Tak rozjeżdżają się męski i damski świat. To jeden z powodów niskiej dzietności [OPINIA]

Jeżeli przez lata mówiliśmy o tym, że kobiety są w różnym stopniu defaworyzowane na rynku pracy (co jest prawdą), to warto również zdać sobie sprawę z tego, że mężczyźni są defaworyzowani w edukacji. I jednym z dalekich ech tego zjawiska jest niska dzietność - pisze w opinii dla money.pl dziennikarz Kamil Fejfer.

Tak rozjeżdżają się męski i damski świat. To jeden z powodów niskiej dzietności [OPINIA]Tak rozjeżdżają się męski i damski świat. To jeden z powodów niskiej dzietności [OPINIA]
Źródło zdjęć: © Adobe Stock | Tomasz Jastrzebowski REPORTER, ZipZapic.com, diy13
Kamil Fejfer

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Od poniedziałku głośno jest o wypowiedziach prezydenta Karola Nawrockiego, które padły na Poland Future Summit. Głowa państwa w dużej mierze poruszała temat demografii. Istotnym komponentem przemowy Karola Nawrockiego był konserwatywny zwrot czy też – mówiąc precyzyjniej – nawoływanie do kulturowego wzmocnienia pozycji rodziny.

Prezydent opowiedział również swoją historię. "Miałem 20 lat, kiedy zostałem mężem i ojcem 2-letniego syna, mieszkałem w pokoju o powierzchni 14 metrów kwadratowych, musiałem ciężko pracować, cztery razy w tygodniu trenowałem, byłem w trakcie robienia doktoratu i nie zastanawiałem się czy rodzina mi się opłaci. Po prostu chciałem mieć żonę i dzieci" – mówił podczas inauguracji szczytu. Opowieść – jak to się mawia – została już zmemizowana w niektórych zakątkach internetu. Bo cóż się lepiej nadaje na mema niż pracujący, mieszkający w 14-metrowym pokoju 20-latek chodzący na treningi, wychowujący dziecko i do tego robiący doktorat?

Bessa bez paniki? Filozof przypomina o priorytetach

Choć sprawa przefiltrowana przez dzisiejszą kulturę internetową może brzmieć zabawnie, to nie chcę odbierać prezydentowi jego historii. Bynajmniej. Myślę wręcz, że internetowe śmieszki dworują z prezydenta niesłusznie, a co najmniej robią to w złej wierze: ich żarciki są over the top.

Można przecież założyć, że Karol Nawrocki, będąc 20-latkiem (ale nie mając dokładnie 20 lat), robił doktorat, wychowywał syna, pracował i chodził na treningi. Możliwe też, że w tym czasie mieszkał w warunkach, które dzisiejsi młodzi uznaliby za absolutne patomieszkania. Automatyczna reakcja w stylu "OK, boomer" jest przejawem braku zrozumienia dla tego, że różni ludzie mają różne historie. Że ludzie starsi mają historie "trudniejsze" niż ludzie młodsi. I że do tych historii mają prawo.

Ciekawszy fragment przemówienia Karola Nawrockiego odnosił się do kwestii "kryzysu męskości" i jego roli w kryzysie demograficznym. Tutaj już doradcy prezydenta odrobili lekcje i nie było słychać fałszywego tonu (który z pewnością zostałby na całe tygodnie podchwycony przez wielu komentatorów), w którym Karol Nawrocki zwracałby się do kobiet.

Nie tylko mężczyźni coraz później stawiają kroki milowe

"Kryzys męskości to z całą pewnością coś, co wpływa na nasze problemy demograficzne. Wierzę, że z Polski popłynie sygnał, że mężczyźni nie wahają się podejmować wyzwań w zakresie zakładania rodzin" – mówił prezydent. Można wnosić, że miał na myśli odraczanie przez mężczyzn niektórych decyzji w bliżej nieokreśloną przyszłość. Jeśli chodzi o tę kwestię, to Nawrocki ma rację. Ale sprawa odnosi się nie tylko do mężczyzn. Kolejne młode roczniki coraz później podejmują decyzje kiedyś uważane za kroki milowe dorosłości.

"Wzorzec przejścia do dorosłości definiowany jest poprzez występowanie takich zdarzeń jak: ukończenie edukacji formalnej, podjęcie pierwszej pracy, opuszczenie domu rodzinnego, utworzenie związku oraz urodzenie pierwszego dziecka. Porównanie typowych biografii życiowych dwóch pokoleń (osób urodzonych w latach 1950-1954 oraz osób urodzonych w latach 1975-1979) wskazuje na opóźnianie się procesu przejścia do dorosłości, ale także na destandaryzację i większą złożoność ścieżek wśród młodszych generacji" – czytamy w opracowaniu Głównego Urzędu Statystycznego "Pokolenie gniazdowników w Polsce" z 2021 roku.

To nie jest żadne gadanie dziadersów: opóźnianie wejścia w dorosłość jest procesem niekontrowersyjnym i szeroko opisanym w literaturze socjologicznej. Widoczny jest on zresztą w całym rozwiniętym świecie.

Choć prawdopodobnie dałoby się oszacować wpływ na dzietność faktu, że młodzi mężczyźni opóźniają swoją "odpowiedzialność" (samo to stwierdzenie zresztą może być kontrowersyjne, nosi bowiem znamiona wartościowania), to w kwestii genderowej (z męskim wektorem) nie to jest moim zdaniem głównym motorem spadku dzietności.

Edukacyjna luka

Badacze tacy jak prof. Tomasz Szlendak, dr Anna Gromada, Mateusz Łakomy czy dr Michał Gulczyński od dłuższego czasu zwracają uwagę na fakt rozjeżdżania się światów męskiego i damskiego. Nie chodzi tylko o pęknięcie polityczne i lifestylowe, ale i o lukę edukacyjną.

