Kanclerz Merz jedzie do Pekinu. Niemcy szukają nowej drogi
Niegdyś Chiny były dla niemieckiego przemysłu ziemią obiecaną, dziś stają się strategicznym bólem głowy. Kanclerz Friedrich Merz udaje się z pierwszą wizytą do Pekinu w momencie, gdy niemiecka gospodarka krwawi, tracąc tysiące miejsc pracy miesięcznie. Jak donosi Politico, Berlin próbuje redefiniować relacje z Państwem Środka, będąc w kleszczach między agresywną polityką handlową Chin a nieprzewidywalnymi Stanami Zjednoczonymi Donalda Trumpa.
Friedrich Merz rozpoczyna we wtorek swoją inauguracyjną wizytę w Chinach. Podróż ta odbywa się w atmosferze, którą przedstawiciele niemieckiego biznesu określają mianem "szoku chińskiego". Przez lata Berlin był głównym orędownikiem zacieśniania relacji unijnych z Pekinem, promując doktrynę "Wandel durch Handel" (zmiana poprzez handel). Zakładano, że bliższe więzi gospodarcze wpłyną łagodząco na autorytarny reżim. Dziś, jak zauważa serwis Politico, podejście to jawi się jako historyczny błąd w obliczeniach, porównywalny z uzależnieniem energetycznym od Rosji przed inwazją na Ukrainę.
Skala problemu staje się coraz bardziej widoczna. Jak wynika z analiz z końca stycznia, Niemcy tracą nie tylko na bezpośrednim handlu z Chinami, ale stają się także pośrednikiem w chińskim eksporcie do reszty Europy, co dodatkowo komplikuje ich sytuację gospodarczą.
Bilans handlowy w ruinie
Jeszcze do niedawna Niemcy były jednym z nielicznych krajów Unii Europejskiej, które notowały nadwyżki w handlu z Pekinem, dostarczając maszyny i komponenty napędzające chiński wzrost. Ta era jednak definitywnie się skończyła. Relacje handlowe uległy drastycznemu odwróceniu. Z danych przytaczanych przez Politico wynika, że w 2025 roku deficyt handlowy Niemiec z Chinami sięgnął astronomicznej kwoty 90 mld euro.
Skutki tego zwrotu są odczuwalne w realnej gospodarce. Niemiecki sektor produkcyjny, będący sercem tamtejszej ekonomii, notuje straty rzędu 10 tys. miejsc pracy miesięcznie. Przemysłowcy wskazują na Chiny jako głównego winowajcę tego stanu rzeczy. Thilo Brodtmann, dyrektor zarządzający stowarzyszenia VDMA (zrzeszającego producentów maszyn), w wypowiedzi cytowanej przez serwis podkreśla, że niemieckie firmy znajdują się pod presją systematycznie wypaczanych warunków konkurencji.
Nasze firmy nie konkurują z innymi firmami, ale z chińskim skarbem państwa – stwierdził Brodtmann, odnosząc się do szerokiego strumienia subsydiów płynących z Pekinu.
Ekspert wezwał kanclerza do zajęcia się kwestią chińskich kontroli eksportu metali ziem rzadkich oraz praktyką dotowania tak zwanych "firm zombie", które dzięki państwowym pieniądzom mogą oferować ceny poniżej kosztów produkcji.
Między młotem a kowadłem
Sytuacja geopolityczna nie ułatwia zadania kanclerzowi. Merz, określany jako odruchowy transatlantyk, ma ograniczone pole manewru. Zwrot w stronę Stanów Zjednoczonych jest utrudniony, ponieważ USA pod rządami Donalda Trumpa są uwikłane we własny, nieprzewidywalny konflikt celny z Europą. To zmusza Berlin do szukania sposobu na ułożenie relacji z Xi Jinpingiem, mimo że – jak przyznaje otoczenie kanclerza – Chiny trzymają w ręku mocne karty.
Kluczowym problemem pozostaje uzależnienie od surowców. Niemcy przez lata stały się zależne od importu krytycznych materiałów z Chin, co daje Pekinowi teoretyczną możliwość paraliżu niemieckich fabryk. Choć Berlin próbuje realizować politykę "de-risking" (ograniczania ryzyka), proces ten wymaga lat, a niemiecki przemysł potrzebuje rozwiązań natychmiastowych.
Jörg Wuttke, wieloletni obserwator Chin, który doradzał kanclerzowi przed wizytą, w rozmowie z Politico ocenił, że Merz jest świadomy swojej pozycji. – Zdaje sobie sprawę, że jest prawdopodobnie najważniejszym politykiem dla Chin w Europie – powiedział Wuttke po spotkaniu z kanclerzem.
Dylemat lewara
Wizyta Merza, któremu towarzyszy delegacja kilkudziesięciu dyrektorów generalnych, obejmie spotkania z Xi Jinpingiem oraz wizyty w zakładach Mercedesa i Siemens Energy. Oczekiwania co do przełomowych umów są jednak niewielkie. Głównym pytaniem pozostaje to, czy Niemcy i Unia Europejska są w stanie wywrzeć realną presję na Pekin.
Nicolas Zippelius, poseł CDU zajmujący się relacjami z Chinami, sugeruje, że Merz może być w rozmowach prywatnych znacznie bardziej stanowczy niż w publicznych deklaracjach. – Chiny i Niemcy mogą się nawzajem bardzo mocno zranić – powiedział Zippelius, dodając, że w rozmowach za zamkniętymi drzwiami można komunikować to bardzo wyraźnie.
Europa bez skutecznej odpowiedzi
Eksperci pozostają jednak sceptyczni. Andrew Small, dyrektor programu azjatyckiego w European Council on Foreign Relations, zwraca uwagę na fatalny timing wizyty. Jego zdaniem Merz jedzie do Chin w najgorszym możliwym momencie, gdy wpływ "szoku chińskiego" na niemiecką gospodarkę jest najbardziej widoczny, a prognozy nie zwiastują poprawy.
– Lewar istnieje – przyznaje Small w wypowiedzi dla Politico. – Ale po stronie chińskiej panuje przekonanie, że Europa nie jest gotowa go użyć.
Pekin doskonale zdaje sobie sprawę, że w przeszłości UE wycofywała się z potencjalnych konfliktów handlowych (np. w sektorze paneli słonecznych czy telekomunikacji) z obawy przed chińskim odwetem. Jeśli Europa nie podejmie bardziej skoordynowanych działań, Chiny mogą uznać, że obecna strategia gospodarcza – mimo protestów Berlina – jest dla nich bezpieczna i opłacalna.
Problem chińskiej ekspansji gospodarczej narastał już od miesięcy. Jak wynika z grudniowej analizy dotyczącej zalania Europy tanimi towarami, Państwo Środka generuje ogromne nadwyżki handlowe, ale jednocześnie samo zmaga się z wewnętrznymi problemami gospodarczymi. Paradoksalnie, jak pokazały dane z grudnia, Chiny po raz pierwszy od dekad odnotowały spadek inwestycji, co może świadczyć o strukturalnych problemach ich modelu rozwoju. Mimo to presja na europejskich producentów nie słabnie. Już w grudniu prezydent Francji Emmanuel Macron groził Pekinowi wprowadzeniem ceł, nazywając sytuację sprawą życia i śmierci dla europejskiego przemysłu. Wizyta Merza w Chinach może być zatem ostatnią szansą na dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu, zanim Europa zdecyduje się na bardziej konfrontacyjne środki.