Trump grozi interwencją w Kolumbii i Meksyku. Chce dostępu do ropy
Po brawurowym ataku na Wenezuelę i pojmaniu Nicolasa Maduro, prezydent USA Donald Trump stawia kolejne ultimatum. Tym razem celem są Kolumbia i Meksyk. Amerykański przywódca nie wyklucza użycia siły, by zatrzymać przemyt narkotyków i zabezpieczyć interesy naftowe.
Prezydent Donald Trump, wracając z bożonarodzeniowo-noworocznego wypoczynku w swojej rezydencji Mar-a-Lago, złożył na pokładzie Air Force One szereg deklaracji, które mogą całkowicie zmienić układ sił w Ameryce Łacińskiej. Amerykański przywódca wprost zagroził interwencją zbrojną Kolumbii oraz podjęciem zdecydowanych kroków wobec Meksyku. Głównym argumentem Białego Domu jest walka z kartelami narkotykowymi oraz chęć ustabilizowania regionu, który Trump określa mianem "bardzo chorego". Słowa te padły zaledwie kilkanaście godzin po tym, jak siły specjalne USA przeprowadziły operację w Caracas, doprowadzając do obalenia i aresztowania dotychczasowego lidera Wenezueli, Nicolasa Maduro.
W rozmowie z dziennikarzami Trump nie szczędził krytyki pod adresem prezydenta Kolumbii, Gustavo Petro.
Kolumbia jest bardzo chora i jest rządzona przez człowieka, który lubi produkować kokainę i sprzedawać ją Stanom Zjednoczonym. Ale powiem wam, że nie będzie tego robił zbyt długo – oświadczył prezydent USA.
Pytany bezpośrednio o to, czy rozważa operację wojskową na terytorium Kolumbii, odpowiedział krótko: – To brzmi dobrze. W podobnym tonie wypowiedział się o Meksyku, podkreślając, że kraj ten musi "wziąć się w garść", ponieważ obecna skala wpływów karteli narkotykowych zmusza Waszyngton do reakcji. Trump ujawnił, że wielokrotnie oferował prezydentce Meksyku, Claudii Sheinbaum, wsparcie w postaci amerykańskich wojsk do walki z przestępczością zorganizowaną, jednak dotychczas spotykał się z odmową.
Milioner szczerze do bólu. "Czułem się debilem"
Wenezuela jako poligon nowej doktryny
Fundamentem dla nowych gróźb Trumpa jest sukces sobotniej operacji w Wenezueli. Przypomnijmy, że siły USA zaatakowały cele w Caracas i innych regionach kraju, pojmując Nicolasa Maduro wraz z żoną. Trump relacjonował, że obserwował całą akcję na żywo z Mar-a-Lago, porównując jej dynamikę do programu telewizyjnego. – Prawdziwi wojskowi powiedzieli mi, że żadne inne państwo na świecie nie jest w stanie przeprowadzić takiej operacji – chwalił się prezydent. Obecnie Maduro znajduje się na pokładzie okrętu desantowego USS Iwo Jima, którym jest transportowany do Nowego Jorku. Tam ma usłyszeć zarzuty dotyczące narkoterroryzmu i kierowania skorumpowanym rządem, który przez dekady współpracował z handlarzami kokainy.
Dla administracji Trumpa kluczowym aspektem przejęcia kontroli nad Wenezuelą jest sektor energetyczny, co ma bezpośrednie przełożenie na globalny rynek surowców. Prezydent USA otwarcie przyznał, że oczekuje "totalnego" dostępu do wenezuelskich złóż ropy naftowej. – Kraj jest w ruinie. Był fatalnie zarządzany. Ropa naftowa płynie po prostu na bardzo niskim poziomie. Powinni mieć większy dochód, więcej ropy – ocenił Trump. Zapewnił przy tym, że amerykańskie koncerny naftowe, które nazwał najlepszymi na świecie, będą mocno zaangażowane w odbudowę tamtejszego sektora wydobywczego. Nowa tymczasowa liderka Wenezueli, Delcy Rodriguez, ma według zapewnień Białego Domu współpracować z Amerykanami, choć rosyjskie źródła, w tym minister Siergiej Ławrow, podważają te doniesienia, sugerując jej lojalność wobec dotychczasowych sojuszników.
Geopolityczne domino i sprawa Grenlandii
Amerykańska administracja przewiduje, że upadek reżimu Maduro wywoła efekt domina w regionie. Trump ocenił, że Kuba, pozbawiona wsparcia finansowego i surowcowego z Caracas, jest "gotowa do upadku". Według jego analizy, reżim w Hawanie nie posiada obecnie żadnych istotnych dochodów własnych, co sprawi, że zmiana władzy na wyspie nastąpi samoistnie, bez konieczności bezpośredniej interwencji zbrojnej USA. To element szerszej strategii, którą eksperci, m.in. na łamach "New York Timesa", określają mianem powrotu do XIX-wiecznej doktryny Monroe’a, traktującej półkulę zachodnią jako wyłączną strefę wpływów Waszyngtonu.
W kontekście bezpieczeństwa narodowego Trump powrócił również do tematu Grenlandii. Choć unikał jednoznacznych deklaracji o terminie ewentualnej aneksji, powtórzył, że Ameryka "naprawdę potrzebuje" tej wyspy ze względów strategicznych. Prezydent w charakterystyczny dla siebie sposób drwił z potencjału obronnego Danii na tym obszarze. – Mogę wam powiedzieć, że w celu zwiększenia bezpieczeństwa na Grenlandii Duńczycy sprowadzili jeszcze jeden psi zaprzęg – ironizował. Trump argumentuje, że obecność rosyjskich i chińskich jednostek wokół wyspy stanowi zagrożenie, któremu tylko Stany Zjednoczone są w stanie przeciwdziałać, co rzekomo rozumieją również liderzy Unii Europejskiej.
Działania USA budzą jednak ogromne kontrowersje na arenie międzynarodowej. Przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa wezwał do deeskalacji i poszanowania prawa międzynarodowego, podkreślając konieczność pokojowego rozwiązania konfliktu. Z kolei eksperci, tacy jak prof. Radosław Fiedler, wskazują, że siłowe obalenie rządu w Wenezueli bez zgody Kongresu i wbrew Karcie Narodów Zjednoczonych jest niebezpiecznym precedensem. Może on zostać wykorzystany przez Rosję czy Chiny jako usprawiedliwienie dla ich własnych działań ekspansywnych, opartych na prymacie siły nad międzynarodowymi traktatami. Mimo tej krytyki, Donald Trump pozostaje nieugięty, twierdząc, że walka z narkotykami, które zabijają setki tysięcy Amerykanów rocznie, jest formą wojny, która usprawiedliwia nadzwyczajne środki.