Europa po cichu robi plany awaryjne. Powód? Tajwan
W czwartek rozpoczęła się oficjalna wizyta amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa w Chińskiej Republice Ludowej. Choć w agendzie spotkań przywódców obu największych mocarstw globu znajdzie się szerokie spektrum tematów handlowych i dyplomatycznych, kwestią, która od lat budzi największe zainteresowanie i obawy na arenie międzynarodowej, pozostaje status Tajwanu.
W środę Donald Trump dotarł do Pekinu, gdzie rozpoczął się dwudniowy szczyt na linii USA-Chiny. Wiadomo, że w rozmowach pomiędzy oboma liderami pojawiła się kwestia Tajwanu, do którego Chiny roszczą sobie prawa. Xi Jinping już na starcie rozmów z prezydentem USA powiedział, że kwestia Tajwanu jest najważniejszą sprawą w relacjach obu krajów i może doprowadzić do konfliktu między nimi.
"Jeśli zostanie odpowiednio rozwiązana, stosunki między oboma krajami będą mogły zachować całkowitą stabilność. Przy nieodpowiednim podejściu oba państwa mogą wejść w kolizję, a nawet konflikt, co popchnie całe relacje chińsko-amerykańskie w bardzo niebezpieczne obszary" – mówił chiński przywódca, cytowany przez agencję Xinhua.
"Aż odjęło mi mowę". Rafał Brzoska mówi, co usłyszał od prezydenta Francji
Ryzyko wstrząsu
Spór o wyspę od dekad kładzie się cieniem na relacjach na linii Waszyngton-Pekin. Z perspektywy chińskich władz, przejęcie kontroli nad Tajwanem jest historyczną misją i warunkiem narodowego odrodzenia.
Stanowi to wyraźną ewolucję priorytetów w porównaniu z sytuacją z ubiegłych miesięcy, gdy uwaga Chin skupiała się na grze na dwa fronty i zabezpieczaniu dostaw ropy oraz łańcuchów handlowych w obliczu wojny na Bliskim Wschodzie. Jednak dla reszty świata, a w szczególności dla rynków finansowych i łańcuchów dostaw, ewentualna zmiana status quo w Cieśninie Tajwańskiej oznacza ryzyko wstrząsu o skali, z jaką globalna gospodarka nie mierzyła się od zakończenia drugiej wojny światowej.
Dlaczego los niespełna 24-milionowej wyspy ma tak kolosalne znaczenie dla światowych rynków, należy spojrzeć na jej pozycję z dwóch perspektyw: militarnej i gospodarczej.
Jak wskazuje Eyck Freymann, analityk z Uniwersytetu Stanforda i autor publikacji poświęconych strategii obrony wyspy, w wywiadzie dla serwisu Rest of World, Tajwan leży w samym centrum tak zwanego pierwszego łańcucha wysp, oddzielającego Morze Południowochińskie od otwartego Pacyfiku. Przejęcie kontroli nad tym terytorium dałoby chińskiej marynarce wojennej nieograniczony dostęp do oceanu, co diametralnie zmieniłoby układ sił w kluczowym gospodarczo regionie świata.
Serce nowoczesnej gospodarki bije na Tajwanie
Znacznie bardziej namacalne dla przeciętnego konsumenta na Zachodzie są jednak argumenty ekonomiczne. Tajwan jest absolutnym hegemonem w produkcji zaawansowanych wielu kluczowych technologii - na przykład półprzewodników. Lokalne zakłady, na czele z gigantem TSMC (Taiwan Semiconductor Manufacturing Company), odpowiadają za wytwarzanie zdecydowanej większości najbardziej zaawansowanych technologicznie układów scalonych na świecie.
Tajwan to również kręgosłup fizycznej infrastruktury AI i globalnej elektroniki, którego nie da się szybko sklonować w żadnym innym miejscu na świecie. Nawet najbardziej zaawansowane procesory Nvidii, AMD czy Apple byłyby bezużyteczne bez tajwańskich produktów.
Odcięcie świata od tajwańskich dostaw miałoby natychmiastowe skutki
Półprzewodniki nie są standardowym towarem, który można łatwo zastąpić lub zmagazynować w ogromnych ilościach. Ben Bland, dyrektor programu regionu Azji i Pacyfiku w think tanku Chatham House, zwraca uwagę, że w przeciwieństwie do surowców energetycznych, takich jak ropa naftowa czy gaz, zmiana dostawcy mikrochipów wymaga od firm technologicznych kosztownych i długotrwałych procesów przeprojektowywania oprogramowania oraz zdobywania nowych certyfikacji.
Z tego powodu ewentualne odcięcie świata od tajwańskich dostaw miałoby natychmiastowe i kaskadowe skutki dla niemal każdej gałęzi nowoczesnego przemysłu – od produkcji smartfonów, przez motoryzację, aż po zaawansowaną infrastrukturę medyczną i wojskową.
Tajwan to również lider produkcji popularnych urządzeń. Chociaż same fabryki firm takich jak Foxconn, produkującego m.in. iPhone'y, rozsiane są po całych Chinach, to centra operacyjne oraz najbardziej strzeżone fabryki pilotażowe znajdują się właśnie na Tajwanie. Podobnie jest w przypadku innych globalnych firm. Najbardziej znane globalne marki z Tajwanu są powszechnie znane konsumentom - to m.in. ASUS, Acer, MSI, Gigabyte, BenQ, D-Link, Zyxel, ADATA, Thermaltake, oraz szereg marek spoza elektroniki takich jak Giant, Merida, Kymco oraz SYM.
