Trump nie poparł opozycji w Wenezueli. Bał się chaosu i braku ropy
Jak informuje "New York Times", administracja Donalda Trumpa zrezygnowała ze wsparcia wenezuelskiej opozycji w przejęciu władzy. Powodem miały być obawy o destabilizację kraju, konieczność interwencji zbrojnej oraz chęć zabezpieczenia interesów USA w sektorze naftowym.
Amerykański dziennik ujawnił we wtorek kulisy decyzji Waszyngtonu dotyczącej przyszłości politycznej Caracas. Według ustaleń gazety, rząd USA celowo nie dopuścił do objęcia rządów przez Marię Corinę Machado oraz Edmundo Gonzaleza Urrutię, mimo że ten drugi jest powszechnie uznawany za zwycięzcę ubiegłorocznych wyborów prezydenckich. Decyzja o odsunięciu laureatki Pokojowej Nagrody Nobla od realnego wpływu na państwo zapadła po analizach przeprowadzonych przez otoczenie prezydenta oraz Centralną Agencję Wywiadowczą (CIA).
Z raportów przedstawionych Donaldowi Trumpowi wynikało, że próba siłowego lub gwałtownego zainstalowania opozycji u władzy mogłaby doprowadzić do niekontrolowanego wybuchu przemocy. Eksperci, w tym sekretarz stanu Marco Rubio, wskazywali, że taki scenariusz wymagałby od Stanów Zjednoczonych znaczącego zwiększenia obecności wojskowej wewnątrz Wenezueli, na co administracja nie chciała się zgodzić. W efekcie Waszyngton uznał, że utrzymanie dotychczasowej struktury władzy, choć w zmienionej formie, będzie bezpieczniejsze dla interesów regionalnych.
Milioner szczerze do bólu. "Czułem się debilem"
Interesy naftowe ponad zmianę reżimu
Zamiast postawić na Machado, która od lat walczy o demokratyzację kraju, otoczenie Donalda Trumpa skierowało wzrok ku Delcy Rodriguez. Choć Rodriguez jest jedną z kluczowych postaci reżimu Nicolasa Maduro i jego formalną następczynią, w oczach amerykańskich urzędników jawiła się jako postać bardziej przewidywalna i skłonna do pragmatycznej współpracy. Kluczowym argumentem za taką strategią miała być otwartość Rodriguez na dbanie o amerykańskie interesy w strategicznym sektorze naftowym.
Dla Waszyngtonu stabilność dostaw surowców i bezpieczeństwo inwestycji wenezuelskiego przemysłu wydobywczego okazały się istotniejsze niż natychmiastowa wymiana elit politycznych. "NYT" podkreśla, że relacje Machado z amerykańską administracją od dłuższego czasu były napięte. Ludzie Trumpa zarzucali liderce opozycji brak konkretnego planu przejęcia i utrzymania władzy, a także nierealistyczną ocenę kondycji reżimu Maduro. Frustrację Białego Domu pogłębił fakt, że Machado miała odmówić wysłannikowi prezydenta, Richardowi Grenellowi, przekazania listy więźniów politycznych, których uwolnienie mogłoby być elementem negocjacji.
Sama Machado tłumaczyła swoją powściągliwość chęcią uniknięcia oskarżeń o faworyzowanie konkretnych grup lub sprawianiem wrażenia, że opozycja bierze udział w nieformalnych układach z reżimem. To jednak utwierdziło Amerykanów w przekonaniu, że współpraca z nią może być trudna i nieprzewidywalna w skutkach dla gospodarki regionu.
Ostrzeżenia przed wpływami Rosji i Chin
Mimo chłodnego przyjęcia jej kandydatury przez Biały Dom, Maria Corina Machado kontynuuje dyplomatyczną ofensywę. W poniedziałkowym wywiadzie dla stacji Fox News liderka opozycji, która została potajemnie wywieziona z Wenezueli przez amerykańskie służby, by móc odebrać Pokojową Nagrodę Nobla, nie szczędziła pochwał pod adresem Donalda Trumpa. Zadeklarowała nawet, że byłaby gotowa oddać mu swoje wyróżnienie w geście uznania.
Jednocześnie Machado ostro skrytykowała nową liderkę kraju, Delcy Rodriguez, wskazując na zagrożenia, jakie niesie jej panowanie dla bezpieczeństwa międzynarodowego. – Delcy Rodriguez jest jedną z głównych architektek tortur, prześladowań, korupcji i handlu narkotykami. Jest główną sojuszniczką i łącznikiem z Rosją, Chinami i Iranem, z pewnością nie jest osobą, której mogliby zaufać międzynarodowi inwestorzy – powiedziała Machado na antenie Fox News. Jej zdaniem Rodriguez jest odrzucana przez naród wenezuelski, a amerykańska interwencja w obecnym kształcie może sprowokować nową falę represji.
Sytuacja w Wenezueli pozostaje napięta, a decyzja administracji Trumpa o wyborze "mniejszego zła" w postaci Rodriguez budzi kontrowersje zarówno wśród obrońców praw człowieka, jak i części analityków geopolitycznych. Waszyngton wydaje się jednak zdeterminowany, by priorytetowo traktować stabilność cen surowców i unikać kolejnego konfliktu zbrojnego, nawet kosztem rezygnacji z pełnego wsparcia dla demokratycznie wybranych liderów opozycji.