Mercosur wchodzi w życie, ekspert obala mity. "Import wołowiny? To tylko dwa statki"
Krytykowana przez część polskich rolników i polityków umowa z krajami Mercosur tymczasowo wchodzi w życie. Czy jest się czego obawiać? - Łatwiej podnosić larum na import wołowiny niż dyskutować o szansach i korzyściach - mówi w wywiadzie dla money.pl Bartosz Urbaniak z BNP Paribas.
- Włosi i Francuzi zupełnie inaczej podchodzą do umowy z krajami Ameryki Południowej, chociaż podobnie jak Polska chcą wspierać swoje rolnictwo - mówi w rozmowie z money.pl Bartosz Urbaniak.
- Ekspert BNP Paribas skomentował też ostatnie doniesienia o ukrytym zapisie umowy, który znosi cła na importowaną do Europy wołowinę premium. "Mówimy o kontyngencie wielkości 100 tys. ton. To zaledwie dwa statki".
- Czy wojna na Bliskim Wschodzie doprowadzi do podwyżek cen żywności? Zdaniem analityka nie ma takiego zagrożenia - pod warunkiem, że konflikt nie będzie się przedłużał.
Tomasz Setta, dziennikarz money.pl: Umowa handlowa pomiędzy Unią Europejską a krajami Mercosur wchodzi w życie, na razie "tymczasowo". Ta "tymczasowość" ma jakieś znaczenie dla rynku?
Bartosz Urbaniak, szef bankowości food & agro na Europę Środkowo-Wschodnią i Afrykę w BNP Paribas: Moim zdaniem to nie powinno mieć znaczenia. Skrytykuję przy tym naszych polityków, którzy przekonują, że skoro umowa jest "tymczasowa" i zajmie się nią unijny Trybunał Sprawiedliwości, to porozumienie udało się zablokować. To jest typowe chowanie głowy w piasek.
Polska to nie jedyne państwo, gdzie umowa budzi wątpliwości. Inne kraje też tak postępują?
Zupełnie inaczej. Rozmawiałem ze swoimi kolegami z Francji i z Włoch. Specjalnie wymieniam te kraje, bo one też były przeciwko porozumieniu. Co ważne, ten sceptycyzm miał podobne źródło co w Polsce. Chodzi o wpływ umowy na rolnictwo. Tyle że w przypadku Włochów i Francuzów widzę ewolucję postaw.
"Może przynieść bardzo pozytywne wyniki". Twórca giganta zabiera głos ws. Mercosuru
Włosi poszli w stronę poszukiwania pewnych politycznych przewag. Ukoronowaniem tego procesu jest wpisanie włoskiej kuchni na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. To pierwsza taka sytuacja w historii. Niedługo potem - dziwnym trafem - Włosi nie byli już tak sceptyczni wobec umowy z Mercosurem. Podeszli do tego po prostu bardzo pragmatycznie, zapewniając sobie ochronę tego, na czym im najbardziej zależy.
Z kolei Francuzi nadal są sceptyczni, ale szukają sposobów na to, jak na tej umowie mogą skorzystać inne gałęzie gospodarki i jak ewentualne koszty dla francuskich rolników przerzucić na Unię Europejską. Intensywnie badają też, czy mogą wysłać do Ameryki Południowej produkty, których nie mogą już eksportować do Stanów Zjednoczonych.
W tym samym czasie polski minister rolnictwa zapowiada skargę do TSUE.
A to nam nic nie da. Mam na myśli to, że taka skarga nie zatrzyma handlu po obu stronach oceanu, chociaż może zamrozić przepływ kapitału i ograniczyć inwestycje bezpośrednie.
"Polskę i Europę zaleje teraz tania żywność niskiej jakości, niespełniająca unijnych norm" - tak chyba można najkrócej podsumować wątpliwości części polskich rolników. Rzeczywiście jest takie ryzyko?