Walka o Tajwan może wywołać globalną recesję
Eksperci są zgodni, że ewentualny kryzys wokół wyspy nie musi wcale przybrać formy otwartej inwazji zbrojnej, aby rzucić światową gospodarkę na kolana. Z analiz przytaczanych przez Chatham House wynika, że chińska blokada morska i powietrzna Tajwanu doprowadziłaby do spadku globalnego produktu krajowego brutto o około 5 proc. Taki scenariusz oznaczałby recesję porównywalną z tą, którą wywołał światowy kryzys finansowy z lat 2008-2009 lub pandemia COVID-19.
W przypadku eskalacji i wybuchu bezpośredniego konfliktu zbrojnego między USA a Państwem Środka, globalna gospodarka mogłaby się skurczyć nawet o 10 proc.
Chiny mają potężny arsenał narzędzi, którymi mogą wywierać presję i na sam Tajwan i na społeczność międzynarodową czy same Stany Zjednoczone. Eyck Freymann w rozmowie z Rest of World podkreśla, że najgroźniejszy z perspektywy rynków jest scenariusz pełzającej presji.
Pekin dysponuje narzędziami pozwalającymi na nałożenie na wyspę swoistej kwarantanny. Chińska straż przybrzeżna mogłaby rozpocząć uciążliwe inspekcje celne każdego statku opuszczającego tajwańskie porty.
W takiej sytuacji fabryki TSMC mogłyby nadal produkować układy scalone, ale to Pekin decydowałby o tym, kto i na jakich warunkach je otrzyma. Taki szantaż gospodarczy postawiłby Waszyngton i jego sojuszników przed dramatycznym wyborem: zaakceptować chińską kontrolę nad kluczowym elementem globalnych łańcuchów dostaw lub próbować egzekwować kontrembargo, co doprowadziłoby do całkowitej fragmentacji światowego handlu.
Powszechnie dyskutowana koncepcja "krzemowej tarczy" – teorii zakładającej, że globalne uzależnienie od tajwańskich chipów uchroni wyspę przed atakiem, ponieważ zniszczyłoby to również gospodarkę agresora – ma swoje luki. Nawet jeśli chińska armia spróbowałaby przejąć fabryki w nienaruszonym stanie, zakłady te najprawdopodobniej uległyby zniszczeniu w trakcie walk lub zostałyby celowo sabotowane.
Co więcej, jak zauważają analitycy, funkcjonowanie tych niezwykle skomplikowanych obiektów zależy od ciągłych dostaw holenderskich maszyn litograficznych, japońskich chemikaliów, amerykańskiego oprogramowania projektowego oraz dziesiątek tysięcy wysoce wyspecjalizowanych inżynierów, z których wielu z pewnością nie chciałoby pracować pod chińskim zarządem.
Europa mnoży scenariusze awaryjne
Sytuacji z rosnącym niepokojem przygląda się również Europa, dla której ewentualne odcięcie od tajwańskich technologii oznaczałoby paraliż przemysłowy. Ben Bland z Chatham House zauważa, że europejscy decydenci, wstrząśnięci wcześniej zakłóceniami na rynkach surowców energetycznych, zaczęli w zaciszu gabinetów przygotowywać plany awaryjne na wypadek kryzysu w Cieśninie Tajwańskiej.
Unijny akt w sprawie chipów (European Chips Act) oraz współpraca europejskich koncernów z TSMC przy budowie nowej fabryki w niemieckim Dreźnie to kroki w stronę dywersyfikacji dostaw. Zbudowanie niezależnego ekosystemu półprzewodnikowego wymaga jednak dekad inwestycji i potężnego kapitału.
Geopolityczna i ekonomiczna rola Tajwanu była w ostatnich miesiącach tematem intensywnych debat, zwłaszcza w kontekście szerszych problemów globalnego handlu. Eksperci wielokrotnie zwracali uwagę, że uzależnienie świata od jednego regionu produkcyjnego tworzy potężne ryzyko dla światowej gospodarki, która wciąż odczuwa skutki niedawnych szoków podażowych. Niestabilność na szlakach morskich i przerywane łańcuchy dostaw stały się nową normą, zmuszając państwa do poszukiwania szybkich alternatyw.
W tym skomplikowanym układzie sił Pekin musi ostrożnie kalkulować swoje ruchy. Agresywne działania w Cieśninie Tajwańskiej mogłyby obrócić się przeciwko samej koniunkturze i państwom takim jak Chiny, które w ostatnich miesiącach wkładały wiele wysiłku w stabilizowanie swojej pozycji handlowej na arenie międzynarodowej. Utrzymanie płynności wymiany gospodarczej z Zachodem oraz zabezpieczenie strategicznych interesów wydają się kluczowe, co sprawia, że nadchodzące rozmowy na szczycie mogą przynieść nieoczekiwane zwroty w globalnej dyplomacji.
Chiny muszą się liczyć z potężnymi kosztami ewentualnej eskalacji sporu o Tajwan. Wszelkie zakłócenia w tym regionie uderzyłyby rykoszetem w państwa Azji Południowo-Wschodniej i zdestabilizowały rynki na każdym kontynencie. Wizyta amerykańskiego prezydenta w Pekinie będzie więc testem nie tylko dla dwustronnych relacji mocarstw, ale dla trwałości całego globalnego systemu gospodarczego, którego serce bije dziś w sterylnych halach tajwańskich fabryk półprzewodników.
Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl