Lekarski milioner z Warszawy. Eksperci: to wyjątek, nie reguła
Wysokie zarobki części lekarzy specjalistów są efektem niedoboru kadry i walki szpitali o personel. Eksperci podkreślają jednak, że przypadek Dawida Kacprzyka, który jako lekarz bez specjalizacji miał zarobić 1,6 mln zł w rok, trudno tłumaczyć problemami systemowymi.
Dyskusja o wynagrodzeniach lekarzy nabrała tempa po ujawnieniu zarobków Dawida Kacprzyka, lekarza i byłego radnego warszawskiego Ursusa. Według medialnych doniesień w 2025 r. miał on osiągnąć około 1,6 mln zł dochodu, pracując m.in. w Warszawskim Szpitalu Południowym.
Temat wywołuje emocje również dlatego, że publiczny system ochrony zdrowia zmaga się z poważnymi problemami finansowymi. Na początku roku luka finansowa NFZ była szacowana na 23 mld zł, a szpitale alarmują o rosnącym zadłużeniu i problemach z bieżącym finansowaniem działalności.
Z raportu Związku Powiatów Polskich wynika, że zadłużenie szpitali powiatowych przekroczyło 9 mld zł. Jednocześnie 91 proc. tych placówek wykazało stratę operacyjną na podstawowej działalności, a wynagrodzenia odpowiadały za 41 proc. kosztów operacyjnych.
"Czy to nie jest tragiczne?". Tak Europa reagowała na kolejne agresje Putina
Wysokie stawki wynikają z braków kadrowych
Eksperci zwracają uwagę, że wysokie wynagrodzenia części lekarzy specjalistów są konsekwencją niedoboru kadry w publicznym systemie. Szpitale konkurują o specjalistów, ponieważ brak lekarza określonej specjalizacji może oznaczać konieczność ograniczenia działalności oddziału lub jego zamknięcia.
Dlatego placówki często godzą się na wysokie stawki kontraktowe, szczególnie w przypadku procedur dobrze wycenianych przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Jak wskazują dane, aż 73 proc. specjalistów wykonuje pracę na podstawie kontraktów.
Według danych Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji z lutego tylko 1,2 proc. kontraktów lekarzy specjalistów przekraczało wartość 100 tys. zł miesięcznie. Mediana miesięcznych wynagrodzeń na kontraktach wynosiła 25 tys. 595 zł brutto.
Przypadek Dawida Kacprzyka odbiega od schematu
Zdaniem ekspertów mechanizm związany z niedoborem specjalistów nie tłumaczy jednak przypadku Dawida Kacprzyka. Jak przypomniała "Gazeta Wyborcza", lekarz ukończył staż podyplomowy jesienią 2024 r., a pełne prawo wykonywania zawodu uzyskał w listopadzie tego samego roku.
Według danych AOTMiT mediana wynagrodzeń lekarzy bez specjalizacji wynosi około 17 tys. zł brutto miesięcznie, czyli nieco ponad 200 tys. zł rocznie. To wielokrotnie mniej niż kwota przypisywana Kacprzykowi.
Media wyliczyły również, że w 2025 r. lekarz miał przepracować 3976 godzin, co oznaczałoby średnio około 12 godzin pracy dziennie przez cały rok. Jednocześnie pracował w kilku placówkach medycznych.
Dr Jerzy Gryglewicz z Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego zwrócił uwagę, że NFZ od lat monitoruje harmonogramy pracy lekarzy i sprawdza, czy godziny pracy nie pokrywają się u różnych świadczeniodawców. Jak zaznaczył, ewentualne nieprawidłowości powinny zostać wyjaśnione w trakcie kontroli.
W ostatnich dniach sprawa nabrała dodatkowego wymiaru. Kacprzyk zrezygnował z funkcji radnego dzielnicy Ursus, przestał być członkiem Koalicji Obywatelskiej, a Szpital Południowy rozwiązał z nim umowę i złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia oszustwa. Postępowanie prowadzą również kontrolerzy NFZ, a sprawą zajęła się Prokuratura Okręgowa w Warszawie.