Mieszkania, żłobki, pensje. Pięć największych mitów o dzietności w Polsce [OPINIA]
Co odpowiada za niską dzietność w Polsce? Jeżeli nie są to kwestie ekonomiczno-bytowe, to nasz wzrok z pewnością powinien się skierować ku kulturze (smartfonom!) albo efektom bogacenia się - pisze opinii dla money.pl Kamil Fejfer, prezentując pięć mitów dotyczących dzietności nad Wisłą.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Główny Urząd Statystyczny pod koniec maja podał kolejne fatalne dane na temat polskiej demografii. Według opracowania "Polska w liczbach 2026" tak zwany współczynnik dzietności wyniósł dokładnie 1,068 i spadł do najniższego poziomu w historii (kolejny raz). Jeśli chodzi o ten parametr, jesteśmy nie tylko w europejskim, ale również w światowym ogonie.
Dzietność na poziomie 1,068 oznacza, że gdyby przeciętna kobieta rodziła w całym swoim okresie rozrodczym tyle dzieci, ile obecnie Polki, to 100 kobiet urodziłoby 107 dzieci. Tymczasem z zastępowalnością pokoleń mamy do czynienia, kiedy współczynnik dzietności jest na poziomie 2,1. W takiej sytuacji 100 kobiet rodziłoby 210 dzieci.
Sukces dzięki współpracy. Oto dlaczego ludzkość zaszła tak daleko
Tak niska dzietność jest bardzo poważnym wyzwaniem dla systemu emerytalnego, usług publicznych, generowania wzrostu gospodarczego oraz podaży pracowników na rynku. Złoszczą Państwa zamykane porodówki, szkoły i szpitale? Do takich procesów prawdopodobnie będzie trzeba się przyzwyczaić.
Wokół dzietności narosło wiele mitów i półprawd. Mówię o "półprawdach", ponieważ rozpoznania te zawierają w sobie odrobinę prawdy, jednak w konfrontacji z danymi okazują się absolutnie nieadekwatnymi opisami rzeczywistości.
Przyjrzyjmy się więc kilku najpopularniejszym obiegowym opiniom odnoszącym się do rzekomych powodów niskiej dzietności.
1. Dostęp do mieszkań
To absolutny hit, jeśli chodzi o internetowe dyskusje. W sieci pod każdą wrzutką na temat sytuacji demograficznej w Polsce zawsze znajdziemy kilka, kilkanaście albo kilkadziesiąt sarkastycznych komentarzy odnoszących się do mieszkaniówki. Ale to tylko replikowane memy, ponieważ twarda rzeczywistość jest zupełnie inna.
Po pierwsze, Polska od lat znajduje się w czołówce państw rozwiniętych, jeśli chodzi o liczbę oddawanych mieszkań na 1000 mieszkańców. Według raportu Property Index 2025 tworzonego przez Deloitte z liczbą 5,33 nowo oddanych mieszkań na wspomniane 1000 obywateli znajdujemy się na trzecim miejscu wśród 20 analizowanych rynków. Miejsce na podium Polska zajmuje od kilku dobrych lat.
I nie, nie jest tak, jak niektórzy mogliby sądzić - że mieszkania są budowane tylko jako betonowe złoto i stoją puste (choć z pewnością jakaś część rynku tak właśnie wygląda). Gdyby tak było, to nie spadałoby w Polsce tak zwane przeludnienie mieszkań - a spada, choć rzeczywiście w naszym kraju należy ono do najwyższych w Europie. Jeśli chodzi o tę kwestię, to według Eurostatu znajdujemy się na piątym miejscu od końca wśród krajów UE. W przeludnionych mieszkaniach mieszka obecnie ok. 31 proc. z nas. Ale 15 lat temu, w 2011 r., było to 47 proc. O ponad połowę więcej. To po drugie.
Po trzecie, zauważalnie rośnie nam liczba osób mieszkających samotnie. Również najmłodszych dorosłych. Według Eurostatu w 2006 r. samotnie, bez dzieci, w Polsce mieszkało 2,4 mln osób. W 2024 r. było to już 5,1 mln.