Prawdopodobnie wielokrotnie słyszeli Państwo, że kobiety są niedoreprezentowane na studiach związanych z matematyką i technologią zwanych w skrócie STEM (akronim od anglojęzycznego Science, Technology, Engineering, and Mathematics). I rzeczywiście jest to problem nie tylko na poziomie indywidualnym, ale również na poziomie niewykorzystania potencjałów.

Jest też prawdopodobne, że rzadziej – jeśli w ogóle – słyszy się o tym, że istnieje bardzo duża różnica płciowa w uzyskiwaniu wykształcenia wyższego. Na niekorzyść mężczyzn. Według danych Eurostatu w 2025 roku odsetek panów z dyplomem uczelni wyższej w grupie wiekowej 25-34 lata wynosił w Polsce 36 proc. Odsetek powyżej 50 proc. notowano w sześciu krajach europejskich: w Holandii, na Cyprze, we Francji, na Litwie, w Luksemburgu i w Irlandii.

To teraz zobaczmy, jak sprawa ma się w przypadku kobiet. Otóż ponad 55 proc. Polek w tej samej grupie wiekowej może poszczycić się dyplomami. Luka jest widoczna we wszystkich analizowanych krajach. Dla kontekstu: w 21 spośród 35 analizowanych państw odsetek kobiet z wyższym wykształceniem jest wyższy niż 50 proc.

Ale zaraz, zaraz, czy nie słyszeliśmy od lat o problemie luki płacowej? Oczywiście, że tak! Ponieważ jest ona realnym i występującym obiektywnie zjawiskiem, z którym – o ile odnosi się do różnic w płacach za tę samą pracę – należy walczyć. Te dwa zjawiska występują jednocześnie.

W jaki sposób edukacja przekłada się na demografię? Istnieją dwa kanały wpływu na zjawisko niskiej dzietności. Po pierwsze kobiety są nieco bardziej wybredne na rynku matrymonialnym niż mężczyźni. Jeśli Państwu zapachniało tu dyskursami manosferycznymi, to zupełnie niepotrzebnie: takie są dobrze przebadane fakty. Istnieją dziesiątki badań na ten temat, jak również potwierdzające zjawisko metaanalizy. To, że środowiska manosferyczne uwypuklają ten fakt (często go przeceniając i tworząc wokół niego narracje niechętne kobietom), nie znaczy, że zjawisko nie istnieje. Jeżeli członkowie manosfery mówiliby, że 2+2 daje 4, to nie znaczy, że to nieprawda.

Panie częściej niż panowie (nie wszystkie i nie zawsze!) poszukują partnera w okolicach swojego statusu społeczno-ekonomicznego lub trochę powyżej. A jeśli częściej mają wykształcenie wyższe, to tworzy się podgrupa mężczyzn, którymi kobiety nie są szczególnie zainteresowane.

Wykształcenie to również pewien pakiet kulturowy. Posiadanie dyplomu koreluje z bardziej liberalnymi i lewicowymi poglądami. Lepsze wykształcenie to też inne klucze interpretacji świata (kobiety częściej będą odwoływać się do kultury terapeutycznej, mężczyźni – do chłopskiego rozumu), inne sposoby spędzania czasu (galeria sztuki vs grill) czy inne czytane książki.

Wiem, że dla części z Państwa rzeczy, o których piszę, mogą się wydawać stereotypami ciosanymi tępą siekierą. Bynajmniej nie chodzi mi o to, że osoba, która chodzi do opery, nigdy nie wybierze się na grilla. Chodzi raczej o pewne oczywiste klasowe różnice w preferencjach. A klasa społeczna w dużej części jest definiowana właśnie przez wykształcenie.

W dużych miastach więcej kobiet, w mniejszych – mężczyzn

Światy kobiet i mężczyzn rozjeżdżają się więc na poziomie symbolicznym. Ale co chyba istotniejsze – i tu jest drugi kanał wpływu na demografię – rozjeżdżają się również na poziomie geograficznym. Otóż dobrze zbadanym zjawiskiem jest nadreprezentacja młodych kobiet w dużych miastach oraz nadreprezentacja młodych mężczyzn w małych ośrodkach.

Dla przykładu: według danych Głównego Urzędu Statystycznego w Warszawie w grupie wiekowej 20-34 jest 153,7 tys. mężczyzn oraz 171,3 tys. kobiet. To oznacza, że na 100 mężczyzn przypada 111 pań. W małych gminach proporcje są odwrotne, różnice nierzadko znacznie wyższe. \"Przewaga liczbowa kobiet obserwowana jest w dużych miastach, na obszarach silnie zurbanizowanych, charakteryzujących się wyższymi zarobkami. W Warszawie przewaga liczbowa młodych kobiet nad młodymi mężczyznami wynosi 13 proc., w Krakowie – 10 proc., a w Gdańsku i Gdyni powyżej 8 proc.\" – czytamy w opracowaniu Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Młodzi mężczyźni rzeczywiście mogą być mniej decyzyjni, sprawczy i odpowiedzialni, niż miało to miejsce w poprzednich pokoleniach. Ale większym problemem jest niedopasowanie klasowe, lifestyle’owe i geograficzne kobiet i mężczyzn.

Jeżeli przez lata mówiliśmy o tym, że kobiety są w różnym stopniu defaworyzowane na rynku pracy (co jest prawdą), to warto również zdać sobie sprawę z tego, że mężczyźni są defaworyzowani w edukacji. Jednym z dalekich ech tego zjawiska jest niska dzietność.

Wybrane dla Ciebie