Płaca maksymalna dla lekarzy. Kuszące i słuszne, ale jest jedno duże zagrożenie [OPINIA]

Z uwagi na starzenie się społeczeństwa nie obejdzie się prawdopodobnie bez podwyżki składki zdrowotnej. Jeśli się na to nie zdecydujemy, to czeka nas "stomatologizacja" reszty gałęzi lecznictwa - pisze w opinii dla money.pl dziennikarz Kamil Fejfer.

Czeka nas "stomatologizacja" usług medycznych?Czeka nas "stomatologizacja" usług medycznych?
Źródło zdjęć: © Getty Images | © David Sacks
Kamil Fejfer

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Afera Dawida Kacprzyka, młodego lekarza-milionera, poruszyła lawinę. Być może okaże się, że jest to jedno z najważniejszych politycznych wydarzeń ostatnich miesięcy, jeśli nie lat. W sprawie widać splot bardzo wielu kwestii, które działają na polskie społeczeństwo jak płachta na byka. Mamy więc motyw młodego człowieka, który zarabia ogromne pieniądze najprawdopodobniej dzięki politycznym koneksjom. Zarabia je zresztą bez wymaganych kwalifikacji. Jednocześnie w systemie ochrony zdrowia, w którym między innymi z uwagi na starzejące się społeczeństwo wydłużają się kolejki, robi "szybką ścieżkę" dla kolegów i koleżanek z tą samą legitymacją partyjną. Sprawa jest bulwersująca na bardzo wielu poziomach.

Jednym z pobocznych, ale zyskujących na znaczeniu wątków jest ten, że część lekarzy w ogóle otrzymuje absurdalnie wysokie wynagrodzenia. Ilu ich jest? Choć istnieją oficjalne dane, to są one – delikatnie mówiąc – mało wiarygodne. Niektórzy szacują, że medyków z miesięcznymi "wjazdami na konto" kwot powyżej 100 tys. zł może być nawet ponad 10 proc. Czy czas na ustalenie maksymalnych możliwych wypłat? Brzmi kusząco. Ale sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Niemal tak skomplikowana jak system ochrony zdrowia w Polsce.


WIDEO
Lekarz zarobił 1,6 mln w rok. "Teraz wiemy czemu szpitale są zadłużone"


Kontrakty rządzą w służbie zdrowia

Dzisiejszy kryzys paradoksalnie jest w pewnym stopniu przynajmniej pochodną (potrzebnej!) tak zwanej ustawy podwyżkowej z 2017 roku. To akt prawny, który automatyzuje podwyżki najniższych wynagrodzeń w środowisku medycznym. Algorytm wygląda następująco: średni wzrost płac pomnożony przez współczynnik, który jest przypisany do jednej z 10 grup zawodów medycznych. Wśród nich znajdują się lekarze, lekarze stażyści, opiekunowie medyczni, pielęgniarki, salowe. Współczynniki wynoszą od 0,65 (sanitariusze i salowe) do 1,45 (lekarz ze specjalizacją).

Obecnie więc najniższa minimalna płaca dla salowych i sanitariuszy to nieco ponad 5300 zł brutto. A najwyższymi minimalnymi wypłatami mogą się cieszyć lekarze specjaliści. Ci dostają co najmniej niemal 12 tys. zł brutto.

Ustawa jednak ogranicza się do osób wykonujących pracę kodeksowo. Tymczasem większość lekarzy specjalistów pracuje na podstawie kontraktów. Według danych Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji w ten sposób zarabia 73 proc. z nich. Ich pensje znacznie przewyższają płace minimalne.

Ustawa podwyżkowa "odkotwiczyła" oczekiwania płacowe lekarzy na kontraktach. I dołożyła się do kominów płacowych, czyli sytuacji, w której mniejszość medyków zarabia idiotyczne wręcz stawki.

Przypomnijmy, że 28-letni Dawid Kacprzyk zarobił w zeszłym roku niemal 1,6 mln zł (z czego pół miliona złotych oddał - przyp. red.), będąc między innymi koordynatorem SOR-u (i nie posiadając do tego wymaganych kompetencji, czyli specjalizacji) w warszawskim Szpitalu Południowym. Miał przepracować niemal 4 tys. godzin. To oznaczałoby, że gdyby przez cały rok nie wziął ani jednego wolnego, średnio pracowałby codziennie przez 12 godzin. Jeżeli miałoby to być prawdą, to z pewnością należałby do najbardziej zapracowanych ludzi na planecie. Już jednak wiadomo, że podczas niektórych dyżurów pojawiał się na przykład w mediach. Albo więc były już polityk KO zyskał kompetencje bilokacji, albo trochę naściemniał, wystawiając faktury.

Pytanie, jakie krąży w debacie publicznej od kilku dni, jest następujące: ilu mamy Dawidów Kacprzyków w polskiej służbie zdrowia? Nie chodzi mi bynajmniej o liczbę osób, które z nadania politycznego "przytulają" bardzo duże środki publiczne. Chodzi o tych medyków, którzy zarabiają naprawdę pokaźne sumy. Zostawmy na boku sprawę "wirtualnych dyżurów"; rozpoznaniem takich praktyk również powinny się zająć odpowiednie organy.

