Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na

Firmy delegujące pracowników: nikt nie jest gotowy na zmiany w prawie

Od lipca pracownicy delegowani do pracy za granicę dostaną wyższe stawki. Nie będą musieli też płacić z własnej kieszeni za zakwaterowanie. W życie wchodzi znowelizowana dyrektywa wykonawcza o pracownikach delegowanych. Dla przedsiębiorców oznacza to wzrost kosztów nawet o kilkadziesiąt procent. Mówią wprost: "nie jesteśmy przygotowani. Potrzebujemy jeszcze roku".

Podziel się
Dodaj komentarz
(PAP)
W branży transportowej pracuje ponad 0,5 mln ludzi. Zarabiają na ogół najniższą krajową plus dodatki, diety i delegacje.

Francja, Belgia i Niemcy albo już wdrożyły u siebie nowe przepisy unijne dotyczące delegowania pracowników, albo zrobią to do lipca 2020 r., od kiedy zacznie obowiązywać nowa dyrektywa wykonawcza do dyrektywy o delegowaniu pracowników. Nie pomogły skargi Polski i Węgier do unijnego Trybunału Sprawiedliwości, mające na celu odroczenie wejścia w życie nowych przepisów. Trybunał oddalił skargę. Również państwa Zachodu są nieugięte: chronią swoje rynki pracy oraz tępią dumping pracowniczy, który stosują kraje Europy Środkowej i Wschodniej.

Nowe zasady gry
Polska jest europejskim liderem, jeśli chodzi o delegowanie pracowników za granicę. Co trzeci pracownik pracujący poza swoją ojczyzną to właśnie Polak. Zakład Ubezpieczeń Społecznych wydał w ubiegłym roku 646 tys. zaświadczeń A1 (formularzy potwierdzających ubezpieczenie delegowanego pracownika w Polsce, są one niezbędne przy wysyłaniu pracownika do legalnej pracy za granicą). Zaraz za nami są Rumunii i Bułgarzy.

Najwięcej polskich pracowników wysyłanych jest do prac w budownictwie, transporcie, logistyce, produkcji oraz opiece. Większość z nich to pracownicy agencji zatrudnieni na umowach cywilnoprawnych. Wyjątkiem jest branża transportowa, gdzie pracodawcy delegują pracowników bez pośrednictwa agencji pracy. Oni też mają więcej czasu na dostosowanie się do nowych przepisów.

Tanie latanie się skończyło. Koronawirus znacząco podniesie ceny

Wejście w życie nowych przepisów unijnych oznacza potężne zmiany. Przede wszystkim pracownikom delegowanym wzrosną płace. Do tej pory dostawali polskie wynagrodzenia lub minimalne stawki obowiązujące w państwie przyjmującym. Przedsiębiorcy wliczali im do tych stawek takie składniki jak: delegacje czy diety. W konsekwencji wynagrodzenia osób pracujących za granicą były niskie i tylko w jednej czwartej oskładkowane, gdyż od delegacji czy diet nie odprowadza się ani podatków, ani składek do ZUS.

A do tego agencje potrącały im z wynagrodzeń np. koszty mieszkania. Po wejściu w życie nowych przepisów nie będzie to już możliwe. - Wynagrodzenia będą równe tym, które otrzymują zachodni pracownicy na identycznym stanowisku pracy co pracownicy delegowani. W Niemczech czy Belgii - będą to stawki wynegocjowane w układach zbiorowych, zawarte w aktualizowanych co roku taryfikatorach płac. Nie będzie można do nich wliczać też diet czy delegacji ani pobierać od pracownika opłat za mieszkanie i wyżywienie - podaje przykłady Jakub Kus, sekretarz krajowy Związku Zawodowego "Budowlani".

Pracowników nie będzie można również wysyłać do pracy za granicę na dłużej niż 12 miesięcy do jednego pracodawcy. Co zdaniem przedsiębiorców ograniczy delegowanie m.in. w produkcji, logistyce czy opiece, gdzie jedna osoba pracuje non stop wiele miesięcy w stałym miejscu zatrudnienia.

Zacznie też obowiązywać kategoryczny zakaz delegowania przez firmy, które nie prowadzą w kraju działalności zgodnej z tą eksportową. Wiele firm powstaje tylko po to, by delegować polski personel za granicę. By ominąć przepisy, osoby te są zatrudniane na fikcyjnych umowach cywilnoprawnych w Polsce. Przykładowo opiekunkom osób starszych zleca się roznoszenie ulotek. Takie praktyki przy nowych przepisach już nie przejdą.

Nowe uprawnienia zyska również ZUS, który potwierdza ubezpieczenie osób delegowanych. Będzie on mógł sprawdzić, czy firma oraz pracownicy kierowani do pracy za granicą spełniają wszystkie formalne wymogi delegowania. Firmy będą musiały udowodnić, że delegowanie pracowników to tylko niewielka cześć ich działalności. Większość biznesu musi być prowadzona w Polsce.