Trzeba się temu uważnie przyglądać. Moim zdaniem nic takiego się nie wydarzy - jestem chyba jedną z niewielu osób w Polsce, które tak uważają. Powiedzieliśmy już, że rolnicy obawiają się niższych cen. Tyle że te obawy dotyczą rynków, na których panuje dyktat globalnych cen. Po drugie, my już teraz importujemy z tamtej części świata sporo surowców. Głównie z krajów Ameryki Południowej sprowadzamy dziś - za grube miliardy - śrutę sojową, żeby wyżywić nasz drób. I ta cena jest ceną globalną, umowa z Mercosurem nie ma tu większego znaczenia. Tak samo jest z pszenicą - nie widzę żadnego powodu, żeby cena tego zboża się zmieniła.
Powiem więcej: obawiamy się taniej produkcji, ale paradoksalnie właśnie takiej teraz potrzebujemy. Sami nie jesteśmy w stanie tanio wyprodukować paszy dla drobiu bez wspomnianej śruty sojowej. Jeszcze do niedawna mogliśmy pozyskiwać ten surowiec z Ukrainy, teraz takiej możliwości nie ma.
Niedawno media obiegła informacja o ukrytym zapisie umowy, który z dnia na dzień znosi cła na importowaną do Europy wołowinę premium z Ameryki Południowej. Jest się czego obawiać?
Mówimy o kontyngencie wielkości blisko 100 tys. ton. W rzeczywistości to są mniej więcej dwa typowe statki handlowe, każdy o pojemności 48 tys. ton. Tymi dwoma statkami nikt Europy nie podbije, nie ma szans. Po drugie, taka ilość wołowiny z krajów Mercosur już teraz trafia do Europy.
My już mamy te 100 tys. ton na naszym rynku, z czego część trafia do Polski - głównie do restauracji, a nie do sklepów. W przypadku nieco ponad połowy tego mięsa mówimy o obniżonych stawkach celnych, wynikających z wcześniejszych umów podpisanych przez Mercosur i Unię Europejską, a druga połowa obłożona jest pełnymi stawkami celnymi.
A co z jakością tych produktów?
Importujemy wołowinę z krajów Ameryki Południowej właśnie dlatego, że ona ma wysoką jakość. W przypadku drobiu, rzeczywiście, mamy pewne różnice w produkcji. Ale drób z Ameryki Południowej - głównie z Brazylii - trafia do nas w formie mrożonych bloków mięsa, kupowanych np. przez duże sieci fast food.
Polska eksportuje na rynki zupełnie inny produkt, czyli mięso schłodzone. I to jest bardzo duży sukces ostatnich lat: schłodzony, tackowany drób z polskich ferm ląduje na półkach supermarketów i dyskontów, skąd trafia potem do europejskiego konsumenta.
Pytanie, kto z nas zagląda dzisiaj do lodówek głębokiego zamrażania, żeby kupić sobie kotlet do przygotowania w domu? Prawie nikt. A czy ten import drobiu - w postaci mrożonego mięsa - może spowodować jakieś zmiany cen na europejskim rynku? Myślę, że to może wywołać pewną presję, przez co pewnie będzie trochę taniej - ale tylko trochę.
Skoro tak niewiele ma się zmienić, to po co w ogóle jest to zamieszanie? Może w tej dyskusji za bardzo skupiamy się wyłącznie na rolnictwie?
Myślę, że tak. Ta umowa wykuwała się bardzo długo, dosłownie przez kilkadziesiąt lat. Dopiero w ostatnim czasie mieliśmy nagłe przyspieszenie, w czym pomógł z pewnością Donald Trump i jego polityka handlowa. W dużym skrócie, to, co Europa eksportowała dotąd do USA bezcłowo, teraz obłożone jest co do zasady 15-procentowym cłem. W związku z tym poszukujemy teraz nowych miejsc zbytu na europejski towar o wartości dodanej.
Mówi pan o nowych rynkach zbytu dla niemieckich samochodów, kosztem polskich rolników.
Myślę, że gdybyśmy dokładnie zbadali, z czego składają się te niemieckie auta, to bylibyśmy mocno zdziwieni, jak bardzo są polskie. I tu wcale nie chodzi o to, że pochodzą bezpośrednio z polskich montowni. Zwracam też uwagę na grupę kooperantów, którzy uczestniczą w ich produkcji. Ten polski wkład wcale taki mały nie jest.
