Właśnie wchodzą w życie przepisy, które mogą wyrzucić na bruk część ludzi z utworzonych na mocy specustawy z 2022 r. tzw. ośrodków zakwaterowania zbiorowego. Sprawa dotyczy Ukraińców i Ukrainek w trudnej sytuacji oraz – a może przede wszystkim – ich dzieci.
Roczna oszczędność po stronie wydatków publicznych? Kilkadziesiąt do ponad 100 mln zł. Grosze (dokładnie mówiąc – kilka procent) w porównaniu choćby z fikcyjnym samozatrudnieniem, którego koszt Ministerstwo Pracy szacuje na 2 mld rocznie.
Nie chodzi więc o żadne oszczędności, tylko o polityczne zagospodarowywanie coraz silniejszych w Polsce nastrojów antyukraińskich. Jest to o tyle absurdalne, że Ukraińcy są "wymarzoną grupą migracyjną". Takie są po prostu fakty, a jeżeli ktoś twierdzi inaczej, to albo manipuluje, albo nie zna materii, o której się wypowiada.
"Możemy uniknąć błędów Niemiec". Sołowow o polskiej energetyce
W środę, 1 lipca weszły kolejne obostrzenia w związku z tak zwaną ustawą wygaszającą. W ich ramach wsparcie ma stracić kilka wrażliwych grup, które do tej pory miały prawo do darmowego pobytu w ośrodkach powołanych w celu niesienia pomocy osobom, które uciekały przed rosyjską agresją.
Kogo obejmą nowe przepisy
Z danych resortu spraw wewnętrznych cytowanych przez Roberta Horbaczewskiego, dziennikarza portalu Prawo.pl wynika, że w 2024 r. w placówkach przebywało 60 tys. uchodźców. W kolejnym roku było ich 25 tys. Dzisiaj ma ich być około 11 tys.
Kogo konkretnie mają dotknąć nowe przepisy? Prawo do finansowania pobytu tracą m.in. osoby samotnie wychowujące trójkę lub więcej dzieci, jeżeli wszystkie ukończyły 7. rok życia, małoletni lub dzieci, na które nie jest pobierane świadczenie opiekuńcze. W ośrodkach wciąż za darmo mogą przebywać kobiety w ciąży, niepełnosprawni i emeryci, którzy nie otrzymują polskiej emerytury.
Zarządzający placówkami mówią, że sprawa może dotknąć około 40-50 proc. ich podopiecznych. A to oznacza, że mówimy o liczbie około 5 tysięcy osób. Jeżeli dopłata do zakwaterowania wynosi kilkadziesiąt złotych miesięcznie, to domena publiczna na takim ruchu może zaoszczędzić góra 100-150 mln zł.
Dla przeciętnego człowieka to może się wydawać naprawdę dużo, ale w skali wydatków budżetowych to grosze. Zanim umieścimy to w szerszym kontekście, powiedzmy sobie, kim są osoby, które stracą na nowych przepisach.
Ten ruch będzie miał konsekwencje
Spora część matek z OZZ-ów pracuje (nie wiemy niestety, jaka część). Ale często są to zajęcia dorywcze, w niskich segmentach rynku pracy. Nierzadko osoby te nieznające języka są gorzej wykształcone. Nie znają Państwo takich osób z Polski, które ruszyły na Zachód, kiedy otworzyły się granice? Tutaj dochodzi komponent wojenny oraz to, że część z tych osób straciła wszystko w kraju pochodzenia.
"Niskie segmenty rynku pracy" oznaczają po prostu małe pensje, często umowy śmieciowe albo umowy na gębę. W przypadku rodziców wielu dzieci nie zarabiają oni wystarczająco dużo, żeby wynająć mieszkanie na rynku prywatnym. Po to też są przecież wszystkie programy wsparcia ubogich. Ubogich, czyli osób, które z różnych powodów nie mogą sobie zapewnić samodzielnie godnego życia.
A jeśli myślą Państwo, że przycięcie "socjalu" zdyscyplinuje takie osoby i spowoduje eksplozję ich zarobków, to proponuję wybrać się w podróż po Stanach Zjednoczonych, gdzie w dużych miastach istnieją całe namiotowe miasteczka dla bezdomnych. Tym skutkuje brak rozsądnej polityki chroniącej najbardziej wrażliwych.
