Inwestorzy zignorowali ocenę Moody's? Ekonomista: jeszcze to wykorzystają

– Obniżka ratingu nie odbiła się na rentowności obligacji, ale nie należy mieć złudzeń. Inwestorzy są bezwzględni i jeśli będą chcieli zarobić na nas więcej, wykorzystają ten fakt – mówi w rozmowie z money.pl jeden z członków Rady Fiskalnej prof. Jacek Tomkiewicz.

Rady FiskalnejProf. Jacek Tomkiewicz, członek Rady Fiskalnej
Źródło zdjęć: © Adobe Stock, GETTY | Tomas Tkacik, mat. prasowe
Tomasz Setta

W piątek późnym wieczorem naszego czasu agencja ratingowa Moody's obniżyła ocenę wiarygodności kredytowej Polski z poziomu A2 do A3. To pierwsza taka zmiana ratingu od ponad 20 lat, uzasadniona między innymi trudną sytuacją finansów publicznych.

Informacja wywołała w weekend falę komentarzy wśród polityków i ekspertów. Rynek zareagował w poniedziałek dużo spokojniej. Polski złoty nieznacznie umocnił się w stosunku do najważniejszych walut, a Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie zakończyła notowania na dużym, 2-procentowym plusie.


DLA CIEBIE
25 lat pracy w McDonald’s. Od pracownika do prezesa - Tomasz Rogacz II Pierwsza Praca #5 

"Rynki są bezwzględne, nic ich nie powstrzyma"

Prof. Jacek Tomkiewicz z Rady Fiskalnej zwraca uwagę w rozmowie z money.pl, że na rynku obligacji też nie widać specjalnego poruszenia. – Poziom rentowności polskich obligacji (czyli koszt pożyczania pieniędzy – przyp. red.) jest teraz nawet niższy niż przed ogłoszeniem piątkowej decyzji agencji Moody’s – komentuje nasz rozmówca.

Można z tego wysnuć wniosek, że obniżkę naszego ratingu rynek zdyskontował już wcześniej. Tym bardziej że w komunikacie Moody’s nie ma niczego zaskakującego. Są tam argumenty, które dobrze znamy. Natomiast nie możemy mieć złudzeń: rynki są bezwzględne. Jeśli będą chciały na nas zarobić, to nic ich nie powstrzyma – podkreśla prof. Tomkiewicz.

– Nie chcę przeceniać roli agencji ratingowych, ale z drugiej strony nie można uznać, że rynek całkowicie ignoruje ich decyzje – dodaje ekonomista. Jak tłumaczy, gwałtowne reakcje inwestorów mogą w szczególnych przypadkach doprowadzić nawet do upadku rządu w kraju, który boryka się z problemami fiskalnymi.

Proszę sobie przypomnieć, co się wydarzyło w 2022 r. w Wielkiej Brytanii – dużej, europejskiej gospodarce. Po tym, jak ówczesna premier Liz Truss zaprezentowała projekt minibudżetu i cięcia podatkowe bez wskazania źródeł finansowania, inwestorzy zmusili ostatecznie swoimi decyzjami Bank Anglii do interwencji na rynku obligacji – mówi nam członek Rady Fiskalnej.

Dług Polski coraz bliżej 55 proc. PKB

Nasz rozmówca podkreśla, że wraz z obniżką oceny wiarygodności kredytowej agencja Moody’s zmieniła również perspektywę ratingu dla Polski z negatywnej na stabilną. – To oznacza, że nasz dług, owszem, rośnie szybko, ale będzie się stabilizować, w związku z progami ostrożnościowymi, jakie mamy obecnie zapisane w polskiej konstytucji i ustawach – tłumaczy prof. Tomkiewicz.

– Ale jeśli po stronie polityków pojawi się pokusa, żeby te reguły fiskalne w jakikolwiek sposób zawiesić, obejść lub "rozwodnić", to nie da się wykluczyć kolejnych obniżek ocen polskiej wiarygodności kredytowej – podkreśla ekspert.

Zgodnie z polskim prawem, państwowy dług publiczny nie może przekroczyć poziomu 60 proc. PKB. Taki limit zapisano w naszej konstytucji w latach 90. Oprócz tego rząd musi pilnować jeszcze jednej granicy: 55 proc. PKB.

Ostrzegawczy próg w takiej wysokości znalazł się w ustawie o finansach publicznych, która precyzyjnie opisuje, co w takiej sytuacji stanie się między innymi z waloryzacją emerytur i rent czy pensjami w budżetówce. Szczegóły omówiliśmy w tym tekście.

Według Rady Fiskalnej istnieje duże ryzyko, że do naruszenia progu 55 proc. PKB dojdzie już w przyszłym roku. Mimo to o skutkach takiego scenariusza w debacie publicznej mówi się niewiele. – Myślę, że dużą rolę odgrywa tutaj kalendarium zdarzeń – mówi prof. Tomkiewicz.

– O tym, że polski dług publiczny przekroczył poziom 55 proc., dowiemy się dopiero w połowie 2028 r. Oznacza to, że skutki naruszenia limitu będą widoczne w projekcie ustawy budżetowej na 2029 r. – wyjaśnia ekonomista.

W tych okolicznościach trudno oczekiwać, by opinia publiczna skupiała swoją uwagę na tym, co być może nastąpi za kilka lat. Do tego czasu po drodze może się wydarzyć jeszcze bardzo wiele. Nie zmienia to faktu, że rolą Rady Fiskalnej jest pokazywanie konsekwencji pewnych działań – lub braku takich działań – i tego, co z tego wynika dla obywateli – zwraca uwagę prof. Jacek Tomkiewicz.

Polacy skłonni do cięć? "Jestem sceptyczny"

Naprawa finansów publicznych będzie wymagać korekty prawdopodobnie zarówno po stronie wydatkowej, jak i podatkowej. Prof. Tomkiewicz tłumaczy, że do podjęcia jakichkolwiek działań w tym zakresie niezbędne jest nie tylko szerokie, polityczne porozumienie, ale też poparcie społeczne.

Polki i Polacy czują, że wysoki poziom deficytu i długu to coś, co nam ciąży. Ale jestem raczej sceptyczny, jeśli chodzi o powszechną akceptację dla działań redukujących wydatki lub podnoszących podatki. Natomiast zarówno rząd, jak i Rada Fiskalna są od tego, aby obiektywnie pokazywać stan finansów publicznych, prognozować ich przyszłość i pokazywać konsekwencje działań – lub ich braku – na rzecz ich naprawy. Mam nadzieję, że doprowadzi to do poważnej i merytorycznej debaty politycznej

mówi nam członek Rady Fiskalnej.

Prof. Jacek Tomkiewicz w rozmowie z money.pl przekonuje również, że nie ma takiego poziomu zadłużenia kraju, który automatycznie wywraca gospodarkę do góry nogami. – Mamy przykłady państw, takich jak Japonia, gdzie dług przekracza 200 proc. PKB; we Włoszech to ok. 140 proc. PKB – wylicza.

– Polski próg ustalony na 60 proc. wynika z okoliczności, w jakich powstała nasza konstytucja. Ustawę zasadniczą uchwalono w 1997 r. Chcieliśmy pokazać wtedy światu, że jesteśmy częścią Europy i w tym duchu wpisaliśmy do konstytucji limit, wynikający wprost z unijnego paktu stabilności i rozwoju – wyjaśnia ekspert.

Wybrane dla Ciebie