Jeśli zawęzimy naszą analizę tylko do osób w wieku 18-25 lat, to otrzymamy odpowiednio liczby: 98 tys. oraz 216 tys.
Statystyki odnoszące się do większej dostępności lepszych mieszkań można mnożyć. Przytłaczająca większość z nich potwierdza to, że sytuacja się zauważalnie poprawia. Kto jest przekonany, że jest inaczej, ten nie zna danych. Jeżeli więc stoimy na stanowisku, że kwestia lokalowa ma przełożenie na dzietność, to oznaczałoby, że lepsza sytuacja mieszkaniowa oznacza gorszą dzietność. Tak raczej być nie może. Przyczyn niskiej dzietności należy szukać więc gdzieś indziej.
Tutaj jednak ważne zastrzeżenie. Nie twierdzę, że mieszkaniówka w żadnym stopniu się na współczynnik dzietności nie przekłada. Mamy badania ze Stanów Zjednoczonych (korelacyjne) i z Brazylii (przyczynowe), które wskazują, że lepszy dostęp do mieszkań rzeczywiście jest związany z wyższą dzietnością. Przez ułatwienie dostępności lokali młodym moglibyśmy więc delikatnie ten współczynnik podnieść. Ale to absolutnie nie jest sprawa kluczowa. A za taką właśnie w publicznym dyskursie – mylnie – uchodzi.
2. Umowy śmieciowe
Są one obecnie jedną z największych bolączek polskiego rynku pracy. Przypomnijmy, że śmieciówką nazywamy taką umowę, która spełnia znamiona kodeksowego etatu, ale zamiast umową o pracę, jest na przykład umową o dzieło lub umową zlecenia.
Osób pracujących wyłącznie w oparciu o te ostatnie jest w naszym kraju około 1,5 mln. Większość z nich to ludzie wyzyskiwani przez swoich pracodawców oferujących gorszy standard zatrudnienia w miejsce umów o pracę. Skąd o tym wiemy? Z Głównego Urzędu Statystycznego, który wskazuje, że największa liczba "zleceń" jest realizowana w takich sektorach jak działalność w zakresie usług administrowania i działalność wspierająca (głównie agencje pośrednictwa pracy), handel, przetwórstwo przemysłowe i budownictwo. W każdej z tych branż ogromna większość zadań jest wykonywana w trybie, który spełnia znamiona etatu.
W ostatnich latach rzeczywiście przybyło nam osób pracujących na zleceniach, ale po pierwsze, w dłuższym szeregu czasowym widać fluktuację – raz liczba tych umów rośnie, żeby później spaść. Po drugie (choć nie wiem, czy to mogłoby być w jakiś sposób pocieszające), ostatni wzrost prawdopodobnie wynika z wyzyskiwania przez polskich pracodawców migrantów. Ci stanowią 30 proc. osób zatrudnionych tylko na umowach zlecenia.
Jednocześnie mediana wieku osób zatrudnionych na umowie zlecenia wynosi 42 lata, jest więc daleko poza okienkiem czasowym największej płodności.
Zlecenia to jednak niewielka część rynku – około 7-8 proc. Jeśli zaś chodzi o umowy o dzieło, to ich udział jest niemal niezauważalny. Mówimy tu o kilkudziesięciu tysiącach osób zatrudnionych jedynie w taki sposób. Do tego – o czym wiemy z danych ZUS – są to głównie specjaliści i eksperci, a więc osoby zarabiające dużo ponad średnią.
Największą część rynku stanowią umowy o pracę. Uśmieciowienie na tym odcinku przejawia się głównie w oferowaniu umów na czas określony wtedy, kiedy powinny być to umowy stałe. Ale i to się w ostatnich latach poprawiło, po wprowadzeniu przez PiS w 2016 r. przepisów mówiących o tym, że trzecia umowa u jednego pracodawcy musi być umową na czas określony, a sumaryczny czas pracy na czas nieokreślony może wynosić do 33 miesięcy.