Pamiętajmy też, że do krajów Ameryki Południowej możemy wysyłać nie tylko samochody - jesteśmy w stanie eksportować też usługi. Skorzysta na tym przemysł maszynowy, farmaceutyczny.
Jeśli popatrzymy na obroty handlowe pomiędzy Unią Europejską a krajami Mercosur, to wynoszą one łącznie 110 miliardów euro i są prawie w równowadze. Asymetria przejawia się głównie w tym, że my importujemy stamtąd surowce, a eksportujemy usługi i towary przetworzone, czyli o wyższej wartości dodanej.
Za mało o tym mówimy?
Zdecydowanie za mało. Po pierwsze, umowa z krajami Ameryki Południowej to próba kontrowania politycznych działań Putina w tej części świata, który jest dla nas zagrożeniem cywilizacyjnym.
Wracając do kwestii gospodarczych: nasza europejska produkcja jest droga, ale obejmuje dobra wysokiej jakości, za które trzeba zapłacić odpowiednio wysoką cenę. Musimy szukać rynków, gdzie jest stosunkowo duża klasa średnia, albo takich miejsc, które potrzebują dalszego rozwoju. Tu mogę wymienić Brazylię i Argentynę - jeśli ich liderzy ruszą z projektami infrastrukturalnymi, to Europejczycy będą mieli w tych projektach ważną rolę do odegrania. Polscy przedsiębiorcy mają tutaj sporo do zaoferowania. Zresztą, część z nich już tam jest.
Niestety, złe wiadomości lepiej się sprzedają. Dużo łatwiej jest podnosić larum w sprawie importowanego kontyngentu wołowiny niż opowiadać, że będziemy teraz sprzedawać więcej niemieckich aut, ale z polskimi fotelami czy silnikami. Nie podejmują tego tematu ani politycy, ani środowiska biznesowe. Dlatego chcemy o tym porozmawiać 15 maja w ramach ICC Poland (Polski Komitet Narodowy Międzynarodowej Izby Handlowej - red.) z przedstawicielami innych krajów.
Na międzynarodową umowę handlową nie można patrzeć tylko przez pryzmat jednego państwa. To tak, jakbyśmy chcieli stworzyć mapę całego miasta, mając do dyspozycji wyłącznie widok z jednego okna. Potrzebujemy szerszego spojrzenia, musimy zrozumieć motywy innych krajów - dopiero wtedy taka analiza pozwala ukazać nowe szanse i możliwości.
Zapytam jeszcze o konsekwencje wojny na Bliskim Wschodzie dla rynku rolnego. Polski konsument ma się czym martwić - żywność w sklepach będzie droższa?
Na razie nie ma takiego niebezpieczeństwa. Nawet te słynne pistacje, które miały być produkowane głównie w Iranie, w przypadku Polski są importowane z Turcji, więc ich nie zabraknie. Pamiętajmy też, że jesteśmy eksporterami "bliskiego dystansu", co w obliczu rosnących cen ropy naftowej, gazu i frachtu może nam pomóc - czego nie mogą już powiedzieć "długodystansowi" eksporterzy, np. z Ameryki Południowej.
Jeśli chodzi o poziom cen żywności, to tutaj dużo istotniejsze są dla nas czynniki lokalne, a nie globalne. W kwietniu znowu nie padało w Polsce, co może istotnie wpłynąć na rynek warzyw. Jest też stosunkowo zimno. A co do czynników globalnych - wiele zależy od tego, jak długo jeszcze potrwa konflikt w Zatoce Perskiej.
Jeśli wojna będzie się przedłużać i potrwa do okresu zbiorów - co wbrew pozorom czeka nas już niedługo - a na rynku nawozów będą jakieś zakłócenia, to możemy zobaczyć pewne efekty. Polscy i europejscy rolnicy najczęściej funkcjonują tak, że kiedy sprzedają produkt, wtedy zaczynają też kontraktować środki do kolejnej produkcji. Dlatego jeśli do tego momentu sytuacja się nie ustabilizuje, to mogą czekać nas ciekawe czasy.
Rozmawiał Tomasz Setta, dziennikarz money.pl