Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Będą zmiany w podatkach. Na nowych rozwiązaniach przesuwających progi podatkowe zyska głównie zamożna klasa średnia i klasa wyższa. Prawdopodobnie jednak nie zyska (a być może nawet straci) budżet. A więc na zero wyjdzie reszta Polaków. Wszystko dlatego, że rząd obawia się ruszyć ekonomicznego tabu obowiązującego od lat – chodzi o "przycięcie" zamożnych.
Zaproponowane przez Donalda Tuska w środę rozwiązania wyglądają następująco. Obecnie drugi próg podatkowy jest ustanowiony na poziomie 120 tys. zł. Od środków zarobionych powyżej tej kwoty pobierany jest podatek w wysokości 32 proc. Jest to tak zwany drugi próg podatkowy.
Nowe przepisy podwyższą drugi próg do poziomu 130 tys. rocznych dochodów jednocześnie zmniejszając wysokość obciążeń do 24 proc. Trzeci próg – w wysokości wspomnianych 32 proc. – będzie obowiązywał od dochodów rocznych powyżej 150 tys. zł. Klasa średnia oraz wyższa zyska więc do kilkuset złotych miesięcznie. Minister finansów, Andrzej Domański zaznacza, że maksymalna roczna korzyść ze zmian wyniesie 3,6 tys. zł.
WIDEOMiał 22 lata i 2 miliony euro grantu. Dziś jego firma jest warta miliardy
Progresja, ale nieprzesadna
Rząd proponuje więc wprowadzenie delikatnej progresji – osoby pozostające w dochodowej krajowej topce (ale zarabiające mniej niż najbogatsi) będą płaciły nieco mniejszą daninę. Mniej więc dla nich będzie odczuwany podatkowy "szok" w postaci przeskoku z 12 do 32 proc. który obowiązuje obecnie.
Oznacza to jednocześnie, że na rozwiązaniach skorzystają wyłącznie zarabiający ponad 10 tys. zł brutto miesięcznie. Największy benefit w kieszeni poczują osoby z dochodami przekraczającymi 150 tys. zł rocznie (i rozliczające się według skali podatkowej). Stanie się tak, ponieważ załapią się na wszystkie korzyści z przesunięcia progów poniżej.
Jest to oczywisty ruch pod nadchodzące wybory parlamentarne i ukłon w stronę dobrze radzącego sobie ekonomicznie wyborcy stanowiącego trzon elektoratu obecnego rządu. Jest to też prezent na otarcie łez za niezrealizowaną obietnicę podwyższenia kwoty wolnej od podatku PIT. Przypomnijmy, że czwartym spośród 100 konkretów (które miały być zorganizowane podczas pierwszych 100 dni rządów obecnej koalicji) było podwyższenie kwoty wolnej od podatku z obecnych 30 do 60 tys. zł.
Warto przy tym pamiętać, że obowiązujące rozwiązania podatkowe były wprowadzone w 2022 r. Od tamtego czasu średnia płaca wzrosła o ponad 40 proc. (z niecałych 6450 zł brutto do 8900 zł brutto). Do końca 2026 roku wzrost będzie oczywiście jeszcze większy.
Czwarty próg podatkowy?
Wraz z rosnącymi dochodami rósł odsetek tych, którzy łapali się na drugi próg podatkowy. A tym samym rosła również baza podatkowa. Kiedy przepisy wchodziły w życie w drugi próg wpadało około 3 proc. podatników, czyli mniej więcej 700 tys. osób. W 2025 było to już około 2,5 mln osób i 10 proc. osób płacących PIT. W tym roku będzie to o kolejne kilkaset tysięcy więcej.
Donald Tusk zdecydował się również podwyższyć daninę solidarnościową z 4 do 5 proc. Płacą ją osoby osiągające astronomiczny dochód w wysokości powyżej miliona złotych rocznie. Można uznać, że jest to czwarty próg podatkowy.
Szef rządu stwierdził, że zmiany mają kosztować "miliardy złotych". Jednym ze sposobów łatania powstałej dziury ma być podwyższenie podatku CIT z 19 do 22 proc. dla podmiotów uzyskujących przychód powyżej 50 mln euro.
Jednocześnie rząd nie zdecydował się skorzystać z możliwości pogłębienia progresji, czyli z dodania jeszcze jednego progu, który dociążałby klasę wyższą. Nie chodzi o absolutnych krezusów z dochodem w okolicach 100 tys. zł miesięcznie, ale o klasę wyższą z dochodami około 300, czy 400 tys. zł rocznie. Takie propozycje podobno składała Lewica, nie zostały one jednak wzięte pod uwagę, co miałoby wynikać z bazy wyborczej Koalicji Obywatelskiej. Wśród ich elektoratu występuje bowiem wyraźna nadreprezentacja osób naprawdę bogatych.
Antypodatkowa demagogia w Polsce
Wszystko to jest również wynikiem klimatu antypodatkowej demagogii, która w Polsce trwa od lat. Przypomnijmy tylko kilka jej przejawów. Pierwszym z brzegu byłoby choćby podwyższenie kwoty wolnej. O ile ten pomysł mógłby stanowić ulgę dla wielu biedniejszych podatników (ale najwięcej korzyści uzyskaliby z niej ci, którzy mają dochód wyższy niż kwota wolna), tak i w tym przypadku nigdy nie było mowy o bilansowaniu uszczerbku dla wspólnej kiesy.
Karol Nawrocki już w kampanii wyborczej twierdził, że nie podpisze żadnej ustawy podwyższającej podatki dla Polaków. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz niedawno zaproponowała podwyższenie drugiego progu (32 procentowego) do 140 tys. zł.
Propozycja miałaby kosztować nas wszystkich około 12 mld zł. I znów – brak pomysłów na zalepienie dziury. Z kolei Przemysław Czarnek mówił o podwyższeniu drugiego progu do 180 tys. zł. To oznaczałoby wyrwę wielkości ponad 20 mld zł. I – oczywiście – znów cisza na temat finansowania takich prezentów.
Jednocześnie mamy do czynienia z rosnącym długiem publicznym. A ten jest pochodną wysokich deficytów (czyli rocznego zadłużenia państwa), które biorą się z wydatków na zbrojenia, ale również z dziur w systemie emerytalnym i systemie ochrony zdrowia.