Oczywiście Polsce ten scenariusz nie grozi. Ale zwiększenie ryzyka bezdomności dla matek z dziećmi już tak. To nie znaczy, że wszystkie z tych kilku tysięcy osób wylądują na bruku. Ale część z nich może.
Oszczędności? Znikome
To jeszcze jedno zestawienie. Główny Urząd Statystyczny właśnie opublikował dokładne dane, z których wynika, że w Polsce mieszka około 2,3 mln cudzoziemców. Wśród nich aż 73 proc. to Ukraińcy, co by się przekładało na niecałe 1,7 mln osób. 11 tys., które przebywają w OZZ-ach, stanowi 0,4 proc. wszystkich migrantów oraz 0,6 proc. Ukraińców.
To teraz umieśćmy wspomniane "oszczędności" w szerszym kontekście. 100-150 mln zł to kilka proc. tego, co budżet (oraz systemy składkowe) tracą na fikcyjnym samozatrudnieniu. Fikcyjnym samozatrudnieniu, które – przypomnijmy – jest domeną głównie osób najlepiej uposażonych. Skąd to wiemy? Z opracowania Polskiego Instytutu Ekonomicznego, które analizując kwestię fikcyjnego B2B wskazywało na to, że sprawa odnosi się w dużej mierze do ludzi z IT i wspomnianych bogatych lekarzy.
Sprawę stara się łatać ministra pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, która w jednej z ostatnich wypowiedzi podkreśliła, że jej resort zwrócił się do wojewodów, żeby "przychylnym okiem patrzyli na wnioski o specjalne zasiłki, z których można pokryć pobyt w ośrodku zakwaterowania zbiorowego".
Problem w tym, że takie rozwiązanie to przekładanie środków lewą ręką przez prawe kolano do górnej kieszeni w plecaku. Na całej procedurze wytraca się zasoby i jest ona droższa niż po prostu pozostawienie starych przepisów. Przepisów – dodajmy – które zaproponował rząd, w którym zasiada Dziemianowicz-Bąk.
Rozwiązanie nie ma więc żadnego dającego się obronić uzasadnienia. Oszczędności po stronie wydatków publicznych są znikome, zwłaszcza w zestawieniu z kosztami dla systemu, które generują osoby zamożne. Odnosi się do najbardziej wrażliwych ludzi w Polsce. A łatanie wygenerowanych problemów będzie kosztowało więcej niż pozostawienie spraw po staremu.
Kryteria "idealnej migracji" spełnione
Tymczasem – jak zaznaczyłem na początku – Ukraińcy są "wymarzonymi" migrantami. Mają wyższą aktywność zawodową niż Polacy, co wynika z ich struktury demograficznej. Są stosunkowo młodzi, a więc nie obciążają systemu ochrony zdrowia tylko wychodzą dla niego netto na plus. Tak samo jest z systemem emerytalnym. "Klajstrują" więc te problemy, które wynikają z naszej skrajnie niskiej dzietności. Generują dodatkowe PKB, co przekłada się na wzrost naszego dobrobytu.
Jednocześnie z analiz statystyk policyjnych w jasny sposób wynika, że są tak samo lub nawet mniej "ryzykowni", jeśli chodzi o popełnianie przestępstw, niż Polacy. Dodatkowo są bliscy kulturowo, dobrze się integrują. Spełniają więc wszystkie kryteria "idealnej migracji".
Antyukraińska fala
Mimo tego w Polsce narasta antyukraińska fala, którą podbijają politycy. Nie mówię bynajmniej o reakcji na prowokacyjne ruchy prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, który wybrał znaną również z Polski politykę "wstawania z kolan". Czyli po prostu obrał dyplomatyczny kurs kolizyjny ze swoim sąsiadem i największym – do niedawna – sojusznikiem, czyli z Polską.
Mówię o skali mikropolityk, ale też zachowań konkretnych ludzi w naszym kraju, która przekłada się na poczucie wrogości polskiego społeczeństwa wobec zwykłych Ukraińców i Ukrainek. Wrogości, która – nie ma co owijać w bawełnę – po prostu rośnie. Jedną z konsekwencji tej gry jest choćby "przycięcie" pomocy dla naprawdę potrzebujących. Sami sobie w ten sposób hodujemy ruchy odśrodkowe.