nałożonych przez dostawcę usługi hostingu na usługobiorcę.
Od decyzji będzie przysługiwał sprzeciw do sądu powszechnego. Decyzjom tym nie będzie nadawany rygor natychmiastowej wykonalności. "Brak możliwości zastosowania rygoru natychmiastowej wykonalności w przypadku wydania nakazu uniemożliwienia dostępu do nielegalnej treści jest uzasadniony zapewnieniem skuteczniejszej kontroli sądowej decyzji podejmowanych przez Prezesa UKE lub Przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji" - tłumaczą projektodawcy.
Przekonują też, że takie rozwiązanie jest korzystne dla autora zakwestionowanej treści, daje bowiem czas na wniesienie sprzeciwu do sądu powszechnego, bez ponoszenia negatywnych konsekwencji związanych z wykonaniem decyzji administracyjnej. "Analogicznie do wydanej decyzji w zakresie usunięcia ograniczeń nałożonych przez dostawcę usług pośrednich na usługobiorcę, proponowany przepis umożliwi wniesienie sprzeciwu od decyzji bez konieczności wykonania jej przed rozstrzygnięciem sądu" - wynika z oceny skutków regulacji szykowanej ustawy.
Tomasz Żółciak, dziennikarz Wirtualnej Polski i money.pl