Polska potrzebuje migrantów. Postulaty zamknięcia granic niczego nie rozwiążą [OPINIA]
Migracja jest koniecznością, jeżeli chcemy utrzymać wzrost dobrobytu. To nie znaczy, że nie stawia ona przed nami pewnych wyzwań. Nie da się mieć jednak dekadami niskiej dzietności, być zamkniętym na migrantów i jednocześnie oczekiwać dynamicznego wzrostu dobrobytu w dłuższej perspektywie – pisze w opinii dla money.pl Kamil Fejfer.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Polska będzie potrzebowała migrantów. To pewne. Wynika to niskiej dzietności, która towarzyszy nam od dekad. Według szacunków GUS do 2040 roku liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie z obecnych około 22 mln do niecałych 20. Dekadę później będzie ich już od 16,4 mln (wariant pesymistyczny) do 17 mln (wariant optymistyczny). W tym samym czasie będzie rosnąć liczba osób w wieku poprodukcyjnym. To z kolei oznacza rosnące wydatki na emerytury, jak i rosnące potrzeby systemu opieki zdrowotnej. I jeden i drugi system wymaga dopływu środków.
W uproszczeniu mamy trzy sposoby na ich pozyskanie: możemy je "wygenerować" z długu, ze wzrostu gospodarczego, albo z danin. Żeby jednak te ostatnie się spięły, nasza gospodarka musi mieć m.in. pracowników.
Tutaj wypada otworzyć nawias i dodać, że linie obrony przed niską dzietnością są co najmniej trzy. Pierwszą z nich, na której się skupimy w dalszej części tekstu, jest właśnie migracja. Drugą jest wydłużenie wieku emerytalnego. Trzecią natomiast wzrost wydajności pracy. Żadna z nich pojedynczo nie wystarczy, aby stawić czoła czekającym nas wyzwaniom.
"Na tym powinno się skupić nasze pokolenie". Czego uczyć dzieci w kwestii pieniędzy
Co pokazali nam migranci z Ukrainy i Białorusi
Migracja jest więc jednym z filarów naszego dobrobytu w przyszłości. Niestety obecne debaty skupiają się przesadnie na zagrożeniach, a prawicowi politycy podbijają bębenek lęków. To oczywiście nie znaczy, że zagrożeń nie ma.
Z informacji portalu Demagog.org wynika, że w Niemczech liczba podejrzanych o popełnienie przestępstw jest większa zarówno w przypadku uchodźców (popełniają oni przestępstwa od kilku do 10 razy częściej niż rodowici Niemce w zależności od typu czynu), jak i w przypadku migrantów ekonomicznych. Podobne informacje płyną ze służb holenderskich, czy ze Szwecji, gdzie za niemal 60 proc. przestępstw o charakterze seksualnym odpowiadają o osoby z "tłem migracyjnym".
Podzielmy ten włos na czworo. Po pierwsze, z tego, że część migrantów częściej popełnia przestępstwa, niż miejscowi nie wynika, że większość migrantów to potencjalni przestępcy. Nic z tych rzeczy. Przytłaczająca większość z nich to zwykli ludzie chcący zarobić na chleb, płacący podatki i chcący wychować swoje dzieci na przyzwoitych ludzi.
Po drugie, nie każda migracja łączy się ze zwiększeniem przestępczości. Przykładów zresztą nie trzeba szukać daleko – bardzo liczna migracja z Ukrainy i Białorusi w ostatnich latach unaoczniła, że przybysze nie różnią się od Polaków pod względem częstości popełnianych przestępstw.
Postulaty zamknięcia granic niczego nie rozwiążą. Nie da się mieć dekadami niskiej dzietności, być zamkniętym na migrantów i jednocześnie oczekiwać dynamicznego wzrostu dobrobytu w dłuższej perspektywie. Nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka. Pytaniem nie jest więc "jak zamknąć granice", tylko w jaki sposób migrantów w najlepszy sposób wkomponowywać w nasze społeczeństwo oraz w rynek pracy.
Ile naprawdę zarabiają migranci
Zacznijmy od rozróżnienia, które już zostało wyżej zasygnalizowane. W bardzo dużym uproszczeniu migranci dzielą się na dwie grupy: uchodźców, którzy uciekają przed wojnami lub absolutnie nieznośnymi warunkami bytowymi oraz na migrantów ekonomicznych (chcących znaleźć pracę).
Polski Instytut Ekonomiczny opublikował niedawno opracowanie, z którego wynika, że 72 proc. cudzoziemców w wieku produkcyjnym przybyłych do kilkunastu analizowanych krajów OECD było legalnie zatrudnionych (dane za rok 2024). "Praca nie tylko zapewnia dochód, ale jest także źródłem poczucia godności, stabilności i przynależności do społeczeństwa, co czyni ją kluczowym elementem integracji" – czytamy w opracowaniu.
Przybysze – co dość oczywiste – zarabiają mniej niż miejscowi. W pierwszym roku ich zarobki są mniejsze średnio o 34 proc. Po pięciu latach dysproporcja maleje do 21 proc. Wciąż więc pozostaje zauważalna. W każdym z kilkunastu analizowanych krajów występowały różnice między pensjami przybyszów i miejscowych. Różniły się też luki płacowe między przybyszami i lokalsami po połowie dekady pobytu tych drugich.