Ilu jest lekarzy zarabiających naprawdę duże pieniądze

Według wspomnianej AOTMiT kontraktów, które opiewały na co najmniej 100 tys. zł miesięcznie, było w zeszłym roku 625. Stanowiło to 1,2 proc. wszystkich umów. Problem w tym, że to kwoty za kontrakty u jednego zleceniodawcy. Tymczasem normą jest, że lekarze pracują w kilku szpitalach. Jak dziwnie by to nie brzmiało, Agencja nie agreguje danych na poziomie, który pozwoliłby przypisać zarobki do konkretnego lekarza. Właśnie stąd ostatnie pomysły, aby sprawdzać zarobki lekarzy choćby po PESEL-u. Portal RynekZdrowia.pl cytuje Daniela Rutkowskiego, szefa AOTMiT, który stwierdza, że zarobki rzędu 100 tys. zł i więcej mogą być domeną 5-10 proc. lekarzy.

O ile w przypadku nieco ponad 600 osób sprawa byłaby po prostu bulwersująca, ale nie nadwyrężałaby poważnie publicznych środków, tak jeśli mówimy o tysiącach medyków, to problem wygląda zupełnie inaczej.

Załóżmy bowiem, że w grupie lekarzy "100 000+" średnia miesięczna płaca wynosi 200 tys. zł. Pomnóżmy to przez 12 miesięcy w roku i przez 625 osób. Otrzymujemy 1,5 mld zł. Środki ogromne, ale jednocześnie nie takie, których "przycięcie" robi ogromną różnicę dla systemu ochrony zdrowia. Dla szerszego kontekstu: minister Andrzej Domański zapowiadał pod koniec zeszłego roku, że wpływy ze składki zdrowotnej w 2025 roku przekroczą 180 mld zł.

Ale jak zrobimy to samo działanie dla – powiedzmy – 5 tys. lekarzy, to obciążenie rośnie lawinowo. W takim wypadku mówilibyśmy o rocznej kwocie w wysokości 12 mld zł. To gigantyczne środki, które byłyby pompowane na konta grupy uprzywilejowanych ekonomicznie lekarzy.

Co zrobić z zarobkami lekarzy

I tu się pojawia propozycja wynagrodzenia maksymalnego. O sprawie mówili ostatnio marszałek Włodzimierz Czarzasty czy były premier Mateusz Morawiecki. Precyzyjniej rzecz ujmując, sprawa "wraca", ponieważ podobna propozycja pojawiła się w drugiej połowie zeszłego roku. Wtedy zaproponowano maksymalną pensję lekarza na około 40 tys. zł z możliwością dorzucenia 10 tys. zł w "szczególnych przypadkach". Z uwagi jednak na sprzeciw środowisk lekarskich pomysł upadł. Wydaje się jednak, że rządzący dostali silny bodziec, żeby sprawie przyjrzeć się raz jeszcze. Tym razem uzbrojeni w mocniejszy argument: społeczne oburzenie. Całkiem zresztą słuszny.

Zarobki rzędu 100, 200 czy 300 tys. zł miesięcznie w domenie publicznej po prostu nie powinny się zdarzać. To nie tylko argument natury etycznej, ale przede wszystkim pragmatycznej. Nawet jeśli osób zarabiających tak bajońskie sumy jest relatywnie niewielka grupa, to przepalają one rocznie ogromne wręcz zasoby.

Problem polega na tym, że proste zastosowanie płacy maksymalnej – choć kuszące i słuszne z perspektywy zarówno społecznego poczucia sprawiedliwości wynagrodzeń, jak i z perspektywy rozsądnego gospodarowania ograniczonymi zasobami – może rozbić się o to, że zabraknie rąk do pracy.

Część bowiem najlepiej wynagradzanych medyków zarabia tyle, ile zarabia, z uwagi na braki kadrowe. Medyk zawsze może "czmychnąć" do placówki prywatnej. Dlatego też lekarze mogą podbijać wypłaty do niebotycznych wręcz poziomów. A szpitale płacą i podkupują specjalistów między sobą. Co również wynika ze specyficznego modelu wyceny świadczeń zdrowotnych: niektóre procedury po prostu przynoszą szpitalom gigantyczne "zyski", dlatego też opłaca im się zatrudniać specjalistów za ogromne stawki.

Jeżeli więc rządzący mieliby się zastanawiać nad wprowadzeniem płacy maksymalnej, to sprawa musiałaby zostać rozwiązana systemowo, w połączeniu z innymi rozwiązaniami, jak choćby ograniczeniem czasu pracy lekarzy.

A w przyszłości – biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa – nie obędzie się prawdopodobnie również bez podwyżki składki zdrowotnej. Jeśli się na to nie zdecydujemy, to czeka nas "stomatologizacja" reszty gałęzi lecznictwa: publiczne świadczenia, a i owszem, będą dostępne. Ale w praktyce niemal wszyscy będziemy płacić za nie z własnej kieszeni. Lekarzom, którzy i tak będą zarabiać miliony.

Wybrane dla Ciebie