Jeśli urzędnicy dojdą do wniosku, że agencja lub pracodawca podaje nieprawdę, ubezpieczenie zostanie cofnięte i trzeba będzie zapłacić składki kraju przyjmującego wraz z wysoką karą i odsetkami.

Firmy: nie zdążyliśmy się przygotować!
Zdaniem Rady Przedsiębiorczości przy Konfederacji Lewiatan kryzys wywołany koronawirusem nie pozwolił przedsiębiorcom ani rządom przygotować się do nadchodzących zmian. Domagają się odroczenia przepisów na rok. Ze względu na koronawirusa wiele przedsiębiorstw i instytucji państwowych nie funkcjonuje w normalnym trybie (zamknięte są np. oddziały firm, w których dochodzi do podpisywania umów, dostęp do badań i szkoleń dla pracowników jest utrudniony).

Firmy, do których zwróciliśmy się z prośbą o komentarz w tej sprawie albo odmawiały wypowiedzi, albo udzielały jej, a następnie po konsultacji z zarządem lub prawnikami wycofywały się.

Syndrom oblężonej twierdzy
Zdaniem związkowców rozmowy z przedsiębiorcami na temat delegowania są niezwykle trudne, a właściwie od jakiegoś czasu nie toczą się wcale.

W branży transportowej pracuje nawet 0,5 mln ludzi, z czego 80 proc. to małe firmy albo samozatrudnieni. Panują prawa dżungli. - Kierowcy śpią w samochodach nie dlatego, że tak lubią, ale dlatego, że nie ma wystarczającej infrastruktury wzdłuż autostrad, ale też dlatego, że oszczędzają na zagranicznych hotelach i restauracjach. Nie dosypiają i nie dojadają, by więcej pieniędzy przywieźć do domu – mówi wprost Tadeusz Kucharski, przewodniczący Sekcji Transportu Drogowego NSZZ "Solidarność".
Jego zdaniem to przez to, że zasadnicze wynagrodzenie kierowców jest bliskie płacy minimalnej (rzadko przekracza kwotę 3200 zł brutto - red.), bo lwia jego część to diety i delegacje. – Kierowcy boją się chorować, bo chorobowe płacone jest im od najniższej krajowej. Jeśli dożyją emerytury, dostaną grosze. Społeczeństwo będzie musiało się dokładać do ich starości – ostrzega Kucharski i dodaje: - Media podają, że kierowcy zarabiają średnio po 8-10 tys. zł, ale prawda jest taka, że tylko od jednej czwartej tego są płacone składki. ZUS to widzi i nic z tym nie robi!

Zdaniem związkowca sprawę rozwiązałoby wprowadzenie europejskiej płacy minimalnej lub tzw. minimum życiowego opartego na kosztach życia w danym kraju. Związkowcy z wielu państw Unii postulują, by było to nie mniej niż 9,50 euro za godzinę pracy.
- Kierowca, który opuszczałby Polskę, dostawałby taką stawkę już po przekroczeniu granicy - tłumaczy Kucharski. Podobne rozwiązania są przygotowywane dla innych branż. Komisja Europejska zapowiada, że prace nad europejską płacą minimalną rozpoczną się już w lipcu.

Maciej Wroński, prezes Związku Pracodawców Transport i Logistyka przypomina, że nowe zasady dotyczące delegowania nie obowiązują na razie transportu drogowego. W dyrektywie zrobiono bowiem wyjątek. Przewoźnicy zaczną je stosować dopiero na przełomie lat 2021/22, a może nawet i później. - Mamy 18 miesięcy od wejścia w życie tzw. "Pakietu Mobilności" na dostosowanie się do nowych reguł gry. Wiemy, co nas wtedy czeka. Jednak jeśli jakieś państwo zacznie egzekwować tę dyrektywę w stosunku do nas już teraz, złamie prawo. Wtedy zaskarżymy je do Komisji Europejskiej - zapowiada twardo prezes Wroński.

Zapisz się na nasz specjalny newsletter o koronawirusie.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
02-06-2020

Tylko rok jeżdziłemJuż słychać lament trans-dziadów którzy oderwani granatem od pługa dorwali się do wielkiego międzynarodowego transportu. Potrafią tylko oszukiwać i … Czytaj całość

02-06-2020

JakoJa pracuję w serwisie samochodów ciężarowych i dziwi mnie ich płacz bo po odbiór auta po naprawie przywozi kierowcę zukrainy autem za pół miliona … Czytaj całość

02-06-2020

JohnnyKomuna wrocila. Teraz w wydaniu europejskim. Centralne sterowanie z Brukseli siedliska lewactwa.

Rozwiń komentarze (175)