Wgłębiając się w opracowania OECD "International Migration Outlook 2025" dowiemy się, jak istotny jest region pochodzenia przybyszów. Luka zarobkowa w momencie wejścia na rynek pracy jest większa w przypadku imigrantów z Afryki, Bliskiego Wschodu i Azji niż w przypadku migrantów z Unii Europejskiej i Ameryki Północnej. Myliłby się jednak ten, kto zrzucałby wszystko na dyskryminację. "Różnica wynika częściowo z tego, że migranci z Afryki, Bliskiego Wschodu i Azji pracują w niżej płatnych sektorach i gorzej płacących firmach" – czytamy w opracowaniu.
Według analizy OECD prawie 2/3 luki płacowej (63 proc.) między cudzoziemcami i miejscowymi można przypisać koncentracji przybyszów w gorzej płatnych firmach i sektorach (w krajach OECD jest to głównie: budownictwo, usługi domowe, zakwaterowanie i gastronomia, produkcja, opieka zdrowotna i IT).
Część początkowej różnicy w zarobkach brała się również z faktu, że migranci w pierwszym roku pracują mniej niż lokalsi. Ale dzieje się tak nie z ich wyboru – częściej niż miejscowi (i migranci, którzy już się zadomowili na rynku) mają mniejszy wybór ofert. To się zmienia z czasem, a przechodzenie na pełen etat jest jedną ze zmiennych, która powoduje dochodowe zbliżanie się do miejscowych.
A dlaczego migranci wybierają gorzej płatne zawody? Po pierwsze, oczywiście dlatego, że nie mają za bardzo innego wyboru. Kiedy człowiek z klasy średniej traci pracę, ma finansową poduszkę bezpieczeństwa, która pozwala mu poczekać na lepszą ofertę zatrudnienia. Ma też znajomych, którzy mogą go komuś polecić. Migranci nie mają tych zasobów – muszą się łapać tego, co jest akurat dostępne.
Druga sprawa to kwestia kapitału społecznego. Przybysze często idą do takiej pracy, w której pracują już ich znajomi i rodzina. To z kolei utrwala podział na "branże migranckie" i prace lokalsów. Z czasem jednak cudzoziemcy nabywają doświadczenia i umiejętności poruszania się po nowym rynku pracy i zarabiają lepiej.
Co może przyspieszyć te transfery? Polski Instytut Ekonomiczny mówi między innymi o szkoleniach zawodowych. "O 2-3 miesiące krócej w skali roku trwa adaptacja społeczna imigrantów, którzy przechodzą szkolenia zawodowe" – czytamy w opracowaniu. OECD z kolei podkreśla rolę sprawnego doradztwa zawodowego oraz dobrze skrojonej informacji na temat ofert pracy. Istotne jest też usprawnienie transportu lokalnego oraz zapewnienie mieszkań w przystępnej cenie. Niezwykle ważna jest również dostępna oferta szlifowania miejscowych języków.
OECD nie czynił rozróżnienia na migrantów ekonomicznych i na uchodźców. Jest to o tyle kluczowe, że ta druga grupa jest znacznie "trudniejsza" w integracji, a co za tym idzie, wymaga nieco innych instrumentów integracyjnych.
Procedury azylowe do poprawy
Jednym z największych problemów związanych z integracją uchodźców są przedłużające się procedury azylowe, podczas których migranci najczęściej nie mogą podjąć pracy. To z kolei powoduje, że przez całe miesiące, a czasem przez lata tkwią w specjalnych ośrodkach, co generuje zniechęcenie i poczucie alienacji.
Właśnie naprzeciw temu wyzwaniu wyszedł włoski program pilotażowy Forwork realizowany w latach 2018-2021. Opierał się on na wczesnej (jeszcze przed uzyskaniem statusu uchodźcy) pomocy zawodowej opartej o mentoring, doradztwo, kursy językowe i edukację obywatelską. Takie podejście poskutkowało zwiększeniem zatrudnienia o 30 proc. w porównaniu do grup kontrolnych.
Przegląd badań dokonany przez ekonomistów Lineę Hasager, Giovanniego Periego i Mette Foged nad skutecznością polityk integracyjnych w wielu europejskich krajach (ze szczególnym uwzględnieniem Danii) wskazuje również na niezwykle ważną kwestię nauki języka. Jest to jeden z najskuteczniejszych sposobów na zwiększanie dochodów uchodźców.
Jak wspomniałem – migracja jest koniecznością, jeżeli chcemy utrzymać wzrost dobrobytu. To nie znaczy, że nie stawia ona przed nami pewnych wyzwań. Jednak dzięki przykładom z innych krajów wiemy, jak z tymi wyzwaniami możemy sobie radzić. Czy skorzystamy z lekcji? To zależy od jakości naszej klasy politycznej. I przyszłej, i obecnej.
Dla Money.pl Kamil Fejfer, dziennikarz piszący o gospodarce, współtwórca podcastu i kanału na YouTube "Ekonomia i cała reszta"