To, w jaki sposób wpłynęło to na rynek, widać po danych za lata 1999-2020, zebranych przez Polski Instytut Ekonomiczny. "W 2022 r. odsetek osób pracujących na czas określony wyniósł wśród ogółu Polaków 15,5 proc., zaś wśród osób młodych – poniżej 30. roku życia – 35 proc. Choć odsetek młodych dorosłych zatrudnionych na czas określony jest nadal bardzo wysoki na tle populacji, to jest znacznie niższy niż jeszcze kilka lat temu. W szczytowym okresie, tj. w 2015 r., tymczasowe zatrudnienie dotyczyło 54,3 proc. Polaków do 30. roku życia" – czytamy w opracowaniu PIE.
Niestałość zatrudnienia (przede wszystkim odnosząca się do umów o pracę) więc spada. Mimo to nie pomaga to podbić dzietności.
3. Rosnące bezrobocie
Najbardziej wiarygodnymi danymi na temat bezrobocia z podziałem na wiek dysponuje Eurostat. Dane za kwiecień dla grupy osób do 24. roku życia mówią o bezrobociu na poziomie 12,4 proc. I rzeczywiście widzimy tutaj delikatny wzrost w porównaniu do zeszłego miesiąca, jak i niewielkie podbicie w stosunku do poprzednich kwietniów. Z drugiej jednak strony bezrobocie młodych fluktuuje w tunelu 9-13 proc. od mniej więcej 2018 r. Wiele się tutaj nie zmienia, a jeśli widzimy trend wzrostowy, to raczej mówimy o częściach punktu procentowego. Jeżeli jednak cofniemy się do roku 2016 i wcześniej, to okaże się, że normą dla bezrobocia młodych było ponad 20 proc. (czasami przebijało ono 40 proc.).
Warto jednocześnie pamiętać, że bezrobocie wśród najmłodszych jest niemal zawsze podwyższone w stosunku do całości społeczeństwa. Dzieje się tak nie tylko w Polsce.
W przypadku bezrobocia młodych, wbrew temu, co możemy przeczytać w wielu mediach, sytuacja szczególnie się nie zmienia. Jednocześnie spada dzietność…
4. Brak żłobków
Według najnowszych danych GUS w 2024 r. w Polsce było 4,8 tys. żłobków, około tysiąca klubów dziecięcych oraz 2,2 tys. dziennych opiekunów, co przekładało się na łączną ofertę niemal 240 tys. miejsc opieki. Dla porównania – w 2016 r. było to 2,7 tys. żłobków i klubów dziecięcych, które nie oferowały nawet 100 tys. miejsc. Jednocześnie w dwóch latach poprzedzających 2016 r. rodziło się ponad 370 tys. dzieci. W przypadku lat poprzedzających 2024 było to odpowiednio – 272 tys. urodzeń w 2023 i 305 tys. w 2022 r.
Znów więc pudło – dostępność miejsc w żłobkach rośnie naprawdę bardzo zauważalnie, a dzietność spada.
5. Niepewna przyszłość
Nikt nie ma oczywiście szklanej kuli. Ale biorąc pod uwagę fakt, że przez ostatnie dekady bogaciła się nie tylko Polska, ale i cały świat, a procesu tego na długo nie powstrzymała ani największa od wieku pandemia, ani ciągnąca się za nią inflacja, ani ostatnia szaleńcza szarża Donalda Trumpa na Iran, to można wnosić, że trend będzie kontynuowany.
Interesujące jest natomiast to, że w momencie największej zamożności Polski, w czasie, kiedy wchodzimy do grona super ciężkich graczy zarówno jeśli chodzi o siłę gospodarki, jak i jakość życia (nie, to nie jest żadna rządowa propaganda, a przynajmniej nie tylko ona; to są po prostu fakty), to ten argument pojawia się tak często.
Co więc odpowiada za niską dzietność? Jeżeli nie są to kwestie ekonomiczno-bytowe, to nasz wzrok z pewnością powinien się skierować ku kulturze (smartfonom!) albo efektom bogacenia się. Ale to wymagałoby odrębnego, o wiele dłuższego tekstu.